Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Arkadiusz Legieć

Konflikt na Ukrainie i zagraniczni bojownicy – wywiad z ochotnikiem z Białorusi

Konflikt na Ukrainie od samego początku przyciąga tzw. zagranicznych bojowników, czyli osoby niezwiązane z terytorium konfliktu, walczące z powodów innych niż więzy rodzinne czy wynagrodzenie finansowe. Zgodnie z badaniami autora może ich być ok. 1,5 tys.

Jednym z nich jest Jan Mielnikau (23 l.), członek Taktycznej Grupy Białoruś, jednostki walczącej po stronie sił ukraińskich. Obecny na Ukrainie od stycznia 2014r., kiedy przyjechał na Majdan. W rozmowie opowiada o sobie, swojej formacji i innych zagranicznych bojownikach.

Arkadiusz Legieć: Dlaczego wyjechałeś na Ukrainę?

Jan Mielnikau: Ukraina leży tuż za naszą granicą, a Ukraińcy to bratni naród. Rozumiemy też czym jest Rosja – to agresor, który dąży do odnowienia imperium na wzór ZSRR.

Próbowałeś wrócić na Białoruś?

Niestety nie mogę. Dla Łukaszenki jestem terrorystą.

Łukaszenka się was boi?

Oczywiście, ale należy na to patrzeć z dwóch stron. Są na Ukrainie Białorusini walczący po stronie Kijowa, ale są też Białorusini walczący po stronie separatystów. Ich nikt się nie czepia, mają możliwość wjazdu na Białoruś.

Dla nas jest to nieosiągalne – od razu po przekroczeniu granicy moglibyśmy zostać zatrzymani. Nasze rodziny są stale zastraszane przez KGB.

Otrzymujesz pieniądze za swoją walkę na Ukrainie?

Jestem ochotnikiem i nie otrzymuję żadnych pieniędzy. To, co niezbędne zawdzięczam przede wszystkim wsparciu Ukraińców, a także innym Białorusinom. Jest to wyłącznie takie wsparcie materialne, które umożliwia nam dalszą walkę na froncie.

Niektórzy poszli na kontrakt w szeregach regularnych jednostek armii ukraińskiej – oni otrzymują pieniądze.

Także niektórzy z walczących po stronie DNR i LNR chwalili się tym, że otrzymują żołd. Jednak w wywiadach mówili, że nie są najemnikami, ponieważ pieniądze, które otrzymują nie są ich główną motywacją do walki po stronie separatystów.

Dlaczego udzielacie wywiadów, jeździcie do innych państw, promujecie swoją działalność? Nie lepiej byłoby działać po cichu?

Potrzebujemy uwagi. Wielu Białorusinów którzy przyjechali na Ukrainę nie zrobiłoby tego, gdyby wcześniej o nas nie słyszało. Jesteśmy woluntariuszami, a za granicą są duże skupiska Białorusinów, którzy są gotowi wspierać nas również finansowo. Są to ludzie, którzy podzielają nasze poglądy i rozumieją, że jeśli nie zatrzymamy Rosji na Ukrainie, to następna będzie Białoruś.

Jan Mielnikau; Źródło: Archiwum własne

Jan Mielnikau; Źródło: Archiwum własne

Gdyby nie było o nas głośno, bylibyśmy także bardziej podatni na szantaż i działania białoruskich władz. Teraz jesteśmy bojownikami, o których słyszało wielu ludzi. Mamy liczne kontakty z politykami na Ukrainie i nie tylko. Gdyby cokolwiek się nam stało, od razu pojawi się to w mediach.

Ze strony grupy zajmuję się tym głównie ja, ponieważ mam najmniej do stracenia. Na Białorusi został tylko mój ojciec, który popiera to, co robię.

Co jest waszym celem? Walka z Rosją?

Nie jest celem samym w sobie, aby walczyć przeciwko Rosji – celem jest obrona Ukrainy. Zatrzymanie Rosji na Ukrainie nabrało większego znaczenia dopiero po 2013 roku. Dzieje się tak z powodu propagandy „Ruskiego Miru” prowadzonej w mediach, która odbiera Białorusinom prawo do odrębności, do własnej tożsamości. Mówi się, że nie ma białoruskiego narodu i kwestionuje się, czy Białoruś jako niezależne państwo jest Rosji potrzebna. To jest taka sama propaganda, jaką rosyjskie media stosowały w trakcie Majdanu i aneksji Krymu.

Ilu Białorusinów walczy na Ukrainie?

Niestety więcej jest Białorusinów po stronie separatystów. Przez cały okres trwania konfliktu udział w walkach po ich stronie mogło wziąć około tysiąca Białorusinów. Zgodnie z moją wiedzą, po stronie ukraińskiej ta liczba wynosi około trzystu. Łącznie Białorusini są moim zdaniem na trzecim miejscu pod względem liczebności – za Czeczenami i Gruzinami.

Jan Mielnikau; Źródło: Archiwum własne

Jan Mielnikau; Źródło: Archiwum własne

W naszej formacji Taktyczna Grupa Białoruś jest ok. 30 osób. To się zmienia w czasie – ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. W sumie przez naszą grupę przewinęło się już ponad 50 osób.

Taktyczna grupa Białoruś została stworzona przy Prawym Sektorze, ale od 2015 roku funkcjonujemy jako struktura autonomiczna. Jesteśmy jedyną białoruską formacją na Ukrainie, choć Białorusini walczą również w innych, ukraińskich jednostkach – np. w Batalionie Donbas, gdzie jakiś czas temu była grupa ok. 40 Białorusinów, w Pułku Azow, w Batalionie Ajdar czy w na kontrakcie w regularnej armii.

A inne narodowości?

Najwięcej jest Czeczenów. Słyszałem dużo o dwóch ich batalionach – Szejka Mansura i Dżohara Dudajewa.
Dużo jest Gruzinów, myślę, że to druga narodowość pod względem liczebności. Mamy z nimi dobry kontakt. Gruzini bardziej trzymają się razem, przede wszystkim w Gruzińskim Legionie, nie są tak rozbici po różnych jednostkach. Wielu z nich to byli wojskowi, z doświadczeniem w walce przeciwko Rosjanom.

Wiem też o Amerykanach po stronie ukraińskiej, spośród których paru to podobno byli wojskowi z doświadczeniem z Iraku. Jest kilka osób z Litwy w Ochotniczym Korpusie Ukraińskim oraz jedna osoba z Łotwy. Kilku Estończyków służy w Batalionie Donbas. Francuzi walczą po obu stronach – wśród nich jest wielu byłych wojskowych, doświadczonych na wojnach w Afryce. Obecne są też liczne grupy Rosjan po stronie ukraińskiej. Był jeden Czech, Polak, Norweg i Ukrainiec z pochodzeniem Niemieckim, a także czterech Azerów.

Po tamtej stronie jest wielu Rusinów, dużo Buriatów z Rosji, którzy mają nawet swój własny batalion. Słyszałem o obecności Ormian, a także Czechów i Słowaków.

Rosja twierdzi, że ci, którzy walczą po stronie ukraińskiej to faszyści…

To propaganda. Są oczywiście przedstawiciele radykalnych poglądów po stronie ukraińskiej, ale to są jednostki. Ja na przykład jestem antyfaszystą.

W Pułku Azow, o którym dużo się mówi w tym kontekście, od samego początku była pewna grupa ludzi o radykalnych poglądach – tzw. „Czarny Korpus”. Byli to młodzi ludzie o skrajnie prawicowych poglądach, ale trzeba rozumieć, że to też była mniejszość. Obecnie, za powitania faszystowskie karze się tam „jamami” (tzn. siedzeniem w samotności w dołach wykopanych w ziemi – przyp. A.L.).

Co trzeba zrobić żeby zostać członkiem Taktycznej Grupy Białoruś?

Przede wszystkim trzeba być Białorusinem. Na początku był u nas jeden Ukrainiec, ale to był wyjątek, bo to był nasz stary znajomy, jeszcze z Majdanu.

Nie można być też powiązanym z białoruskimi służbami. Mamy możliwość sprawdzania ludzi – jeśli się do nas ktoś zgłasza, chcemy zobaczyć jego paszport i go sprawdzamy.

Jak sprawdzacie?

Mamy swoje sposoby. To nie daje stuprocentowej pewności, ale są ludzie, którzy nam w tym pomagają.
Było wiele zgłoszeń, które odrzuciliśmy. Zdarzało się to, że byli normalni chłopcy, których my zweryfikowaliśmy pozytywnie, ale akurat na dany moment nie mieliśmy zapotrzebowania, więc ich nie przyjęliśmy. Tak było np. w 2015 roku – mieliśmy wtedy trochę organizacyjnych problemów z pogrzebem jednego z naszych kolegów.

Odrzuciliśmy również wiele osób które wywoływały u nas podejrzenia. Zdarzali się też tacy, którzy pisali na Facebooku pod wpływem wieczornych, alkoholowym uniesień, a następnego dnia rano bardzo żałowali tego co napisali poprzedniego wieczoru i się wycofywali.

Jak oceniasz wasze umiejętności? Jesteście bardziej amatorami, czy zawodowcami?

Pół na pół. Nasze działania uzgadniamy z regularnym wojskiem ukraińskim. Z czasem podnosimy swoje umiejętności. Nikt z nas nie miał wcześniej doświadczenia na wojnie, jednak z drugiej strony większość z nas ma już ponad trzy lata doświadczenia w toczącym się konflikcie. Trzy lata to więcej niż standardowa służba w wojsku wielu państw. Nasze doświadczenie to pole walki, a nie ćwiczenie maszerowania.

A wasi przeciwnicy na jakim są poziomie?

Nie ma reguły. Czasem natykamy się na amatorów. Można jednak trafić na ludzi z doświadczeniem z kampanii czeczeńskich, którzy wręcz żyją wojną. Oni mają doświadczenie, swoją taktykę, nawyki, strategię zajmowania pozycji…

Jakie są wasze dalsze plany?

Zdajemy sobie sprawę, że Rosji jest potrzebny posłuszny przywódca Białorusi, który nie będzie kwestionował poleceń z Moskwy. Zawsze jest możliwość, że obecny prezydent może zostać zmieniony na kogoś gorszego, niż sam Łukaszenka.

Dlatego rozwijamy program szkoleń dla Białorusinów, które prowadzimy od 2015 roku. Chcemy aby mieli oni podstawową wiedzę na temat walki zbrojnej i byli przygotowani na sytuację, w której Rosja rozpocznie agresję na Białorusi tak, jak zrobiła to na Ukrainie. Białorusini muszą być zdolni do bronienia samych siebie.

Szkolenie z medycyny taktycznej organizowane przez Taktyczną Grupę Białoruś w Polsce w kwietniu 2017 roku; Autor: Arkadiusz Legieć

Szkolenie z medycyny taktycznej organizowane przez Taktyczną Grupę Białoruś w Polsce w kwietniu 2017 roku; Autor: Arkadiusz Legieć

Te szkolenia odbywają się zarówno na Ukrainie, jak i w innych państwach europejskich, tam gdzie są skupiska Białorusinów. Dlatego podróżuję po białoruskich diasporach w Europie – byłem na Litwie, w Belgii, w Niemczech, w Polsce, we Włoszech, w Czechach. Budujemy kontakty. Nie robimy niczego złego, nie naruszamy prawa tych państw na terenie których przebywamy, nie zagrażamy ich bezpieczeństwu.

Na czym polegają wasze szkolenia?

Budujemy kontakty z ludźmi. Wiadomo że w 2-3 dni ciężko przekazać jakieś doświadczenie, ale przynajmniej w minimalnym stopniu można nawiązać relacje i wyuczyć pewnych nawyków. Bardziej zainteresowani mogą odbyć dłuższy, pogłębiony kurs. W wyniku takich szkoleń tworzymy naszą siatkę ludzi.

W przypadku ewentualnej rosyjskiej agresji na Białoruś takich ludzi możemy podnieść w stan gotowości, aby zwalczali rosyjskie wojska. Osoby, które przeszły nasze szkolenia, byłyby zdolne stawić opór. Organizowaliby się wówczas w oddolne jednostki obywatelskie, na wzór batalionów ochotniczych na Ukrainie.

Białoruskie wojsko nie walczyłoby z Rosją. Sytuacja jaka miała miejsce na Krymie okazałaby się realnym zmaganiem w porównaniu z oporem białoruskiej armii.

Na początku wojny na Donbasie nie widziałem regularnego wojska na froncie przez pierwsze pół roku, a jedynie ochotników takich jak ja. Nie armia, a naród ukraiński był w stanie oddolnie się zorganizować i zatrzymać front. Chcemy by Białorusini również byli do tego zdolni.

A twoje osobiste plany? Walczysz na Ukrainie już ponad 3 lata, nie masz dość?

Trochę można już być zmęczonym wojną. Front od dłuższego czasu się ustabilizował i nie dochodzi do większych zmian, ale sytuacja mimo to jest dynamiczna.

W przyszłości teoretycznie mógłbym wyrobić sobie Kartę Polaka, bo spełniam wstępne warunki. Mógłbym również ubiegać się o status uchodźcy politycznego z Białorusi, w jakimś innym kraju. Mogę też zostać na Ukrainie i żyć tutaj. Nasi ludzie są w Kijowie, ale także w Polsce. W Warszawie jest dwóch Białorusinów, którzy złożyli wnioski o status uchodźców politycznych. Możliwości są różne…

Zdjęcie główne: Jan Mielnikau; Źródło: Archiwum własne
Arkadiusz Legieć
  • w Eastbook.eu od2016 Sep 21
  • Artykuły6
  • Komentarze0

Arkadiusz Legieć is an MA student in a Centre of East European Studies, University of Warsaw. His field of research concerns Post-Soviet Region, Strategic and Terrorism Studies and also Failed and Unrecognized States. Publications include analysis concerning politics in post-soviet area, contemporary terrorism and foreign fighters phenomenon, on the example of Ukraine-Russian Conflict.

Kontakt: [email protected]

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz