Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Jakub Wojas

Czy Krym można było obronić?

Z okazji drugiej rocznicy rozpoczęcia rosyjskiej interwencji wojskowej na Krymie władze w Kijowie zdecydowały się opublikować stenogramy z 28 lutego 2014 r., z posiedzenia Ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa i Obrony. Rozmowy dotyczą panującej na półwyspie sytuacji, kiedy to dzień wcześniej tzw. zielone ludziki, czyli rosyjscy żołnierze w mundurach bez oznaczeń, wtargnęli na obrady parlamentu krymskiej autonomii. Z zapisów tych wynika, że Ukraina nie była wtedy w stanie przeciwstawić się rosyjskiej agresji, dlatego musiała przyjąć pasywną postawę. Czy rzeczywiście?

Kroki ostateczne

Jak wynika z opublikowanych stenogramów w trakcie narady podawano informacje świadczące o koncentracji poważnych sił rosyjskich na granicy z Ukrainą. Pełniący wówczas obowiązki prezydenta Ukrainy, przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy Ołeksandr Turczynow odbył kilkuminutową rozmowę telefoniczną z przewodniczącym rosyjskiej Dumy Siergiejem Naryszkinem. Polityk groził, że jeśli na Ukrainie „zginie choćby jeden Rosjanin albo osoba rosyjskojęzyczna”, to zostaną podjęte „kroki ostateczne”. Decydującym argumentem o pasywnej odpowiedzi ukraińskich władz wobec działań Federacji Rosyjskiej miało być to, że armia ukraińska w rzeczywistości liczy zaledwie 5 tys. zdolnych do podjęcia walki żołnierzy. Pozostała część amii lądowej (ok. 120 tys. żołnierzy) miała nie przedstawiać wartości bojowej. Biorąc pod uwagę, że skierowany na Krym oddział wojsk ukraińskich miałby przeciwko sobie 20 tys. stacjonujących na półwyspie żołnierzy rosyjskich, to starcie skończyłoby się zapewne klęską ukraińskiej interwencji. Rada zdecydowała się więc nie podejmować żadnych działań.

Z pozoru może to się wydawać racjonalnym działaniem, ale diabeł tkwi w szczegółach. Wspomniane 20 tys. żołnierzy, którym ukraińska armia musiałaby stawić czoła, to w ponad połowie rosyjska Flota Czarnomorska. Jednak to nie ta jednostka zajmowała się głównie opanowywaniem półwyspu i udziałem w operacjach (para)bojowych. To zadanie należało do przerzuconych na półwysep tzw. „zielonych ludzików”.

Zielone ludziki

Pod koniec lutego 2014 roku była grupę „ludzików” stanowiło co najwyżej kilkudziesięciu żołnierzy w kilku punktach. Pojawili się nagle i najpierw – jawnie chodząc z bronią – patrolowali ulice. Potem wtargnęli na sesję Rady Najwyższej Republiki Autonomicznej Krymu, opanowali ważne obiekty infrastrukturalne jak lotnisko w Symferopolu, a w końcu wraz z pomocnikami, m.in. z kozakami i lokalną samoobroną, zaczęli blokadę, a następnie opanowywanie baz armii ukraińskiej. W marcu było ich na Krymie już tak wielu, że wyłapanie i rozbrojenie stało się po prostu niemożliwe. Wiązało się to już z regularną walką, która rzeczywiście byłaby skazana na porażkę. Jednakże w końcu lutego sytuacja była inna – armia ukraińska nie musiała wtedy podejmować działań bojowych i odbijać półwyspu. Byłaby to akcja bardziej policyjna niż wojskowa. Należy pamiętać, że „zielone ludziki” działały bez żadnej afiliacji państwowej. Rosja do samego końca operacji zarzekała się, że nie ma z nimi nic wspólnego. W świetle prawa była to grupa przestępcza o charakterze zbrojnym i wielokrotnie mniejsza niż siły ukraińskie obecne wówczas na półwyspie.

