Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Łukasz Jasina

W polityce wschodniej PIS kontynuuje to, co robiła Platforma

Zapoczątkowany na łamach Eastbooka cykl artykułów o polskiej polityce wschodniej A.D 2016 świadczy o tym, że dawno przestała być ona zjawiskiem, w stosunku do którego można zbudować konsensus. W sprawach wschodnich kończy się zgodność klasy politycznej (nie istniały w tej sprawie większe różnice między Leszkiem Millerem, Aleksandrem Kwaśniewskim, Lechem Kaczyńskim czy Donaldem Tuskiem), a nawet szeroko definiowanego środowiska "wschodoznawców".

Rozjeżdżają się opinie polityków, inne sprawy interesują znawców spraw energetycznych, co innego rajcuje osoby ukierunkowane transatlantycko, znawców wojskowości, komentatorów politycznych i klasycznych publicystów z zacięciem intelektualnym. Do tego wszystkiego wydaje się, że piszących o Polsce Ukraińców interesuje tylko to, jak Polska może się ewentualnie przysłużyć ukraińskim przemianom. Samym Polakom sprawy krajowe tak przesłaniają jakiekolwiek inne formy rzeczywistości, że nawet politykę międzynarodową Polski filtrują tylko i wyłącznie pod tym kierunkiem.

Nie wymawiaj imienia Giedroycia nadaremno…

Najbardziej znamiennym rysem krajowej debaty wydaje się być narzekanie na niemożność i nieefektywność polskiej polityki wschodniej. Szczególnie popularna wydaje się być krytyka obecności w niej myśli Jerzego Giedroycia i jej dezaktualizacji (choćby ostatni tekst Bartosza Rydlińskiego dla Eastbooka). Tymczasem myśl ta nie odgrywa już większej roli w PPW od dawna i odeszła do lamusa wraz z tragicznym końcem prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Trwała koncepcja polityczna związana z najważniejszym dla Polski kierunkiem geopolitycznym, musi się opierać na czymś więcej niż tylko „Realpolitik”. Tymczasem innej, zwartej koncepcji niż ta którą wykoncypowano z wypowiedzi i tekstów puszczanych w paryskiej „Kulturze” ciągle nie ma. Krytykując musimy pamiętać że nawet nasza krytyka nie jest niczym nowym.Może warto zamiast niej zająć się znalezieniem nowego pomysłu.

Polityka wschodnia jako funkcja polityki krajowej

Najważniejszym zagrożeniem dla polskiej polityki wschodniej w roku 2016 jest to, że debata nad nią stała się tylko i wyłącznie fragmentem i instrumentem polityki krajowej. Skoro zniknęły „polskie kompromisy”, nie można się spodziewać aby porozumienie w sprawie polityki wschodniej mogło zostać zostało zbudowane właśnie teraz. PIS nie może liczyć na wsparcie opozycyjnych sił politycznych, a jedynie na zmasowana krytykę. Odrębnym problemem jest na ile polityka wschodnia polskiego państwa pod rządami PiS sobie na nią zasługuje.

Mimo wielu wpadek, utrzymuję swoją styczniową definicje polityki wschodniej nowego rządu. PiS kontynuuje to, co robił poprzedni rząd – powtarzając zarówno sukcesy jak i błędy swoich poprzedników. Problemem nie jest kierunek, ale wykonanie. Ważną kwestią jest dla nas to czy mimo naszego stosunku do obecnego rządu jesteśmy w stanie racjonalnie dyskutować o jego działaniach.

Jaka jest w końcu różnica pomiędzy wizytami Radosława Sikorskiego i jego działaniami na rzecz zbliżenia Białorusi i UE, a tym co ostatnio robił w Mińsku Witold Waszczykowski? Czyżby przez cztery lata Łukaszenko stał się większym dyktatorem? Tymczasem ci którzy Sikorskiego w 2010 roku chwalili teraz Waszczykowskiego ganią, lub na odwrót. Liczy się jak widać przynależność partyjna, a nie postępowanie ministra.

Ważni Polacy na Wschodzie

Przeraziła mnie wymowa tekstu „Wielka Polska Katolicka” Pawła Purskiego. Sugerowanie rządowi PiS nacjonalistycznych skłonności wobec wschodnich sąsiadów wydaje się być raczej projekcją autora na temat różnego rodzaju prawicowych zapędów, które pojawiły się w kraju. Powtórzę raz jeszcze: unikajmy patrzenia na to co dzieje się w Mińsku czy Kijowie przez warszawskie „okulary”. Można się czepiać nominacji któregoś z konsulów w Brześciu, czy wypowiedzi urzędników w Warszawie, ale nominacje ambasadorskie w Mińsku i Kijowie to chyba jednak przykład postępowania niezgodnego z dogmatem „Wielkiej, Katolickiej Polski”.

Istnieje marzenie o wspaniałym, nowym świecie w którym zanikną różnice narodowościowe, ale na razie nic takiego nie następuje. Dbałość o mniejszości narodowe i ich prawa jest wyróżnikiem „europejskości” państwa i prawno-konstytucyjnym obowiązkiem RP. Dopóki pozostaje w zgodzie z międzynarodowymi ustaleniami jest czynnikiem pozytywnym. Wszelkie krytykowane przez Purskiego aspekty etniczne są konsekwencja traktatów międzypaństwowych z Ukrainą, Białorusią i Litwa.

Na terenie Polski również istnieją skupiska Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów. Czy w ramach polityki można wymagać od obywateli RP tych narodowości by rezygnowali ze swoich praw, ale akceptowali dominująca polską narrację choćby w polityce historycznej? Jeżeli Białorusin spod Bielska może nazywać Polaków okupantami, a Ukrainiec domagać się uznania UPA za bohaterów, to i Polak spod Wilna czy z Rudek spod Lwowem może nazywa sobie „Kresy” po swojemu i kultywować swoje mity. To się nazywa równością.

Karta Polaka” ,której także nie wymyślił obecny rząd, miała zawsze wymiar moralny i odwołujący się do podziału Europy narysowanego w 2004 roku na polskiej granicy wschodniej. Stoją za nią te same racje co w pomaganiu Ukrainie jako państwu – moralne. To się po prostu tamtejszym Polakom należy.

Polacy ze Wschodu, przybywający do Polski emigranci ekonomiczni z Ukrainy innej narodowości, uchodźcy z Bliskiego Wschodu czy Afryki – każda z tych grup ma prawo do osiedlenia się w Polsce o ile tylko jest to zgodne z prawem. Nie można odwoływania się do racji moralnych traktować wybiórczo tak jak robią ci, którzy przyjęli by tylko Polaków ze Wschodu lub ci którzy śmiejąc się z „Karty Polaka” jednocześnie wytaczają najcięższe argumenty w obronie uchodźców i emigrantów politycznych.

Ponadto stosunek do mniejszości jest dowodem na zdolność państwa do działania. Niemcy czy Ukraina wykorzystują swoją diasporę. Polska też powinna zainteresować się mechanizmami racjonalnego wykorzystania Polaków którzy na Wschodzie pozostają. Przecież chociażby na Litwie to nie tylko eurodeputowany Waldemar Tomaszewski, ale tysiące ludzi do których warto dotrzeć i budować dzięki nim stosunki polsko-litewskie na nowo.

Ta przeklęta historia?

Niestety nie ma też już powrotu do dialogu historycznego w stylu z poprzedniej dekady – „kiczu pojednania” z rytualnymi zaklęciami na rocznicowych spędach i lukrowanych konferencyjkach. Powiedzmy sobie jasno – wiele energii należy poświęcać dialogowi historyków, który ma się zresztą nie najgorzej, ale dążenie chociażby nowej Ukrainy do upamiętnienia bohaterów których my w Polsce za bohaterów nie uznajemy, musi powodować również zgodę na to, by w Polsce upamiętniać fakty dla oficjalnej polityki historycznej ukraińskiego państwa niewygodne.

Każdy ma prawo do swoich pomników, a blokowanie historycznej pamięci prowadzi tylko do karmienia ekstremizmów. Nie na tym polega dialog. Tutaj lepszego pomysłu niż polsko-niemieckie stawanie w prawdzie nie wymyślono. Zakopywanie pod dywan z uwagi na wyższe cele polityczne już się nie sprawdza.

Dbałość o interesy mniejszości polskich na Litwie, Ukrainie czy Białorusi nie stoi w sprzeczności z układaniem racjonalnych relacji z krajami ich zamieszkania. Polityka polska winna być dwutorowa – musi się w niej znaleźć miejsce i dla elit stolicy i Polaków z małej wioski. W wypadku Białorusi nie należy dodatkowo zapomnieć o opozycji.

Legenda „soft power”

Istnieje silny mit o tym, że Angela Merkel otrzymywała w czasie kryzysu ukraińskiego wyciągi z analiz OSW. Bez względu na to czy ta legenda jest prawdziwa jesteśmy krajem gdzie istnieje wiele instytucji zajmujących się Wschodem. Obok przedsięwzięć wielkich są także i niezbyt ciekawe inicjatywy, ale ogólnie rzecz biorąc źle nie jest.

