Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Krzysztof Nieczypor

Kulisy manipulacji. Jak programy talk-show piorą Rosjanom mózgi i co robią w nich Polacy?

Codziennie w jednym z programów rosyjskiej telewizji odbywa się widowisko przyciągające uwagę milionów Rosjan. W emitowanych na żywo programach publicystycznych prowadzący, wraz z wybranymi gośćmi, omawiają bieżące problemy polityczne, według ściśle określonego scenariusza. Mimo jawnie manipulacyjnego charakteru audycji, zapraszani do udziału w talk show rosyjscy liberałowie oraz zagraniczni goście, chętnie biorą w nich udział, uwiarygodniając tworzoną iluzję obiektywnej dyskusji.

Telewizyjne okno na świat

 
Według danych sondażowych, telewizję w Rosji ogląda codziennie 87 milionów jej mieszkańców, co stanowi ok. 61% rosyjskiego społeczeństwa. Ten popyt zaspokajany jest przez kilkaset kanałów telewizyjnych działających na terenie Federacji Rosyjskiej.

Zapotrzebowanie jest ogromne – drugą czynnością, jaką wykonuje po wejściu do swojego domu  mieszkaniec Rosji deklarujący codzienne korzystanie z odbiornika telewizyjnego jest włączenie telewizora (po włączeniu światła).

W połowie przypadków czynność ta wykonywana jest  niezależnie od tego, czy jej rezultatem będzie faktycznie oglądanie telewizji czy nie. Włączony telewizor pozwala współczesnemu człowiekowi odnieść wrażenie udziału w życiu społecznym i zaspokoić potrzebę identyfikacji z daną grupą społeczną, światopoglądową itp.

Co ważniejsze, dla milionów mieszkańców Rosji programy telewizji państwowej pozostają jedynym źródłem wiedzy o świecie – aż 85% Rosjan uznaje telewizję za najważniejsze źródło wiadomości. Ten współczynnik jest również wysoki dla młodzieży – aż 77% osób poniżej 30 roku życia uważa telewizję za główne źródło informacji. Fakt ten obala przekonanie, że młodzi ludzie zdobywają wiedzę o otaczającym ich świecie z Internetu.

Według Leonida Gozmana opinie na temat roli Internetu w Rosji należy skorygować: większość internautów korzysta z sieci głównie po to, by sprawdzić rozkład jazdy pociągów podmiejskich, godziny pracy sklepów albo program telewizyjny. Niewielu ludzi traktuje internet jako okno na świat.

Publicystyczna ofensywa

 
Od wielu lat na pierwszym miejscu pod względem popularności w Rosji utrzymują się programy informacyjne. Na drugim znajdują się filmy fabularne, zaś na trzecim – programy rozrywkowe. Specyficzną formą w rosyjskiej telewizji są programy publicystyczne, które łączą trzy wymienione powyżej kategorie – programu informacyjno-rozrywkowego z dobrze wyreżyserowanym spektaklem.

Widowisko publicystyczne, w którym prowadzący rozmawia w studiu z zaproszonymi gośćmi na ustalony temat jest, obok serwisów informacyjnych, jednym z najważniejszych programów w całej ramówce, pokazywanym w tzw. prime time i osiągającym najwyższą oglądalność.

Niemal każda licząca się na rynku telewizyjnym stacja posiada w swojej ofercie sztandarowy talk-show prowadzony przez charyzmatyczną osobowość telewizyjną. Na najbardziej popularnym w Rosji Pierwszym Kanale talk-show pt. „Polityka” prowadzi Piotr Tołstoj. Na będącym na drugim miejscu pod względem oglądalności kanale Rossija 1 obecny jest Władimir Sołowjow i jego „wieczór” z zaproszonymi gośćmi. W tej samej stacji występuje także Jewgienij Popow ze swoim „Dyskusyjnym show – 60 minut”.

Na NTW prym wiedzie Andriej Norkin i jego „Miejsce spotkań”, reklamowane na stronie stacji jako „Miejsce, gdzie wszystko staje się jasne!”. Mniejsze stacje również posiadają swoje autorskie audycje publicystyczne.

Doskonały scenariusz

 
Wszystkie powyższe programy łączy jedno – scenariusz opierający się na sprawdzonym schemacie realizacji audycji, który opisała Jelena Rykowcewa, publicystka portalu i radia Swoboda. Zgodnie z opisem Rykowcewej, która przeanalizowała rosyjskie programy pod względem sposobu omawiania  w nich tematów związanych z Ukrainą, układ jest prosty i do bólu przewidywalny.

Uczestnicy programu są podzieleni na dwie grupy – w programach poświęconych tematyce międzynarodowej zazwyczaj z jednej strony występują komentatorzy, których można z grubsza zakwalifikować jako „prozachodnich”, „proeuropejskich”, „proamerykańskich”, „liberalnych”, z drugiej zaś po prostu „prorosyjscy”.

Choć formalnie uczestnicy podzieleni są na dwa czteroosobowe zespoły, to podział zawsze jest nieproporcjonalny – dwa do sześciu, a nawet do siedmiu, gdy do akcji włącza się prowadzący. Dysproporcja ta wynika ze specyficznego doboru gości. Tylko bowiem w jednej grupie wszyscy reprezentują wspólną linię. W drugim zespole dwie osoby mają poglądy przeciwne, a dwie zgadzają się z poglądami zespołu pierwszego.

Prowadzący, choć z założenia powinien być bezstronnym moderatorem dyskusji, wspiera ekspertów z jednego z zespołów. W rezultacie takiego zestawienia, nawet gdyby wszystkim uczestnikom udzielono dokładnie tyle samo czasu antenowego, poglądy „nieprawomyślnych” gości nie byłyby reprezentowane proporcjonalnie do poglądów ich oponentów.
 

„Moderacja” dyskusji z amerykańskim gościem programu „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”:

 

„Obiektywizm” programu „60 minut” na temat Polski i NATO z udziałem polskiego uczestnika:


 
Mimo, że prokremlowscy eksperci dysponują przewagą liczebną, formuła programu nie pozwala wypowiedzieć się swobodnie stronie przeciwnej. Sympatycy władz i krytycy Zachodu mogą rozprawiać praktycznie bez ograniczeń w komfortowej i pełnej powagi ciszy. Ich przeciwnicy muszą cierpliwie czekać na udzielenie głosu i niemal krzyczeć, żeby przebić się przez harmider głosów i kąśliwe uwagi prowadzącego. Ten zaś, gdy łaskawie pozwoli przemówić „liberałowi”, nierzadko pokpiwa i chichocze, dając do zrozumienia, że mówca co raz wypowiada głupstwa. W tym samym czasie kamera pracuje w taki sposób, by w kadrze ująć nie twarz przemawiającego gościa programu i jego argumenty, a śmiech prezentera.

Lekceważenie dla strony skazanej na „merytoryczną” porażkę prowadzący wyraża nawet mową ciała, stojąc w nienaturalnej pozie, będąc na wpół zgiętym i kierując w stronę „niewygodnego” dyskutanta jedynie głowę. Cała jego sylwetka jest natomiast zwrócona ku osobie „mającej rację”, by natychmiast przekazać jej głos i dać możliwość polemiki. Kształt toczonej wówczas rozmowy wygląda w taki sposób, że „liberał” przytacza swój argument, prowadzący odpowiada ironicznym kontrargumentem i natychmiast gestem udziela głosu osobie z przeciwnej drużyny. Ten kontynuuje wątek wygłaszając monolog o faszyzmie i hipokryzji Zachodu. Publiczność natychmiast milknie i słucha go w pełnej ciszy.
 

Dyskusja z ukraińskim komentatorem w programie „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”:

 

Fragment programu „Miejsce spotkań” z udziałem ukraińskiego blogera:

 

Specyficzni goście z Polski

 
Dodatkowo wykorzystywanym trickiem jest reżyserowanie programu w taki sposób, aby mający zastrzeżenia do kremlowskich władz eksperci nie mieli prawa do nawet najmniejszej pomyłki. Gdy potknie się ich oponent, nikt tego nie zauważa, ale kiedy błąd w argumentacji popełni przedstawiciel nieprawomyślnych poglądów, pozostali bezlitośnie, ze zdwojonym entuzjazmem wykorzystują jego słabość.

Często zdarza się, że uczestnik prowokowany jest do emocjonalnych reakcji. Najlepiej, gdy uda się spowodować, by doszło do awantury, w której stronnicy polityki rosyjskich władz występują w obronie honoru i dobrego imienia Rosji.

Powyższy zabieg udaje się skutecznie stosować wobec zapraszanych w ostatnim czasie do rosyjskiej telewizji dwójki Polaków, prezentowanych jako przedstawicieli Zachodu i europejskiego punktu widzenia. „Dziennikarze” z Polski legitymizują swój udział w rosyjskim show wyrazistością i kontrowersyjnością wygłaszanych tez.

Pierwszym przykładem jest Jakub Korejba, który występuję w rosyjskiej przestrzeni medialnej w podwójnej roli: jako prorosyjski publicysta (m.in. jako krytyk polskich władz w rosyjskim organie propagandowym „Sputnik” oraz twórca fantastycznych teorii na temat Uniwersytetu Warszawskiego jako antyrosyjskiej instytucji kontrwywiadowczej), zaś w rosyjskich programach telewizyjnych jako prozachodni dziennikarz (on sam wyraża wątpliwości co do swojej tożsamości…).

Drugie wcielenie daje o sobie znać zwłaszcza w dyskusjach nt. Związku Radzieckiego, gdy obraźliwe dla rosyjskiego odbiorcy opinie Korejby na temat komunistycznej przeszłości Rosjan – emitowane w kraju, w którym ponad połowa mieszkańców wyraża tęsknotę za Związkiem Radzieckim – gwarantują poziom emocji na pożądanym przez twórców programu poziomie.
 

Zobacz występy Jakuba Korejby w rosyjskich programach:


 

 
Drugi z zapraszanych „ekspertów” z Polski, Tomasz Maciejczuk, zasłynął udziałem w bójce podczas programu na żywo. Maciejczuk sprowokował awanturę stwierdzeniem, że „Rosjanie żyją w gównie”, starając się opisać poziom życia mieszkańców Federacji Rosyjskiej. Do rękobicia na wizji doprowadził prowadzący program, który podpuszczał Polaka do wygłaszania obraźliwych stwierdzeń, ale już nie do ich uzasadnienia.

Przewidywanym rezultatem wypowiedzi Maciejczuka, było żądanie pozostałych uczestników dyskusji do jego usunięcia ze studia, a wobec niechęci zastosowania się do tej prośby – zmuszenie go do tego siłą. W obu przypadkach sympatycy rosyjskich władz występują jako obrońcy historii i godności Rosji. W takim ujęciu nawet najbardziej trafne oceny polskich uczestników dyskusji nie mają szans na powodzenie i zdobycie sympatii widzów.
 

Zobacz awanturę z udziałem Tomasza Maciejczuka:

 

Obaj polscy uczestnicy rosyjskich programów prezentują sobą dość specyficzny rys „eksperta”. Jakub Korejba przez pewien czas był publikowany przez polskie wydanie Newsweeka oraz czasopismo Nowa Europa Wschodnia. Najwyraźniej jednak zachęcony wizją zrobienia kariery w rosyjskich mediach popełnił teksty, które miały go uwiarygodnić wśród rosyjskich czytelników, ale jednocześnie przekreśliły dalszą karierę w Polsce. Za oderwane od rzeczywistości i bijące w autorytet polskiego państwa artykuły oba polskie wydawnictwa przerwały z nim współpracę, on sam zaś otrzymał w Polsce łatkę kremlowskiego agenta.

Jak stwierdza jego polski kolega w Rosji, Tomasz Maciejczuk, Korejbie „ma być z tym ciężko”. Być może to jest powód, dla którego podczas licznych występów w rosyjskiej telewizji stara się pozycjonować tym razem jako obrońca polskich interesów i dobrego imienia kraju swojego urodzenia. Kryć się może zatem nadzieja, że choć zapewne nie od razu nowa postawa zdejmie odium z przeszłości, ale przynajmniej sprawi, że będzie o niej głośno.

Podobna chwiejność światopoglądową charakteryzuje wspomnianego Tomasza Maciejczuka – od piewcy przyjaźni polsko-ukraińskiej i niechęci do Rosjan (manifestacyjnie palącego rosyjskie symbole narodowe) poprzez tropiącego faszystów w ukraińskiej armii aktywistę aż po stałego gościa rosyjskich programów propagandowych. Mimo pełnych napięcia zwrotów w opiniach i przekonaniach zawsze są one prezentowane z równą stanowczością i pewnością siebie.

Obie postacie łączy jedno – chęć stałego zwracania na siebie uwagi. Częste zmiany poglądów, przy czym zawsze radykalnie wyrażane, są charakterystyczną cechą zarówno Maciejczuka, jak i Korejby. Osoby o zmiennym światopoglądzie, nadszarpniętym autorytecie, ale za to wyraziste i gotowe zrobić wiele dla swojej popularności, to dokładnie ten rodzaj uczestnika dyskusji, którego poszukuje rosyjska telewizja.

Samodzielne wnioski

 
Dowiedzenie swoich racji na przekór tezom producentów telewizyjnych jest skazane na porażkę, ponieważ forma programu (przyznajmy – cechująca się dość prymitywnymi i czytelnymi środkami manipulacji) jest dostosowana do jego odbiorcy. Adresatem treści propagandowych talk-show są zwykli, prości ludzie, którzy mają wspierać politykę Putina w kraju (elektorat) i za granicą (opinia publiczna), nie zaś wymagający wyrafinowanej intelektualnej rozrywki widzowie, analizujący czy dane, na które powołuje się gość programu są prawdziwe czy nie.

Targetem producentów programu są zajęci „realnym życiem” widzowie, którzy nie mają ochoty wysłuchiwać szczegółowych informacji na temat poziomu ich życia czy krytyki systemu, w którym żyli ich rodzice czy dziadkowie. Ich interesuje ogólny pogląd na sprawy, którym można się podzielić ze znajomym w czasie drogi do pracy lub z kumplami w barze. To dla nich produkowane są tego rodzaju programu, dlatego wszelkie próby wykrzyczenia, nawet mających odzwierciedlenie w rzeczywistości, opinii są skazane na porażkę.

W tak skonstruowanych programach telewizyjnych nie jest możliwym osiągnięcie sukcesu przez gości reprezentujących opinie, które mają z założenia zostać zdezawuowane. Emisja programu ma spowodować, by z całej audycji widz zapamiętał tyle, że dyskutanci kolejny raz dowiedli słuszności „naszego” punktu widzenia, a ci którzy mieli inne zdanie, znowu się zbłaźnili lub zostali słusznie ukarani.

Celem nie jest przekazanie informacji, a wywołanie na tyle silnego wrażenia u odbiorcy, aby został on skutecznie przekonany na poziomie emocjonalnym. Przy czym odbiorca będzie absolutnie przekonany, że doszedł do takiego wniosku samodzielnie.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji. Autor zdjęcia głównego: Chris Brown, źródło: Flickr, licencja CC BY-SA 2.0
Krzysztof Nieczypor
Krzysztof Nieczypor
Redaktor Eastbook.eu
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 1
Dodaj komentarz

  1. Jakub.J pisze:

    Rosja niczym się nie różni od innych państw. BBC czy ARD też kłamią i manipulują, tylko po swojemu. Róznica polega tylko na tym, że „oficjalnie” na Zachodzie jest „wolność słowa”, chociaż w mediach o tym chyba nie słyszeli. I dlatego, najlepszym źródłem informacji są….komentarze. To dotyczy zarówno programów telewizyjnych jak i internetu. Każdy program, każdy artykuł pisany jest przecież pod tezę, najczęściej ideologiczną. A po to, aby była faktyczna wolność słowa, winny być komentarze od widzów czy czytelników. Można wówczas zobaczyć stan wiedzy czy stan psychiki ludzi czytających lub oglądających. No, w Polsce, ale i na Zachodzie z tym nie jest za dobrze, bo ignorantów, idiotów, frustratów czy „wszechwiedzących” jest przecież wszędzie od groma.
    No, a takie programy to zwyczajna rozrywka. W Polsce mamy rozrywkę w postaci „blokad Sejmu” czy ogólnego syfu w polityce, nie tylko tej mainstreamowej. Jak ktoś się zna lub „czai coś” to jest to najlepsza rozrywka. Ja nie muszę oglądać kabaretów czy komedii, bo ich poziom jest coraz bardziej żenujący. Polityka i społeczeństwo to największa komedia. A największy ubaw mam z tych co się tym wszystkim podniecają i zawzięcie skaczą sobie do gardeł, tylko po to, aby udowodnić innym, że oni i tylko oni mają racje.