Żołnierze w mundurach bez oznaczeń nie tworzyli też punktów oporu lecz swobodnie poruszali się po ulicach krymskich miast – w efekcie paraliżowali państwo ukraińskie na Krymie opierając się na budowanym wizerunku silnej i pewnej siebie formacji bojowej. Słynne blokowanie baz wojskowych czasami wyglądało wręcz groteskowo. W wielu przypadkach polegało na pojawieniu się przed bramą kilku „zielonych ludzików”, którzy żądali jej poddania. Ukraińscy żołnierze, w liczbie zdecydowanie przewyższającej przeciwnika, nie wiedzieli, co mają w tej sytuacji robić. Przez następne dni sparaliżowane jednostki czekały już tylko na szturm wroga.

Nawet jeżeli akcja policyjna w końcu lutego przeciw nielicznym jeszcze siłom prorosyjskim przewyższała możliwości państwa ukraińskiego, to władze ukraińskie nie zrobiły też nic, żeby uniemożliwić dalszy napływ „zielonych ludzików”. Już na początku marca Rosjanie przejęli przeprawę w Kerczu, przez którą przerzucano nowe oddziały. Nie wprowadzono też na czas wzmocnionej kontroli dróg i wybrzeża, co nie wymagało przecież wielkich operacji bojowych. Oczywiście, konieczne przy tym były natychmiastowe działania, ale to właśnie one cechują sprawne zarządzanie w sytuacjach kryzysowych. Przez tą bierność fala rosyjskiego wojska bardzo szybko rozlała się po półwyspie.

Kompletny paraliż

O ile powyższe zaniechania można starać się jeszcze tłumaczyć panicznym strachem przed inwazją rosyjską na pełną skalę to trudno usprawiedliwić fakt, że żołnierze ukraińscy rozlokowani w bazach na Krymie zostali kompletnie pozostawieni sami sobie. Z Kijowa nie otrzymywali żadnych konkretnych rozkazów. Więcej, dochodziły nawet sprzeczne sygnały. Po tym jak 18 marca 2014 r. w ataku na bazę w Symferopolu zginął ukraiński żołnierz władze w Kijowie zapowiedziały przejście konfliktu „z fazy politycznej w fazę wojskową”, a Ministerstwo Obrony wydało pozwolenie żołnierzom na użycie broni. W rzeczywistości był to jednak tylko przekaz do mediów. Wojsko nadal nie wiedziało co ma robić.

Ukraina także nie zadbała o ochronę tych, którzy występowali za nią w trakcie tego kryzysu. Na pastwę Rosji pozostawiono m.in. Tatarów krymskich, którzy o wiele odważniej bronili ukraińskiej państwowości na półwyspie niż jej oficjalni przedstawiciele. Były też przypadki rodowitych Ukraińców na Krymie, którzy opowiedzieli się za przyłączeniem do Rosji po tym jak zobaczyli kompletny brak reakcji Ukrainy na to się dzieje. Warto pamiętać, że w tym czasie dominujące na półwyspie rosyjskie media przekazywały, że w Kijowie panuje chaos, nie wiadomo kto sprawuje władzę, a państwo ukraińskie „nie działa”. Postawa Ukrainy wobec kryzysu krymskiego tylko ten przekaz potwierdzała.

W ten sposób, z dnia na dzień, w marcu 2014 r., Ukraina na Krymie po prostu zaczęła zanikać w morzu rosyjskości. Pod koniec miesiąca można było nawet odnieść wrażenie, że jej tu nigdy nie było. Kryzys krymski w znacznej mierze był wojną psychologiczną. Kijów paraliżował strach przed rosyjską interwencją, która i tak później nastąpiła, ale w innej formie niż się wszyscy spodziewali. Jednak najbardziej smutne jest to, że Ukraina nie zrobiła nic żeby ochronić nie tylko swoje terytorium, ale też żołnierzy i ludność cywilną. Wystarczyło pogrozić palcem, aby przynajmniej na Krymie, państwo ukraińskie kompletnie się rozsypało.

Facebook Comments
Jakub Wojas
Jakub Wojas
Korespondent

Jakub Wojas - absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat stypendiów Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego i JM Rektora UJ. Odbył praktyki w Stałym Przedstawicielstwie RP przy ONZ w Genewie oraz w ambasadzie RP w Hadze. Na przełomie stycznia i lutego 2014 r. aktywista kijowskiego Euromajdanu. Korespondent w czasie interwencji rosyjskiej na Krymie i na wschodniej Ukrainie. Podchorąży kawalerii ochotniczej.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY