Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kaja Puto

Kartograf na służbie. Z Janem Bińczyckim i Piotrem Mirochą rozmawia Kaja Puto

W dekomunizacji najważniejsze jest podporządkowanie decyzji ideologii, sprzeczności nie są ważne. Jak w ogóle można myśleć o dekomunizacji Warszawy, która cała została odbudowana przez komunistów i w stylu wschodnioeuropejskim? Podobnie dzieje się np. w Belgradzie, gdzie przemianowuje się ulice nazwane imionami twórców pochodzących z innych niż serbska republik byłej Jugosławii, a zostawia się marszałków radzieckich, bo to mieści się w narracji o związkach kulturowych Serbii i Rosji.

Kaja Puto: We Wrocławiu powstaje nowe osiedle zainspirowane słynnym projektem zaprezentowanym w 1929 na wystawie WuWA (Wohnung und Werkraum) w Breslau. Projekt wyszedł spod ręki wybitnych niemieckich architektów. Twórcy nowego osiedla chcą, by powstające tam ulice i skwery nosiły ich imiona. Wrocławscy radni PiS-u są przeciw.

Jan Bińczycki: Ten przykład dobrze ilustruje logikę, którą kieruje się polska polityka historyczna nieprzerwanie od 1945 roku. Zaczęło się tuż po wojnie, kiedy polonizowano tzw. Ziemie Odzyskane, podkreślając ich „odwiecznie polski”, piastowski charakter. Różnorodność etniczna i historyczna ziem, które objęte zostały jałtańską granicą, została podporządkowana narracji o monoetnicznej, centralistycznej w planie politycznym, ale i kulturowym, Polsce. Dziedzictwo tych ziem, ich historia i kultura zostały zignorowane: przez lata niszczały zabytki, cmentarze, parki itp.

Piotr Mirocha: Ta tendencja utrzymała się do dziś, choć istnieją od tej reguły pewne wyjątki, działania podejmowane lokalnie. Wszystko to, rzecz jasna, działania poza oficjalną polityką, bez większego wsparcia samorządów, czasami pomimo ich i tylko z rzadka z minimalną samorządową pomocą. Są to projekty artystyczne, takie jak uwidacznianie obecności niemieckiej historii prywatnej na szczecińskich cmentarzach przez artystkę wizualną i performerkę Karolinę Freino. To także odkrywanie artefaktów ruskiej i chłopskiej kultury wschodnich rubieży, na przykład w postaci renowacji krzyży pańszczyźnianych w okolicach wsi Gorajec koło Lubaczowa. Wreszcie to akcje sprzątania zabytków żydowskich po mniejszych miejscowościach Polski prowincjonalnej robione przez społeczników. Coś próbuje się rewidować.

JB: A z drugiej strony w Bytomiu młodzi narodowcy zbierają na Cmentarz Łyczakowski, podczas gdy tuż obok niszczeją wspaniałe zabytki sztuki funeralnej.

KP: Czy w ten sposób da się z Wrocławia wykreślić jego niemiecką historię?

PM: W pewnym sensie tak, bo nazewnictwo ulic to tylko jeden z instrumentów polityki historycznej unifikującej naród etniczny. Najpierw pojawiło się pojęcie narodu i jego bohaterów, a potem dopiero zaczęto instrumentalizować kartografię, ulice były tylko sankcją tego, co miało być kulturowo ważne. Dopóki nacjonalizm nie trafił na salony wpływowych, posiadających prawo głosu elit, nazwy ulic interesowały co najwyżej amatorskich antykwariuszy i miały charakter niemal wyłącznie orientacyjny, związany z kierunkami i obiektami, które się przy tych ulicach znajdowały, z właścicielami ziemi czy rodzajem rzemiosła, które w danej części miasta uprawiano. Ideologiczne wykorzystanie nazw ulic to wynalazek Rewolucji Francuskiej, kiedy zaczęto sekularyzować nazwy ulic świętych. Słowem, jeśli będzie przyzwolenie na ideologię tworzącą fikcję jednolitej polskości, ulice będą tylko jedną z wielu jej ofiar.

KP: Nazewnictwo ulic w PRL również było ideologiczne. Skoro w społeczeństwie nastał antykomunistyczny konsensus, nic dziwnego, że decydenci postanowili pozbyć się bohaterów komunizmu.

JB: Ten proces nazywa się dekomunizacją, ale opiera się na podwójnie błędnym założeniu. Po pierwsze dlatego, że z powodów ideologicznych usuwa się z historii wybitnych Polaków – działaczy, artystów, pisarzy, polityków. Nie mówię tu rzecz jasna o zbrodniarzach, takich jak Feliks Dzierżyński, lecz na przykład o Władysławie Broniewskim. Po drugie dekomunizacja nazw ulic to w gruncie rzeczy działanie zastępcze. Miękki charakter przełomu sprawił, że „twarda” dekomunizacja się nie odbyła, nie było ani rewolucyjnych trybunałów tego „wieszania portretów na szubienicach”, do którego nawiązuje Jarosław Marek Rymkiewicz. W części społeczeństwa zostało poczucie niezabliźnionej rany i chęć zemsty. A najłatwiej się zemścić na symbolach.

KP: A kto właściwie jest tym mścicielem? Kto decyduje o nazwach ulic?

JB: Radni gmin. W Krakowie na przykład dekomunizacja zaczęła się niejako oddolnie, jeszcze na długo przed zmianą ustroju. Zespół Zdrój Jana, zapomniana legenda polskiej psychodelii, w drugiej połowie lat 60. koncertował w klubie studentów ASP „Pod ręką” przy ulicy Feliksa Dzierżyńskiego, obecnie Juliusza Lea. Nie chcieli grać przy Dzierżyńskiego, więc pisali na plakatach „ulica Sierotek konnych”. W latach 90. nadeszła fala urzędowej dekomunizacji, która miała charakter ściśle ideologiczny. Nawet kiedy dokonywano zmian w podziale administracyjnym miasta, kierowano się między innymi tym, żeby w każdej z nowych dzielnic była parafia.

KP: W Krakowie to chyba nietrudne.

JB: No tak, ale sporo mówi o pobudkach, którymi kierowali się ówcześnie samorządowcy. Technicznie wygląda to tak, że istnieje bank nazw, ważnych postaci i zjawisk dla historii Krakowa czy Polski, które czekają na swoją kolej. Akurat w Krakowie ulic przybywa stosunkowo niewiele, bo miasto nie tworzy spektakularnych rozwiązań urbanistycznych. Dlatego Witold Gombrowicz doczekał się ulicy stosunkowo niedawno i to w Swoszowicach, w urokliwej okolicy, ale na peryferiach.

KP: Skoro o nazewnictwie ulic decydują gminy i nie są to decyzje centralne, nic przecież nie przeszkadza lewicy czy liberałom promować swojej alternatywnej wobec dominującej dzisiaj narracji.

PM: Oczywiście lewica czy liberałowie mogą mieć o to pretensje również sami do siebie, ponieważ w kwestii polityki historycznej oddali pole prawicy. Trochę przez zaniedbanie, a trochę siłą rzeczy, bo w przeciwieństwie do konserwatystów patrzą raczej w przyszłość niż w przeszłość. Podobne procesy zaszły w całej Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie jedyną alternatywą dla realnego socjalizmu stał się nacjonalizm. To miało zresztą dość krwawe pokłosie, np. w państwach bałkańskich.

JB: Trzeba również pamiętać o tym, że w kwestii nacjonalistycznej interpretacji polskiej historii panuje na polskiej scenie politycznej dość spory konsensus. Choć pewne wydarzenia pozostają sporne, partie powstałe po 1989 roku raczej zgadzały się co do narracji. A ta była zwykle nacjonalistyczna, polskocentryczna. Tak jak mówiłem wcześniej, w zasadzie w wielu aspektach stanowi kontynuację sposobu myślenia z czasów PRL, tylko zamiast rozkułaczania mamy dekomunizację.

KP: Mamy wyłomy w tej tendencji. W Sosnowcu jest rondo Gierka, które nawet nie tyle przetrwało przełom, ile zostało tak nazwane po śmierci Gierka w 2001 roku.

JB: Ludzie z Zagłębia oraz ze Śląska mają pełne prawo odczuwać sentyment do Gierka, zważywszy na rozwój regionu w latach 60. i 70., kiedy pełnił on funkcję I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, a potem Centralnego. To jest zresztą przykład na to, że nasza historia nie jest jednoznaczna, i że skoro upamiętnia się krwawych władców, którym udało się pchnąć kraj do przodu, to miejsce powinno znaleźć się i dla Gierka.

KP: Sosnowiec to specyficzny przykład, ale w innych miastach wciąż istnieją ulice Armii Czerwonej, której rola w historii Polski jest co najmniej kontrowersyjna.

JB: To wynika przede wszystkim z tego, że zmiana nazwy ulicy wiąże się ze sporymi kosztami: trzeba zamówić nowe tabliczki, pieczątki, mapy itd. Dlatego dla uboższych gmin dekomunizacja to trochę „problem pierwszego świata”. Ale to prawda, że polityka w tym zakresie jest dość niespójna, nawet w obrębie jednej gminy. W Krakowie przeszkadzał Ignacy Fik, a z drugiej strony ulicę prowadzącą do reprezentacyjnej Expo Kraków nazywa się Galicyjską. Przeszkadza wybitny poeta i krytyk literacki, nie przeszkadza zaborca, który Kraków traktował jak mało ważne prowincjonalne miasteczko. Mamy też zabawne przykłady niedokończonej dekomunizacji: szkoła im. Jurija Gagarina przemianowała się na księcia Józefa Poniatowskiego, ale na podwórku wciąż stoi rzeźba przedstawiająca rakietę.

PM: W dekomunizacji najważniejsze jest podporządkowanie decyzji ideologii, sprzeczności nie są ważne. Jak w ogóle można myśleć o dekomunizacji Warszawy, która cała została odbudowana przez komunistów i w stylu wschodnioeuropejskim? Podobnie dzieje się np. w Belgradzie, gdzie przemianowuje się ulice nazwane imionami twórców pochodzących z innych niż serbska republik byłej Jugosławii, a zostawia się marszałków radzieckich, bo to mieści się w narracji o związkach kulturowych Serbii i Rosji.

KP: Dobrze, że krakowscy radni nie wiedzą, skąd w Krakowie ulica Józefa.

PM: Nie tylko skąd, ale i dlaczego została tak nazwana. Ulica Józefa pojawiła się na mapie Krakowa pod koniec XIX wieku wraz z innymi postaciami ważnymi dla żydowskiej społeczności Kazimierza. A cesarz Józef II był taką przede wszystkim ze względu na wprowadzenie tzw. patentu tolerancyjnego znoszącego bariery dla ludności żydowskiej. Z polskiego punktu widzenia to oczywiście władca, który doprowadził do zaborów.

KP: Radni wiedzą za to, kim był Nikołaj Dworcow.

JB: Jako literaturoznawca i bibliotekarz chylę czoła przed wiedzą oraz przenikliwością radnego Adama Kality z Prawa i Sprawiedliwości. Interesuję się literaturą demoludów, a wcześniej nie znałem tego pisarza. Nie był tłumaczony na polski, więc niewątpliwie radny, historyk zatrudniony w IPN musiał przeprowadzić dogłębną kwerendę.

KP: Dekomunizacja dekomunizacją, ale od czasu zmiany władzy silniejszy wydaje się wektor przeciwko poprzednim obozom rządzącym niż stricte antykomunistyczny. Pokrewne tendencje zauważamy również w polityce zagranicznej, która jest silniej skupiona na swojej antyunijności niż na przykład antyrosyjskości. Czy możemy spodziewać się „detrzeciorzeczpospolityzacji” polskich ulic? Znikną ronda Unii Europejskiej, ulice Tischnera, Kuronia, lotnisko Lecha Wałęsy?

PM: Na płaszczyźnie nieoficjalnej to się już dzieje. W Warszawie zdarzają się ataki na tablicę upamiętniającą dom Kuronia. Trudno powiedzieć, czy to może stać się oficjalną polityką radnych pochodzących z prawicowych partii.

JB: Zwrot przeciwko Unii wydaje mi się tymczasową grą polityczną. Mam szczerą nadzieję, że nie będzie trwały, bo związków z Europą Zachodnią nie da się przekreślić…

KP: Ze Wschodnią też nie, a mimo to na poziomie symbolicznym udaje się to robić.

JB: Żyjemy w tak ciekawych czasach, że trudno przewidzieć co może się wydarzyć. Ale nie sądzę by kurs antyeuropejski był trwały, także na poziomie manipulacji symbolami. Oczywiście, różne wynikające z niskich pobudek świństewka mogą się zdarzyć. I mają miejsce już dziś. Odpowiedzialność za upamiętnianie osiągnięć tych postaci życia publicznego, które dziś próbuje się rugować (na razie nieśmiało i po cichu) powinni wziąć ich polityczni oraz ideowi spadkobiercy. Lewica odrabia tę lekcję, walczy o pamięć Okrzei, Daszyńskiego, Dąbrowszczaków. Liberałowie też mogą i powinni się upominać o swoich patronów.

KP: A odchodząc od wielkiej polityki – czego jeszcze możemy się dowiedzieć z nazw ulic? W kwartalniku „Ha!art” opublikowano kiedyś mapkę, na której zestawiono najpopularniejsze nazwy ulic w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Na przykład w Polsce były to ulice Polna czy Leśna, w Czechach – Ogrodowa i Szkolna.

JB: [śmiech] Symboliczny wydaje się też układ ulic we wsi Markowa, który krążył kiedyś Facebooku. Obok siebie znajdują się ulice Dworska, Droga do kościoła i Droga na cmentarz. A ze swoich doświadczeń mogę przytoczyć sytuację, kiedy pracowałem w Urzędzie Miasta Krakowa i zredagowałem żartobliwą ciekawostkę o ulicy Poniedziałkowy Dół. Zamieszkująca tamte tereny rodzina Poniedziałków napisała na mnie skargę. Dowodzili, że nazwa nie jest śmieszna, tylko bardzo piękna i zacna, bo to ich rodowe dziedzictwo. Zostałem wezwany na dywanik.

KP: A jak waszym zdaniem powinna wyglądać polityka nazewnictwa, która byłaby uczciwa wobec historii i mniej zależna od politycznych wiatrów?

JB: W Starzyńskim Dworze w Województwie Pomorskim stoi pomnik żołnierzy radzieckich. Nie wyburzono go, lecz dokręcono tabliczkę: „Umęczonym żołnierzom Armii Czerwonej, ofiarom hitlerowskiego reżimu”. W tym miejscu zostali zamęczeni przez Niemców. To jest moim zdaniem recepta na zniuansowaną politykę historyczną, a nie barbarzyństwo, którego jesteśmy świadkami. Jeśli chodzi stricte o nazwy, podobał mi się pomysł nazwania placu w Nowej Hucie imieniem Piotra Ożańskiego, pierwowzoru Mateusza Birkuta z Człowieka z Marmuru – genialnego filmu Andrzeja Wajdy. Ożański miał za sobą co prawda epizod w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale przede wszystkim był postacią tragiczną i idealnym symbolem losów Polaków po wojnie. Jego biografia jest poniekąd reprezentatywna dla mieszkańców Nowej Huty. Doświadczyli historycznej zawieruchy, na PRL-owskiej modernizacji zyskali awans społeczny, ale też spadały na nich reżimowe represje. Tymczasem decyzja o nazwaniu placu jego imieniem została cofnięta z inicjatywy radnego Platformy Obywatelskiej.

PM: Moim zdaniem kluczem do sprawy jest zrozumienie przez decydentów, że nazwy nie są koniecznie po to, żeby się z nimi utożsamiać. Mogą być pewnym symbolem, napomnieniem, opowieścią o historii, która się wydarzyła i nas ukształtowała. Ona nie musi się nam podobać, nie musimy się z nią utożsamiać, ale bardzo ważne, żebyśmy ją rozumieli.

Jan Bińczycki – publicysta, bibliotekarz, członek zespołu Korporacji Ha!Art. Zajmuje się stykiem problemów społecznych z kulturą. Problemy lokalnej polityki historycznej obserwował w czasie kilkuletniej pracy w Urzędzie Miasta Krakowa.
Piotr Mirocha – slawista z nachyleniem semiologicznym, bada ideologie w języku i w przestrzeni środkowoeuropejskich miast.

Zdjęcie główne: Zdezaktualizowana nazwa ulicy na budynku w Żarach; Autor: Mohylek, Źródło: commons.wikimedia.org
Kaja Puto
Kaja Puto
Dziennikarka
  • w Eastbook.eu od2013 Oct 30
  • Artykuły4
  • Komentarze0
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz