Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Igor Chomyn

„A poza tym sądzę, że Ukrainę należy zniszczyć*”. Kto szkodzi stosunkom polsko-ukraińskim?

Relacje polsko-ukraińskie nigdy nie były tak napięte. Negatywne emocje zaczęły narastać zaraz po eksplozji przyjaźni w czasie Euromajdanu. Antagonistyczne postawy zdarzały się po obu stronach już od 1991 roku, jednak były one marginalne. Dziś święcą względne tryumfy. Nie można powiedzieć, że przeciwnicy polsko-ukraińskiego pojednania nie mają żadnych racji, jednak w większości są to osoby uprzedzone do sąsiedniego narodu. A uprzedzenia z definicji są na bakier z logiką.

Rozwścieczyć proukraiński salon

 
Przykładem nieuleczalnego ukrainofoba jest pisarz i publicysta Waldemar Łysiak. Autor „Rzeczpospolitej kłamców” raczej by się za taką etykietkę nie obraził, sam to bowiem niedawno przyznał, pisząc: Kilkakrotnie już rozwścieczałem nasz Salon i kryptoSalon (pseudoprawicę) antyukraińskimi tekstami w „Do Rzeczy”. Publicysta „rozwścieczał” głośnym tekstem „Muzyczka Majdanu” z września 2014 r. nawet swojego redakcyjnego kolegę Bronisława Wildsteina, który jego tezy refutował tydzień później.

Łysiak swój artykuł zaczyna od wypomnienia polskim elitom popierania Majdanu. Wymienia m.in. Jarosława Kaczyńskiego, który krzyczał „Sława Ukraini„, podczas gdy za nim miał ponoć stać nacjonalista Oleksandr Muzyczko, nad którym falował transparent „Rżnij Lachów i Jewrejów!„. Takiego transparentu tam nie było. Przypomina również o Rzezi Wołyńskiej, której, jego zdaniem, szefował m.in. Stepan Bandera. W rzeczywistości szefować niczemu nie mógł, gdyż siedział w tamtym czasie w obozie w Sachsenhausen. Następnie zaś przechodzi do opisu współczesnych nacjonalistów na Ukrainie, których oskarża o zoologiczną antypolskość.

Postawy nieprzychylne wobec zachodniego sąsiada faktycznie są wśród ukraińskich nacjonalistów obecne, zdarzały się akcje palenia polskich flag czy dewastowania pomników, etc. Nie brakowało ich w partii Swoboda (żeby wymienić chociażby Irynę Farion czy samego Tiahnyboka) oraz w Prawym Sektorze (np. bezmyślne i prowokacyjne wypowiedzi Andrija Tarasenki o konieczności zwrotu Ukrainie Przemyśla). Generalnie jednak ostrze ukraińskiego nacjonalizmu zwrócone jest przeciwko Rosji. Polska, mówiąc dosadnie, nie stanowi już żadnego zagrożenia dla Ukrainy. Nie brakuje wśród tamtejszych narodowców również ludzi o propolskim nastawieniu, jak sam Dmytro Jarosz czy Ruch Azowski, który popiera idee Międzymorza.

Z drugiej strony Łysiak nazywa Janukowycza „szczerym przyjacielem Polski” ponieważ zwalczał kult UPA, a z jego inicjatywy sąd cofnął decyzję o nadaniu Banderze tytułu bohatera Ukrainy. Szkoda, że publicysta „Do Rzeczy” nie zauważa, że były to działania ukierunkowane na swój własny elektorat, a nie na Polaków. Ten „szczery przyjaciel Polski” w siedemdziesiątą rocznicę Rzezi Wołyńskiej 11 lipca 2013 nawet się nie pofatygował do Łucka osobiście, wysyłając prezydentowi Komorowskiemu do towarzystwa podrzędnego urzędnika. Janukowycz był wtedy na urlopie na Krymie.

W tekście „Liberum veto!” wyśmiewa z kolei Łysiak tezę o tym, że Putin po zajęciu Ukrainy mógłby zagrozić Polsce. „Tymczasem marzenie Putina (i to trudne do realizacji, przynoszące mu duże kłopoty gospodarcze i polityczne) stanowi jedynie wasalizacja rosyjskojęzycznego Doniecka, plus korytarz do Krymu. Moskwa nie wysuwa wobec Polski żadnych roszczeń terytorialnych, zaś Ukraińcy nawet w swych periodykach tłoczonych na terenie Polski żądają od nas „zwrotu” Przemyśla i 13 powiatów!” – pisze. Jak zatem widać, Łysiak zauważa, że dla takiego mocarstwa jak Rosja marzeniem jest jedynie wasalizacja Doniecka i korytarz na Krym, a równocześnie twierdzi, że kraj taki jak Ukraina jest poważnym zagrożeniem dla państwa należącego do NATO i Unii Europejskiej. I to na podstawie bzdur wypisywanych w periodykach i wykrzykiwanych przez środowiska marginalne, jako że większość nacjonalistów jest przeciwko jakimkolwiek rewizjom granic, nie mówiąc już o oficjalnych władzach.

Banderowskie maki

 
Podobnym przypadkiem jest duszpasterz Ormian ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Duchownemu nie można odmówić pięknej karty opozycyjnej w Solidarności, od wielu lat zajmuje się również działalnością charytatywną, a także publicystyką. Jest znanym popularyzatorem kultury ormiańskiej oraz orędownikiem upamiętnienia ofiar ludobójstwa Ormian w Turcji. Prawdziwy rozgłos przyniosła mu jednak kwestia współpracy duchowieństwa ze Służbą Bezpieczeństwa (m.in. książka „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej”). Z tematyki tej wycofał się jednak po zakazie wydanym przez kurię krakowską. I mniej więcej od tej pory w centrum zainteresowania duchownego znalazła się sprawa ukraińska.

I tutaj zaczyna się najbardziej kontrowersyjny etap jego działalności. Na pierwszy rzut oka cel księdza wydaje się szczytny – jest nim godne upamiętnienie ofiar Rzezi Wołyńskiej. Duchowny wielokrotnie podkreślał, że jego działalność nie jest antyukraińska, tylko antybanderowska. Wskazywał na konieczność upamiętnienia „sprawiedliwych Ukraińców”, którzy często z narażeniem życia ratowali Polaków przed UPA. Jednak po głębszej analizie jego tekstów nietrudno zauważyć, że pod szyldem szczytnych celów kryje się niechęć i uprzedzenia wobec Ukraińców jako narodu. Isakowicz-Zaleski na całą złożoność ukraińskich uwarunkowań patrzy wyłącznie przez pryzmat OUN-UPA, nie chcąc dostrzec żadnych niuansów i kontekstów skomplikowanej historii Ukrainy XX wieku.

Apodyktycznym tonem każe Ukraińcom i polskim władzom w całości uznać jego racje, krytykując jakiekolwiek polskie działania proukraińskie. Kwestie historyczne są ważne, ale całkowite uzależnienie od nich polityki zagranicznej naraża państwo na ryzyko uprzedmiotowienia przez silniejszych i bardziej pragmatycznych graczy.

Duszpasterz Ormian często powołuje się na przykład Niemiec jako narodu, który potrafił rozliczyć się ze swoją przeszłością. Prawda jest jednak taka, że wcale nie przyszło to naszym zachodnim sąsiadom tak łatwo. Do osądzenia nazistowskich zbrodniarzy zostali zmuszeni przede wszystkim dlatego, że przegrali wojnę, a i tak kanclerz Konrad Adenauer ogłaszał kolejne amnestie dla byłych członków SS, SA i Wehrmachtu. To jednak nie przeszkadzało Francuzom, Holendrom czy Belgom zakładać z Niemcami Europejską Wspólnotę Węgla i Stali ledwie 7 lat po skończeniu wojny.

Ksiądz Isakowicz-Zaleski, zamiast brać przykład z polskich biskupów, którzy wystosowali do swoich niemieckich braci słynne orędzie w 1965 roku, brnie w coraz bardziej histeryczne osądy. Dobrym przykładem jest oskarżenie prezydenta Petra Poroszenki o pojawienie się na odbywających się 8 maja 2015 roku uroczystościach na Westerplatte z wpiętą w klapę marynarki „rozetką w barwach OUN-UPA. Problem w tym, że ta rozetka nie miała nic wspólnego z banderyzmem. Był to tak zwany „remembrance poppy (czerwony mak – przyp. red.), używany przez Anglosasów już od I Wojny Światowej dla upamiętnienia jej ofiar. Ukraina przejęła ten symbol, odchodząc od radzieckiej tradycji. Emblemat został zaś zaprojektowany przez charkowskiego artystę Serhija Miszakina i opatrzony tekstem: „1939-1945 – Nigdy Więcej„.

Dla wojny nie ma wyjątków. Kobiece historie II Wojny Światowej; Źródło: http://www.memory.gov.ua

Dla wojny nie ma wyjątków. Kobiece historie II Wojny Światowej; Źródło: http://www.memory.gov.ua

Kozacka ikona Pokrowy; Źródło: commons.wikimedia.org

Kozacka ikona Pokrowy; Źródło: commons.wikimedia.org

Duchowny ostro zaatakował Petra Poroszenkę również za ogłoszenie daty 14 października Dniem Obrońcy Ukrainy, ponieważ uważa się, że właśnie tego dnia w 1942 roku powstała UPA. Tyle że na 14 października przypada Dzień Matki Boskiej „Pokrowy” (szaty, opiekunki), oraz Dzień Ukraińskiego Kozactwa. Sama UPA prawdopodobnie przypisała sobie datę swojego powstania właśnie z tego powodu, że dzień ten był świętem na tych terenach już od średniowiecza, szczególnie ważnym dla Kozaków. Żądanie od Ukraińców, by całkowicie odrzucili tę tradycję, ponieważ w tym dniu ponoć powstała UPA, jest niepoważne.

Ukraińcy nie bez winy

 
Przyjęta 20 października tego roku przez parlamenty Polski i Ukrainy Deklaracja Pamięci i Solidarności wywołała kontrowersje po obu stronach granicy. W Polsce skrytykowała ją partia Kukiz’15, wg której zapis „Pamiętamy walkę polskich i ukraińskich sił opozycji antykomunistycznej, która dała moralne podstawy dla przywrócenia niepodległości naszych państw” może oznaczać zgodę na uznanie narodowowyzwoleńczej walki UPA. Na Ukrainie natomiast emocje budzą słowa o pakcie Ribbentrop-Mołotow, którego jako jedną z konsekwencji wymienia się okupację Polski przez Niemcy i Związek Sowiecki.

Radny z Mikołajowa Maksym Newenczannyj napisał na swoim profilu na Facebooku, że zatwierdzenie przez Radę Najwyższą takiego sformułowania jest pierwszym krokiem do przekazania Polsce zachodnich ziem dzisiejszej Ukrainy. Uważa on, że Polska zaczęła już aktywnie tego żądać (niestety nie rozwinął tej myśli), że możliwy jest konflikt zbrojny, oraz że w jego przypadku pomocy Ukrainie mogłaby dostarczyć tylko… Rosja. Przykład owej deklaracji dowodzi, że jakakolwiek działalność, choćby z najlepszymi intencjami, na polu polsko-ukraińskich relacji da się skrytykować i sprowadzić do wrogości i podstępu.

Politolog Oleksandr Maslak, zwolennik przyjaźni polsko-ukraińskiej oraz współpracy i integracji narodów Europy Środkowo-Wschodniej, napisał natomiast ciekawy tekst krytykujący Związek Ukraińców w Polsce (ZUwP). Maslak nazywa działających w tej organizacji ludzi „profesjonalnymi Ukraińcami”, to znaczy takimi, którzy z ukraińskiej mowy i wyszywanki uczynili sposób na zarabianie pieniędzy.

W opinii politologa ZUwP jeszcze za czasów komunizmu tworzył swoiste getto, monopolizując miejsce w ukraińskiej diasporze, jako jedynego jej reprezentanta i uzależniając swoje istnienie od komunistycznej elity. Dziś miejsce komunistycznej elity przejęła elita liberalna, zapewniająca Związkowi liczne dotacje i miejsce w Sejmie.

Ponieważ wraz ze zmianą rządów w Polsce „profesjonalni Ukraińcy” to miejsce utracili, ich lider Piotr Tyma opowiada w polskich mediach niestworzone historie o nowej ksenofobicznej władzy, malując hiperboliczny obraz niemal terroru, którego doświadczają ze strony konserwatywnego rządu Ukraińcy. Można się zgodzić z Maslakiem, że całkowite poparcie przez ZUwP jednej ze stron polskiej sceny politycznej i ostra krytyka drugiej jest błędem. Instytucja ta powinna reprezentować interesy Ukraińców, a nie Platformy Obywatelskiej.

Mina, w którą trzeba było wdepnąć

 
Najważniejszym jednak problemem w polsko-ukraińskich relacjach jest zdecydowanie kwestia Rzezi Wołyńskiej. To tragiczne wydarzenie skrajnie inaczej interpretuje się w obu krajach. Dla Polaków UPA to przede wszystkim mordercy polskich cywilów, dla Ukraińców – bohaterowie walczący o niezależność swojej ojczyzny. I jedni i drudzy, poza nielicznymi wyjątkami, nie przyjmują argumentów strony przeciwnej.

Na Ukrainie prym w tej narracji wiedzie prezes ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz. Uparcie twierdzi on, że w latach 1943-1945 miała miejsce wojna polsko-ukraińska, a straty po obu stronach są porównywalne. W Polsce natomiast historycy tacy jak Ewa Siemaszko (która zrobiła ogromnie dużo dla identyfikacji ofiar Wołynia) deprecjonuje późniejsze walki UPA z Sowietami. Prawda jest jednak taka, że walki te były bardzo zacięte i w sposób zorganizowany trwały do 1950 roku, a w niezorganizowany – do roku 1960. W wyniku sowieckich represji ucierpiało zaś około pół miliona mieszkańców zachodniej Ukrainy.

4 kwietnia 2015 roku Werchowna Rada Ukrainy uchwaliła ustawę dekomunizacyjną, w której uznała ona zaszczytny charakter walk narodowo-wyzwoleńczych m.in. UPA, choć z wyłączeniem SS Galizien i innych oddziałów kolaboranckich III Rzeszy (dużym nietaktem było, że zrobiła to akurat w dniu wizyty prezydenta Komorowskiego w Kijowie). W tym roku natomiast Sejm RP uznał Rzeź Wołyńską za ludobójstwo, podczas gdy kilka miesięcy później na ekrany wszedł film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Można żałować, że stało się to akurat teraz, kiedy Ukraina jest w stanie wojny z Rosją. Jednak sprawa Wołynia była swoistą miną, której nie dało się już rozbroić. Trzeba było zatem w nią wdepnąć.

Droga do wzajemnego pojednania i oczyszczenia jest więc trudna i pełna wybojów. Trzeba będzie jednak przez nią przejść, gdyż jest to w interesie tak Polski, jak i Ukrainy. Dobrym przykładem może być historyk Jarosław Hrycak, który w tomie esejów „Tezy do dyskusji o UPA” oddał szacunek ofiarnej walce ukraińskiej partyzantki ze Związkiem Radzieckim, wzywając równocześnie do potępienia antypolskiej akcji i nazywając ją zbrodnią wojenną. Przyszłe elity polskie i ukraińskie również będą musiały zająć miejsce gdzieś pomiędzy księdzem Isakowiczem-Zaleskim, a Wołodymyrem Wiatrowyczem. Dla dobra obu narodów.

***

Eastbook jest darmowy, co nie oznacza, że jego tworzenie nic nie kosztuje. Prosimy czytelników o wsparcie naszej pracy poprzez wpłacanie darowizn na konto Fundacja Wspólna Europa, wydawcy portalu:

57 1750 0012 0000 0000 2701 8815 Raiffeisen Polbank

Fundacja Wspólna Europa
Al. KEN 98/160, 02-772 Warszawa

W tytule przelewu prosimy wpisać „darowizna na cele statutowe”. Dziękujemy!

*A poza tym sądzę, że Ukrainę należy zniszczyć – parafraza łacińskiej sentencji "A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć" (Ceterum censeo Carthaginem delendam esse) wywodzącej się z Rzymu z okresu wojen punickich. - przyp. red.
Igor Chomyn
Igor Chomyn
Zafascynowany Europą Wschodnią absolwent filologii ukraińskiej i Studium Europy Wschodniej UW
  • w Eastbook.eu od2017 Jan 23
  • Artykuły1
  • Komentarze0
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 4
Dodaj komentarz

  1. wczasiesuszy pisze:

    Ewa SIEMASZKO nie Siemiaszko.

  2. ukrop pisze:

    Dobry tekst

  3. Adr pisze:

    Nie można mówić o tym że stosunki Polsko-Ukraińskie się zepsuły bo one dopiero się narodziły.

    Wcześniejsza sytuacja w której strona Polska nie wykazywała się żadną asertywnością, a wszytko dyktowali ,,nawiedzeni gyedroyciowcy” to nie nie były stosunki dwóch podmiotów.

    Są po obu stronach ludzie którzy
    bardziej nienawidzą Ukrainy niż kochają Polskę
    ale są i tacy co bardziej Polski nienawidzą niż Ukrainę kochają jak zawodowi Ukraińcy z ZUwP
    którzy szczują na jedynego realnego podmiotowego sojusznika czyli PIS.

    sytuacja Poski jest tu bardziej skomplikowana
    bo gdy odjąć nieuleczalnych polonofobów finansowanych wcześniej przez Regionałów ze Swobody i oligarchów – którzy są większymi wrogami Ukrainy niż Putin nie wiele zostaje

    Może Azow/KN siła podmiotowa i nie genetycznie anty-polska ale trochę na razie za mała żeby wpływać na Ukraińską polityke