Polskie uczelnie ukończyło wielu Ukraińców czy Białorusinów, polskie media są ważnym źródłem informacji chociażby dla mediów ukraińskich. Czy potencjalny rozwój polskiego „soft power” na Wschodzie to nie jest przypadkiem kolejne zaklęcie powtarzane by udowodnić że znamy się na Wschodzie lepiej od innych? Swego czasu porównywałem doświadczenia polskie i niemieckie w tej sprawie. Żadnego z polskich think-thanków nie było stać jak na razie na stworzenie ukraińskiego oddziału, a stacja naukowa PAN w Kijowie nie dorównuje Niemieckiemu Instytutowi Historycznemu.

Absolwenci niemieckich programów naukowych i stypendialnych stanowią w Polsce liczna grupę stanowiąca ciekawy pomost między Polską a Niemcami. Absolwenci Studium Europy Wschodniej w Warszawie to ciągle wyjątki na ukraińskiej scenie politycznej i intelektualnej – częściej można ich spotkać w Warszawie gdzie tłumaczą nam Ukrainę, a rzadziej w Kijowie gdy opowiadają o Polsce.

Polska ostatnio utraciła na Ukrainie wiele ze swej atrakcyjności, choć znaczenie tego procesu jest równie legendarne jak międzynarodowa izolacja polityczna Polski. Przez wiele lat prawiliśmy Ukraińcom nie zawsze uzasadnione morały. Teraz kiedy sami swoje mity o sukcesie niwelujemy, to reakcja części ukraińskiej inteligencji z jej schadenfreude wobec Polski wydaje się zrozumiała.

Inna sprawa że w relacjach międzypaństwowych nie ma to większego znaczenia, gdyż są one oparte na polityce realnej. Tu kontynuacja retoryki i sposobów współpracy sprzed października 2015 trwa w najlepsze – łącznie z wadami polegającymi na wzajemnym niedocenianiu (ze sporym wskazaniem na stronę ukraińską). Deklaracje i działania Komorowskiego i Dudy oraz Sikorskiego i Waszczykowskiego są bardzo podobne. Co ciekawe żadna z legendarnych już wpadek ministra Waszczykowskiego nie przydarzyła się na Wschodzie.

Osobnicy krytykujący rzekomy „polski, kresowy sentymentalizm” nie zauważają, że w ich myśleniu o Ukrainie jest też wiele sentymentalizmu rodem z Giedroycia. Tymczasem politycy nie uświadamiają sobie że mocne polsko-ukraińskie relacje bilateralne wymagają realnego dialogu i partnerstwa z obydwu stron. Naprawdę nie mamy innego wyjścia. Utrata wiary w polskie i ukraińskie mity przysłuży się
realizmowi.

Kompromisu z Rosją nie będzie

Polska ma właściwie niewiele do zrobienia w relacjach z Rosją. Powinna utrzymywać na dotychczasowym poziomie relację dyplomatyczne, gospodarcze i kulturalne oraz próbować rozwiązywać te problemy, które da się rozwiązać. Żadnego kompromisu z Rosją nie będzie i być nie może. Nie chce go sama Rosja a do tego geopolityczny wymiar obecnego konfliktu Rosji z Zachodem każe nam Polakom jedynie reagować na wydarzenia, a nie je kreować.

Oskarżanie rządu PIS o rusofilie lub rusofobię, w zależności od zapatrywań osób oskarżających, niewiele nam tutaj wniesie. Nie jest to rząd bardziej rusofobiczny niż PO w ostatnich miesiącach swego urzędowania i bardziej rusofilski niż wszelkie poprzednie ekipy rządzące naszym krajem od 1989 roku. W sferze stosunków z Moskwą możemy tylko obserwować, czekać i próbować przekonywać do polskich celów naszych partnerów. Czy kryzys konstytucyjny w Polsce będzie nam w tym przeszkadzał? Zobaczymy, zwłaszcza że Europa i NATO mają na horyzoncie naprawdę poważniejsze problemy, a kraje znacznie mniej demokratyczne izolacji na arenie międzynarodowej się nie doczekały.

***

Artykuł Łukasza Jasiny to dziewiąty głos w debacie o polskiej polityce wschodniej, którą prowadzimy na portalu Eastbook.eu. Gorąco zachęcamy czytelników do włączenia się w rozmowy. Swoje komentarze i uwagi można pozostawić bezpośrednio pod tekstami oraz na naszych kanałach społecznościowych, na facebooku i twitterze. Hashtag debaty: #PPW2016

Zdjęcie główne: Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych w czasach rządów Platformy Obywatelskiej, źródło: MSZ, licencja: CC BY-NC 2.0
Łukasz Jasina

Polski Instytut Spraw Międzynarodowych - historyk i publicysta.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 1
Dodaj komentarz

  1. Paweł Purski Paweł Purski pisze:

    Zacznę od tego, z czym się z Tobą zgadzam. Po pierwsze masz rację, co do spuścizny Giedroycia – gra małą rolę, a jeżeli jakąkolwiek, to tylko jako pewien sposób myślenia. Po drugie, faktycznie potrzeba pomysłu, choć to faktycznie nic nowego, bo już Bartłomiej Sienkiewicz o tym pisał. Po trzecie, masz rację, co do dyskusji historycznej – trzeba mówić, że nie podoba nam się budowanie ukraińskiej tożsamości na zbrodniarzach z UPA. Po czwarte, zgoda co do polskiego soft-power. Mało, tanio, bez pomysłu.

    A teraz Twoje błędy:
    1. Z uporem bronisz swojej hipotezy, że „PiS-PO – jedno zło”. Albo w łagodniejszej formie, że nie ma różnicy między PiS a PO, jeśli chodzi o politykę wschodnią. To nieprawda. PO miało ambicję rozszerzania projektu europejskiego na wschód, zaś dla PiS tzw. model europejski nie jest ważny. Podejście jest takie, że właściwie niech się dzieje „wola nieba”, ale dla nas liczą się Polacy na wschodzie. O ile PO chciało wpływać na UE, żeby kształtować to, co się dzieje na Ukrainie czy Kaukazie, to PiS tego nie robi – ku mojemu zaskoczeniu. Przeszkadza mu w tym niechęć do Unii i koncepcja Wielkiej Polski Katolickiej, która każdą złotówkę wydaną nie na Polaka traktuje jako stratę. Takich sobie wyborców wychowaliśmy…
    2. Według Ciebie moją tezę mają obalać nominacje ambasadorów w Mińsku czy Kijowie. Proszę Cię, jesteś naukowcem, wiesz chyba, że to za słaby argument, który można łatwo zbić. Przypisujesz ambasadorom szczególne moce sprawcze, ignorując to, że na koniec związani są instrukcjami swojego państwa.
    3. Słabo odróżniasz naukę od polityki. Oczywiście, że każdy może sobie mówić co chce, w imię równości. Jestem pierwszy, by to potwierdzić. Natomiast w polityce jest ważne, o czym mówisz i na czym chcesz budować stosunki. Nie jesteśmy monadami, które się nie komunikują, ale śledzimy nawzajem swoje debaty polityczne. Jeśli ktoś chce budować oddzielną tożsamość kresową, to może to tylko zaszkodzić stosunkom z sąsiadami. Nie wierzysz? Przeczytaj uzasadnienie przytaczanej w moim tekście ustawy. Ciekaw jestem Twojej opinii jako historyka.
    4. Mówisz o równości? Gdzie równość w tym, że ktoś ze średnim wykształceniem, z Kartą Polaka może po roku dostać polskie obywatelstwo i dofinansowanie, a Białorusin czy Ukrainiec z doktoratem musi na to czekać kilka lat i jeszcze grozi mu deportacja, jeśli straci pracę. Co ich różni? To, że jeden miał babcię Polkę. Faktycznie, istotowa różnica, która świadczy o wyższości tego pierwszego #ironia
    5. Ignorujesz, że idee mają konsekwencje. Ostatnie kilka lat wkładania do głów, że Unia, Niemcy, Ukraina, Rosja i wszyscy wokół „plują nam w twarz” skutkuje tym, że niestety, ludzie u władzy nie są cyniczni i naprawdę w to wierzą. Jeśli teraz pokładziemy do głowy jeszcze proste idee karnawałowego patriotyzmu, to za parę lat będziemy mieli coraz głośniejszy rewizjonizm. Propaganda rosyjska pewnie temu pomoże. Wielcy, samotni, pokłóceni Polacy. Nastąpiło etniczne przesunięcie w mentalności polskich elit, które będzie utrudniać politykę zagraniczną. Spójrz na Węgry.
    6. Sugerujesz mi giedroyciowy sentymentalizm. Ależ skąd, ja chcę robić biznes, bo za tym idzie też debata, dyskusja, układanie stosunków, szukanie porozumień. Innymi słowy tworzenie podstawy pod dobre relacje gospodarcze. I tak w kółko…

    Wniosek: Siedzenie z założonymi rękami i niezauważanie zmian, pod hasłem „PiS-PO jedno zło” nieuchronnie doprowadzi do tego, że smacznie prześpimy moment kiedy z debaty intelektualistów polityka wschodnia stała się pełnokrwistą polityką. Dlatego spierajmy się, ale nie śpij Łukasz Emotikon wink

    Ukłony, Paweł