Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Łukasz Grajewski

Zachodnie władze się zmieniają. Aleksander Łukaszenka nigdy

Aleksander Łukaszenka po raz kolejny udowodnił, że jest politykiem zupełnie nieprzewidywalnym. I coraz mniej skutecznym. Na Białorusi rośnie społeczny gniew.

Prezydent Białorusi w czasach sowieckich pracował jako kierownik kołchozu. Zarządzanie szło mu nieźle, zapraszano go do Moskwy jako wyróżniającego się pracownika. Bywał jednak brutalny wobec swoich podwładnych. Za pobicie traktorzysty sąd wszczął wobec Łukaszenki śledztwo. Ten szybko odnalazł się w momencie rozpadu Związku Sowieckiego, zdobył mandat posła białoruskiego parlamentu, a wraz z nim immunitet.

Aleksander Łukaszenka funkcję prezydenta Białorusi pełni 23 lat, ale w pewnym sensie nigdy nie przestał być kierownikiem kołchozu. Dalej rządzi skutecznie i brutalnie. Jego styl sprawowania władzy łatwo podejrzeć w telewizyjnych relacjach z przeglądów państwowych przedsiębiorstw, które systematycznie odbywa w różnych częściach kraju.

24 marca br. udał się do sowchozu „Lidskij” w obwodzie grodzieńskim. Na oczach kamer zdecydowanym tonem kazał dyrektorowi sowchozu do 1 maja stworzyć miejsca pracy dla wszystkich bezrobotnych, zadbać o miesięczną pensję w wysokości 1 000 białoruskich rubli (ok. 2 000 złotych – przyp. red.), a przy tym broń Boże nikogo nie zwolnić:

W ten sposób prezydent Łukaszenka i jego zwierzchnicy od przeszło dwóch dekad ręcznie sterują gospodarką Białorusi, której 80% stanowią należące do państwa zakłady i przedsiębiorstwa. W ostatnich latach system działa coraz gorzej. W rezultacie zdarzyła się rzecz nieoczekiwana: Białorusini wyszli na ulicę, żeby zaprotestować przeciwko pogarszającym się warunkom ekonomicznym.

Darmozjady atakują

Od połowy lutego br. w ponad 10 białoruskich miastach zorganizowano demonstracje przeciwko kontrowersyjnemu prezydenckiemu dekretowi nr 3, który nakłada specjalny podatek na niepracujących. W teorii dekret miał ściągnąć pieniądze od osób pozostających w szarej strefie: Białorusinów pracujących w Rosji, lub osób samozatrudnionych (programistów, grafików, tłumaczy, itd.), które pracując dla zagranicznych firm zazwyczaj nie płacą podatków.

Dekret okazał się jednak bublem prawnym, w rezultacie którego zaczęto domagać się zapłacenia kary od zwykłych bezrobotnych, a nawet od matek wychowujących dzieci. W społeczeństwie zawrzało. W miastach obwodowych zaczęto organizować protesty. Ludzie krzyczeli „Nie jesteśmy darmozjadami”.

Inicjatorami byli działacze opozycji, środkiem komunikacji sieci społecznościowe, ale komentujący zgodnie podkreślają, że w protestach udział brali zwykli obywatele rozdrażnieni dekretem. Kolejna danina w obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej w kraju przelała czarę goryczy.

Pytany o sensowność wprowadzenia tak kontrowersyjnego prawa, białoruski obrońca praw człowieka Aleś Bialacki odpowiada: – Nowe prawo ma znaczenie nie tyle ekonomiczne, co przede wszystkim ideologiczne i prewencyjne. Łukaszenka nie raz wypowiadał się w negatywnym tonie o bezrobotnych. Zdarzyło mu się stwierdzić, że osoba pozostająca bez pracy, wkrótce może stać się kryminalistą.

W podobnym tonie dekret komentuje jeden z liderów białoruskiej opozycji Nikola Statkiewicz: – jemu (prezydentowi – przyp. red.) zależy na kontroli absolutnie wszystkich aspektów białoruskiej gospodarki. Stąd i ten dekret oraz represje, które rozpoczęto w odpowiedzi na mobilizację ludzi.

Jeszcze w trakcie pierwszych protestów władza próbowała wysyłać do ludzi swoich przedstawicieli. Okazało się jednak, że Ci odzwyczaili się od rozmowy z obywatelami. W efekcie tłum najczęściej przeganiał negocjatorów, a dzięki staraniom opozycji obok haseł socjalnych szybko pojawiły się postulaty i symbole kojarzone ze sprzeciwem wobec prezydenta Łukaszenki jak np. biało-czerwono-białe flagi i okrzyki „Żyje Białoruś”. Ponieważ na kolejne protesty wychodziło od kilkuset do tysiąca osób, władza wróciła do starych sprawdzonych metod.

Powrót represji

Na 25 marca przypada nieuznawany przez władzę Dzień Woli, który odwołuje się do zdarzeń sprzed 99 lat, gdy działacze narodowościowi ogłosili utworzenie Białoruskiej Republiki Ludowej – niezależnej struktury państwowej. Dla współczesnej opozycji Dzień Woli jest najważniejszym dniem w roku, demonstracją poparcia dla idei wolnej i niezależnej Białorusi.

Obserwując aktywną postawę „darmozjadów” stało się jasne, że 25 marca należy spodziewać się kulminacji protestów. – Władze postanowiły zmobilizować wszystkie możliwe siły na Dzień Woli. Zdano sobie sprawę, że właśnie w ten dzień prawdopodobne jest połączenie haseł socjalnych i politycznych, co doprowadzić może do eskalacji – tłumaczy Mikoła Statkiewicz, który przed akcją ogłosił na swoim profilu facebookowym, że jest liderem, który stanie na czele manifestacji.

Nie dotarł jednak na miejsce, gdyż w przeddzień akcji został porwany przez KGB i wtrącony do aresztu. Podzielił tym samym losy pozostałych opozycjonistów, dziennikarzy niezależnej telewizji Belsat oraz wielu przypadkowych uczestników poprzednich protestów. Wszystkich zaczęto prewencyjnie zatrzymywać.

Olgę i Marię (imiona zmienione – przyp. red.), dwudziestoparoletnie dziewczyny działające w ruchach ekologicznych wsadzono do aresztu już 17 marca, gdy w Mińsku odbywał się jeden z marszów przeciwko dekretowi. – Stałyśmy koło przystanku, akcja nawet się jeszcze nie zaczęła, gdy podeszli do nas cywilnie ubrani mężczyźni i bez pytania zawlekli nas do ciężarówki. Zawieziono nas do komisariatu. Po paru godzinach wydano nam wypełnione protokoły, choć wcześniej nikt z nami nie rozmawiał. Wszystkich obwiniano o to samo: rzekomo przeklinałyśmy, machałyśmy rękami – relacjonuje Olga.

– Na następny dzień odbyły się rozprawy, które często nie trwały dłużej niż 10 minut i z wyrokiem za chuligaństwo wylądowałyśmy na 13 i 14 dni w areszcie. Ja dostałam o jeden dzień dłużej, bo miałam czelność skorzystać z pomocy adwokata, którego zaoferowała „Viasna”, organizacja broniąca praw człowieka – tłumaczy.

Gdy dzięki farsie odegranej przez tajniaków i sądy wielu aktywnych obywateli i opozycjonistów trafiło do aresztu, na pozostałą grupę demonstrujących gotowych do wyjścia 25 marca wypuszczono tysiące milicjantów i funkcjonariuszy sił specjalnych OMON. W sam Dzień Wolności na ulice Mińska wyszło kilka tysięcy protestujących pozbawionych liderów i koordynacji. W całym mieście wyłączono internet. OMON szybko rozdzielił uczestników akcji na mniejsze grupki, z których wyłapywano sukcesywnie po kilka, kilkanaście osób.

I co z tą liberalizacją?

To co odbyło się na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy na Białorusi zaskoczyło wszystkich zainteresowanych. Władza nie spodziewała się takiego społecznego sprzeciwu wobec Dekretu nr 3 oraz szybkiej reakcji opozycji i jej apeli do mobilizacji 25 marca w Dzień Woli. Opozycja i społeczeństwo obywatelskie nie spodziewały się powrotu represji, bo powoli zaczęto się od nich odzwyczajać.

Od ok. dwóch lat białoruska władza dawała do zrozumienia zachodnim partnerom, że w zamian za pomoc finansową jest w stanie poprawić się w wymiarze praw człowieka i swobód obywatelskich. Wypuszczono więźniów politycznych, zmniejszono nagonkę na niezależne media, a do parlamentu wpuszczono dwóch niezależnych posłów.

Z Łukaszenką zaczęli spotykać się zachodni politycy. Na ocieplenie stosunków liczył polski rząd Prawa i Sprawiedliwości, który do Mińska na rozmowy z Łukaszenką wysłał w 2016 r. marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego oraz Ministra Spraw Zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Polscy politycy nie ukrywali, że w dialogu z oficjalnymi strukturami władzy pokładają duże nadzieje.

Ten polityczny plan komplikuje się wraz z masowymi aresztami i powrotem represji do stałego zestawu narzędzi prezydenta Łukaszenki. – Na Zachodzie rządy zmieniają się co cztery lata i każda nowa władza uważa, że znajdzie swój sposób na Białoruś. Tylko Łukaszenka się nigdy nie zmienia – komentuje ironicznie Aleś Bialacki.

Obserwatorzy, którzy żywili nadzieję, że na Białorusi nadchodzi czas podejmowania logicznych i opartych na pragmatycznych przesłankach decyzji muszą czuć się zawiedzeni. Aleksander Łukaszenka, były kierownik kołchozu, od 23 lat prezydent Białorusi znów pokazał, że to on tu rządzi. Skutecznie i brutalnie.

***

Tworzenie Eastbooka kosztuje. Wesprzyj nas przekazując 1% podatku (KRS: 0000373492) lub wpłacając darowiznę na konto wydawcy portalu:

Tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe
Nr konta: 57 1750 0012 0000 0000 2701 8815 Raiffeisen Polbank
Fundacja Wspólna Europa, al. KEN 98/160, 02-772 Warszawa

Zdjęcie główne: Pałac Republiki w Mińsku, autor: Łukasz Grajewski
Łukasz Grajewski

Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracował w administracji publicznej, aktywny w trzecim sektorze (Fundacja Wspólna Europa, Polska Fundacja im. Roberta Schumana, Inicjatywa Wolna Białoruś). Autor licznych publikacji o Europie Wschodniej w polskich mediach.

Kontakt: l.grajewski@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz