Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Bałkański domek z kart. Kto wygra wyścig o fotel prezydenta Serbii?

W niedzielę 2 kwietnia w Serbii odbędą się wybory prezydenckie. Choć sondaże jednoznacznie wskazują, że wygra je obecny premier Aleksandar Vučić to wydaje się, że stawka jest o wiele większa. Być może dla wielu będą to marginalne wybory w marginalnym kraju, jednak może już niedługo Serbia stanie się państwem jednego człowieka, dołączając tym samym do mało zaszczytnego grona pseudodemokracji.

To co trzeba przyznać Vučićovi to fakt, że odkąd objął tekę premiera, wciąż bije własne rekordy popularności. Nic więc dziwnego, że postanowił zawalczyć o najwyższy urząd w państwie. A może jednak jest w tym coś niepokojącego, że mający szerokie kompetencje konstytucyjne premier chce się przesiąść na fotel prezydencki i najbliższe pięć lat spędzić na wręczaniu orderów, odbieraniu defilad i ściskaniu dłoni ważnych dygnitarzy. O co tak właściwie może chodzić?

Po pierwsze, trzeba powiedzieć, że Vučić rozegrał wszystko perfekcyjnie. Sam Frank Underwood mógłby pozazdrościć takiej intrygi. Otóż niedługo po incydencie z pociągiem Belgrad-Mitrovica, partia rządząca postanowiła wycofać swoje poparcie dla obecnego prezydenta Tomislava Nikolića, który już zdążył zapowiedzieć swój start w wyborach. Wówczas nominację otrzymał Vučić – inżynier i główny beneficjent prowokacji z pociągiem. Oficjalnie chodziło o lepsze noty w sondażach obecnego premiera, które dają mu szansę na zwycięstwo jeszcze w pierwszej turze. Kiedy Nikolić został skrytykowany ze wszystkich stron za swoje słowa o obronie każdej pędzi ziemi, Vučić spotkał się z Federicą Mogherini i załagodził całą sprawę. Ten który wysłał pociąg, również go zatrzymał i nie doprowadził do eskalacji konfliktu. Co tu dużo mówić: bohater.

Vučić jako premier osiągnął już wszystko. Cała partia właściwie tańczy tak jak on zagra. Pozostawał tylko ten nieszczęsny Nikolić. Jednak to już przeszłość. Nikolićovi nie zostało nic innego jak wyżalić się rosyjskiemu Sputnikowi. Vučić po wygranych wyborach zapewne będzie umacniał swoją pozycję. Bardzo prawdopodobne, że dojdzie do niekonstytucyjnego przesunięcia ośrodka władzy z rady ministrów do pałacu prezydenckiego, a może po pewnym czasie nawet do referendum zmieniającego ustrój na prezydencki. Wysokie poparcie dla Vučića i potencjalny, dobry wynik w wyborach to przede wszystkim poważny sprawdzian poparcia dla jego polityki, a właściwie sprawdzian, na ile Serbom obojętne jest, że wraz ze swoimi kolegami Vučić przejmuje instytucje państwowe, duże firmy i koncerny medialne. Jedynym zagrożeniem dla Vučića może być rozłam w partii wywołany walką o schedę po premierze. Zapewne wewnątrz partii już trwają rozgrywki. Na razie do mediów nie przeciekły żadne informację o potencjalnym kandydacie.

Opozycja gra po białorusku

 
Opozycji nie udało się wystawić wspólnego kandydata, który miałby realne szanse zaszkodzić Vučićovi, choć dla wszystkich startujących jest on wrogiem numer jeden. Zamiast tego przyjęto strategię wystawienia jak największej ilości kandydatów reprezentujących różne opcje, co ma odciągnąć elektorat od Vučića. Ta ryzykowna taktyka może się okazać gwoździem do trumny w momencie kiedy Aleksandar Vučić wygra wybory już w pierwszej turze.

Podczas gdy Vučić ma poparcie powyżej 50%, żaden z jego oponentów nie jest w stanie zebrać nawet 20%. W ten sposób w niedzielę w szranki stanie jedenastu kandydatów, a każdy z nich będzie rycerzem z innej bajki. Od obrońców serbskich embrionów, zwolenników sojuszu z Rosją w obronie prawosławnych wartości, przez bezideowych technokratów i karierowiczów, po człowieka, który choć zajmuje trzecie miejsce w ostatnim sondażu to podchodzi do polityki całkowicie niepoważnie.

Jako najpoważniejszych kandydatów, oprócz obecnego premiera, wymienia się właściwie trzy osoby: Saszę Jankovića, Vuka Jeremića i Vojislava Šešelja. Ten ostatni cieszy się jednak zainteresowaniem światowych mediów raczej ze względu na swoją zbrodniczą działalność w trakcie wojny niż z powodu realnych szans w wyborach. Janković z kolei reprezentuje opcję proeuropejską. Popierają go głównie organizacje społeczne i aktywiści, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, że był on pierwszym w historii Serbii rzecznikiem praw obywatelskich. Choć jego program w miarę jasno określa go jako zwolennika pojednania z sąsiednimi narodami i kursu raczej na Brukselę niż na Moskwę, to Janković nie jest amatorem i wie, że musi być jak najbardziej umiarkowany, jeśli chce zyskać wystarczające poparcie by wejść do drugiej tury. Mimo to w swoich poglądach jest i tak o wiele bardziej wiarygodny niż niektórzy jego kontrkandydaci.

Z kolei Vuk Jeremić jest typowym przykładem polityka, który choć wywodzi się ze starych elit komunistycznych to obecnie reprezentuje opcję europejsko-demokratyczną. Jego niewątpliwym atutem jest doświadczenie polityczne i międzynarodowe kontakty. Jego program jest jednak niezwykle zachowawczy i przywodzi na myśl politykę ciepłej wody w kranie. Czytając go można dojść do wniosku, że Jeremić jest za tym żeby było lepiej. Do tego też sprowadza się jego kampania. Kiedy trzeba, będzie mówił o pojednaniu, żeby chwilę później mówić o dumnym narodzie serbskim.

Zmiana pokoleniowa czy polityka żadnych zmian?

 
Na jedenastu kandydatów aż dziewięciu to osoby przed pięćdziesiątym rokiem życia. Wśród nich nie ma żadnej kobiety. O ile pierwsza informacja napawa optymizmem i otwiera możliwość spekulacji, czy w Serbii dochodzi do pożądanej wymiany pokoleniowej i obrania nowego kursu, to już ta druga świadczy, że na zbyt nowatorskie zmiany nie ma co liczyć. Niestety, na wszystkich kandydatach cieniem kładzie się okres lat dziewięćdziesiątych, albo powiązania ze skorumpowanymi i słusznie zapomnianymi już dziś politykami.

Wyjątkiem jest najmłodszy, mający zaledwie 26 lat, Ljubiša Preletačević. Urodzony w 1991 roku, nawet jakby bardzo chciał, nie może wykazać się patriotyczną przeszłością. Co prawda zawsze mógłby twierdzić, że od najmłodszych lat bawił się w czetnickiego partyzanta – jednak to nie ten typ. Z włosami związanymi w modny samurajski kucyk postanowił zmierzyć się z głosicielami hasła Wielka Serbia aż po Tokio. Preletačević właściwie jako jedyny z kandydatów balansujących między zjedzeniem ciastka a posiadaniem go, mówi wprost: Serbia i jej elity muszą się zmienić. Choć takie słowa nie są niczym nowym, zwłaszcza w kampanii wyborczej, to Preletačević idzie dalej, mówi: zostawmy Kosowo, przestańmy żyć wojną, zmieńmy się i zacznijmy rozwiązywać realne problemy. Czy może być coś bardziej obrazoburczego dla serbskiego patrioty? Oczywiście! Otóż Ljubiša Preletačević twierdzi, że homoseksualiści to też są ludzie i zasługują na równe traktowanie.

Kariera Preletačevića zaczęła się w zeszłym roku, podczas wyborów samorządowych w miejscowości Mladenovac. Ugrupowanie, które założył, Sarmu probo nisi, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, Nie próbowałeś sarmy (potrawa przypominająca nasze gołąbki) miało być raczej happeningiem wymierzonym w serbskich polityków niż poważnym projektem politycznym. Zaskoczeniem było gdy okazało się, że to humorystyczne ugrupowanie zajęło drugie miejsce w wyborach lokalnych. Teraz Preletačević postanowił rzucić wyzwanie samemu Vučiciovi. Jak pokazują sondaże, nie ma on większych szans w wyścigu o fotel prezydencki. W badaniach Demostatu uzyskał zaledwie 2% poparcia w skali całego kraju, jednak już sondaże z 23 marca dały mu trzecią pozycję z wynikiem 11,9%. Zarówno media jak i inni kandydaci traktują go jednak jako egzotyczny okaz tych wyborów.

Wskaźnik poparcia dla kandydatów na prezydenta Serbii w stosunku do całkowitej liczby wyborców. Stan między 24 i 17 dniem przed wyborami; Źródło: Demostat.rs

Wskaźnik poparcia dla kandydatów na prezydenta Serbii w stosunku do całkowitej liczby wyborców. Stan między 24 i 17 dniem przed wyborami; Źródło: Demostat.rs

Choć głównym rywalem dla wszystkich jest Aleksandar Vučić to nie sposób nie zauważyć, że Preletačević rywalizuje z innym kandydatem reprezentującym program liberalny, proeuropejski i proobywatelski Saszą Jankovićem, który w ostatnim sondażu uzyskał o 0,6 punkt procentowego więcej. Nie jest tajemnicą, że to Janković sprawia wrażenie bardziej poważnego kandydata, który ma szansę zmierzyć się z Vučićem w drugiej turze i na pewno liczy na przejęcie elektoratu Preletačevića.

Co pana czeka, panie prezydencie?

 
Sama kampania wyborcza nie jest szczególnie fascynująca. Politycy, nie zważając na co raz bardziej komplikującą się sytuację w Europie i na świecie, beztrosko przerzucają się frazesami, albo machają szabelką w obronie serbskich wartości. Premier Vučić raz opowiada się za współpracą z NATO, żeby po chwili sobie całkowicie zaprzeczyć. Inni kandydaci w długich wywodach balansują między brakiem własnego zdania a oczekiwaniami opinii publicznej.

Przyszłego prezydenta Serbii z całą pewnością czeka kilka poważnych wyzwań. Po pierwsze jest to narastająca niestabilność w regionie i rosnący konflikt na linii Belgrad-Sarajewo i Belgrad-Prisztina. Ten ostatni może przybrać ostrzejsze formy, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę zapowiedzi tworzenia kosowskiej armii i stopniowego wycofywania się misji KFOR. Proces ten zapewne będzie trwał dłużej niż kadencja przyszłego prezydenta, ale napięcia wydają się być nieuniknione. Również sytuacja w Bośni i Hercegowinie oraz działalność tamtejszego prezydenta Republiki Serbskiej raczej nie gwarantuje spokojnie przespanych nocy. Sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że jakiś czas temu Bakir Izetbegović postanowił wystąpić z wnioskiem do Międzynarodowego Trybunału w Hadze o ponowne rozpatrzenie kwestii serbskiej odpowiedzialności za ludobójstwo w Bośni.

Sytuację w regionie dodatkowo komplikują wewnętrzne problemy w Rumunii, Bułgarii, Macedonii czy Albanii. W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni każdy z tych krajów zmierzył się z dużym kryzysem politycznym, który objawiał się między innymi masowymi protestami. Dodatkowym niebezpieczeństwem jest też coraz bardziej niedemokratyczna polityka Turcji, która jeszcze do niedawna była czynnikiem stabilizującym region. Tureccy dyplomaci zasłużyli się w procesie pokojowym krajów byłej Jugosławii. W tym momencie nie tylko Europa, ale również kraje bałkańskie, w tym Serbia, tracą ważnego partnera.

Na koniec zostaje odwieczny serbski dylemat: Waszyngton czy Moskwa…

Zdjęcie główne: Aleksandar Vučić; Autor: Zoran Žestić; Źródło: commons.wikimedia.org
Kamil Hyszka

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz