Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Krzysztof Nieczypor

Gruzja? To czacza, a nie wino, napędza tu świat

Czacza to gruziński napój alkoholowy produkowany z wytłoków winogronowych zawierający zazwyczaj od 40 do 50% alkoholu, czasami nawet do 60%. Tyle teorii. Poniżej przedstawiam Państwu właściwości praktyczne.

Herbata w Batumi

Oboje z małżonką nie czuliśmy się najlepiej. To efekt deszczowej pogody jaką zastaliśmy w Batumi i zmęczenia. Dawał o osobie znać brak snu spowodowany dynamicznie realizowanym scenariuszem zwiedzania Gruzji, choć był to dopiero drugi dzień naszego pobytu w tym kraju.

Zszedłem do kuchni celem przygotowania gorącej herbaty licząc, że skrócony wcześniejszym spoczynkiem wieczór pozwoli nam zregenerować siły. Nim jednak czajnik zdołał zakomunikować swoje „pstryk”, za moimi plecami usłyszałem pytanie, które sprawiło, że odpoczynek musiał zostać zaplanowany na kiedy indziej:

– Czaczu budiesz?

Tak sformułowane pytanie zadawane przez gruzińskich gospodarzy domów, u których przyszło nam nie raz podczas tego wyjazdu spędzać noc, usłyszałem wtedy po raz pierwszy. Odpowiedź na nie znałem jednak bardzo dobrze. To musiała być intuicja – podświadoma znajomość wzoru postępowania w sytuacjach wymagających podjęcia jednoznacznych decyzji w nieznanych warunkach przy znikomej ilości posiadanych danych na temat środowiska i przebywających w nim osobach.

Wschodnia homeostaza

 

Intuicja to nie wszystko. Potrzebna jest też wiedza i umiejętności. W Gruzji, i szerzej rzecz ujmując na Wschodzie, niezbędne jest posiadanie zdolności homeostatycznych. Trzeba być jak mechanizm niewzruszenie podejmujący jednoznaczne i trafne decyzje (to pierwsze ważniejsze jednak niż drugie), dzięki którym możliwe jest utrzymanie dynamicznej równowagi pomiędzy systemem, a środowiskiem. Innymi słowy, trzeba posiąść umiejętność zachowania pełnej kontroli sytuacji mimo zmiennych warunków zewnętrznych.

Gdzieś w Kachetii, autor: Krzysztof Nieczypor

Gdzieś w Kachetii, autor: Krzysztof Nieczypor

Ta zasada w największym stopniu tyczy się tego jedynego w swoim rodzaju przejawu relacji międzyludzkich jakim jest wspólne spożywanie alkoholu. Gdy więc proponują ci wychylenie czegoś mocniejszego, dopuszczalne są tylko dwie odpowiedzi: tak albo nie. Każda z nich jest równie dobra – napijesz się albo nie, twój wybór. Nie obawiaj się więc żadnej z nich, bo jednoznaczna odmowa także spotka się z akceptacją.

Na Wschodzie niechęć do wypicia alkoholu, samo przez się, musi być spowodowana ważnymi okolicznościami życiowymi, dlatego reakcją będzie kiwnięcie ze zrozumieniem głową. Odpowiedź pozytywna to odpowiedź pozytywna i nie ma się nad czym rozwodzić.

Klarowność podejmowania decyzji to warunki konieczne do przetrwania w tym środowisku. Odpowiedzi typu „prawie tak” lub „prawie nie” są dyskwalifikujące, naruszają bowiem równowagę ze środowiskiem. Jeśli polewają trzeba zająć stanowisko. A Polakom po prostu nie wypada przyjmować postawy zachodnio-europejskiego dandysa, z którego wzroku na widok szklaneczki z samogonem wyczytać można niezdrowe połączenie przerażenia z fascynacją.

Nauczony zepsutą poprawnością towarzyską przedstawiciel rzekomo bardziej cywilizowanej części świata, zgadza się mimowolnie na polanie. Pije więc taki po pół, albo jedną trzecią, komunikując pozostałym uczestnikom spotkania swoje usposobienie wskazujące na poważne rozterki osobowościowe: „chciałbym, lecz boję się”. Rzadko zdarza się coś gorszego.

Z powyższego powodu zrezygnowali z udziału w wyprawie nowopoznani w stolicy Megrelii znajomi ze Szwajcarii. – Jesteśmy zmęczeni – odpowiedzieli po długim namyśle na pytanie o podtrzymanie chęci do kontynuowania podróży z Zugdidi do Uszguli. Zostali zatem w Mestii, w połowie drogi do najwyżej położonej zamieszkałej osady w Europie, opuszczając tym samym dobrze już rozkręconą imprezę.

W konsekwencji jedna z dziewcząt pozbawiła się szansy na wielką miłość z gotowym do ożenku postawnym Gruzinem, a męscy przedstawiciele narodu Helwetów resztek uznania wśród podróżujących z nami mieszkańców Swanetii. Zacznijmy jednak od początku…

Długa droga do Uszguli

 

Kto rozum ma, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka” – zadumałem się nad tą apokaliptyczną zagadką siedząc wczesnym przedpołudniem w marszrutce na dworcu autobusowym w Zugdidi. Jestem pewien, że świątobliwi egzegeci interpretujący szatańską cyfrę mieliby nie mniejszy problem z wyliczeniem „liczby marszrutki” – całkowitej pojemności gruzińskich środków transportu. Umiejscowieni z przodu pojazdu mogliśmy tylko kątem oka obserwować niewiarygodną kubaturę mikrobusa, w którym dane nam było spędzić podróż do Uszguli.

Na oko co najmniej kilkunastu pasażerów zajmujących wszystkie miejsca siedzące, połowa sklepu ogrodniczego w postaci drzew i krzewów, podobna ilość okien PCV, przenośny, zapasowy fotel stanowiący wisienkę na torcie całego ładunku. Aha, tylne miejsca pojazdu zajmowała wspomniana wyżej czwórka Szwajcarów. Twórcy filmów paradokumentalnych pt. „Nieprawdopodobne, a jednak” mieliby tu gotowy scenariusz.

W gruzińskiej marszrutce, autor: Krzysztof Nieczypor

W gruzińskiej marszrutce, autor: Krzysztof Nieczypor

Niezwykłym okolicznościom od samego początku towarzyszył specyficzny zapach, który poniekąd tłumaczył magię doświadczanych przez nas wydarzeń. Tego nie da się pomylić z niczym innym – woń gruzińskiego samogonu. Grupka wesołków za naszymi plecami rozpracowywała flakonik mocnego trunku właściwie od chwili, gdy zamknęli za sobą drzwi pojazdu.

Już więc na starcie podróży wszyscy pasażerowie mieli okazję współodczuwać specyficzną gruzińską lekkość bytu. Kierowca, jak przystało na prawdziwego gospodarza biesiady, dozował atrakcje. Dlatego dopiero po chwili, gdy uznał, że goście jego mobilnej gospody są już w pełni gotowi, włożył przechowywaną zapewne na tego rodzaju okazję płytę CD do odtwarzacza.

Nie ma wątpliwości, nasi gruzińscy współpasażerowi byli profesjonalistami. To tacy jak oni w teleturniejach muzycznych bez mrugnięcia okiem proszą o profesjonalną taśmę, zgadują po pierwszej nutce, po czym sami odśpiewują utwór. Sączące się z głośników gruzińskie pieśni ludowe były więc tylko pretekstem, który zapraszał do wokalnej aktywności, ale z pewnością nie warunkiem koniecznym.

Podróżująca z nami grupa Gruzinów dobrze wiedziała co i jak śpiewać bez akompaniamentu. Nasze uśmiechy będące reakcją na odbywający się w marszrutce festiwal piosenki ludowej nie zostały niezauważone:

– A wy skąd? – padło pytanie.

– A z Polski!

– Ooo!!! A czaczu budiesz?!

W ten sposób zjawisko pod nazwą Gruzja zostało nam przekazane w sposób najbardziej bezpośredni i skondensowany – jadąc z gruzińskim kierowcą (you know what I mean?) po górskiej trasie, uczestnicząc w biesiadzie z dumnymi Swanami, poznając uroki nieprawdopodobnie pięknych krajobrazów i doświadczając osławionej gruzińskiej gościnności.

Do Uszguli po całym dniu jazdy dojechaliśmy już późnym wieczorem. Kierowca zaprowadził nas do swoich krewnych, gdzie mieliśmy spędzić noc. Gospodarz dał nam pół godziny na rozlokowanie, po czym zaprosił do salonu. Tam już wszystko było gotowe.

Milczenie jest złotem

 

– Jeździłeś kiedyś na koniu? – odezwał się kierowca taksówki, z którym bezowocnie już od dwóch godzin starałem się nawiązać bliższe relacje. A czego nie próbowałem! Zagajałem na tematy historyczne („Imponujące zabytki macie u siebie!”), kulturalne („Słuchaliśmy w marszrutce kilka dni temu zespołu folkowego, który grał niewiarygodnie piękne gruzińskie melodie…”), polityczne („A więc macie wybory? A co z Saakaszwilim?”), przyrodnicze („Gruzja to piękny kraj!”), społeczne („Gruzini to wspaniali ludzie!”), osobiste („No i wybraliśmy Gruzję na naszą podróż poślubną”).

Kiedy już straciłem nadzieję, że nasz gruziński taksówkarz wiozący nas po lokalnych zabytkach Mcchety-Mtianeti zdecyduje się na coś więcej niż zdawkowe odpowiedzi, auto zatrzymało się. Sytuacja przedstawiała się dość abstrakcyjnie – kierowca wysiadłszy z samochodu ochrypłym głosem począł wydzierać się w stronę majaczącego na horyzoncie stada krów. Dopiero po chwili udało się nam zlokalizować wśród rogacizny paradującego na koniu kowboja. Kilka słów z właścicielem rumaka i już jechałem wierzchem.

Kierowca nie był człowiekiem wylewnym, to prawda. Ale szybko okazało się, że słowa nie są niezbędne do wzajemnego zrozumienia. Dlatego nie tak bardzo zdziwiliśmy się, gdy zajechaliśmy drogę autu z przyczepą jabłek, a taksówkarz bez zbędnego tłumaczenia się właścicielowi towaru dosłownie zasypał nas kilogramami owoców.

Na gruzińskim wierzchowcu, autor: Krzysztof Nieczypor

Na gruzińskim wierzchowcu, autor: Maria Nieczypor

Kiedy dojechaliśmy do wioski i kierowca ponownie zatrzymał samochód oznajmiając, że przyjechaliśmy do jego rodzinnej miejscowości wszystko było już jasne i klarowne. I nikt nas nawet nie musiał pytać czy mamy ochotę na czaczę czy nie. Nie było też sensu wchodzić do domu, była piękna pogoda, a maska samochodu nadawała się na biesiadny stół idealnie.

Pojawił się gospodarz, jego mama, okoliczni sąsiedzi, znajomi. Zapewne toczyła się też jakaś rozmowa, nie pamiętam. W pamięci został mi jedynie milczący uśmiech naszego kierowcy. Tego który nie pyta, a wie.

Krzysztof Nieczypor
Krzysztof Nieczypor
Redaktor Eastbook.eu
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz