Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

W nadziei na mniejszą beznadzieję. O co toczy się walka w zbliżających się wyborach w Kosowie?

W niedzielę 11 czerwca obywatele Kosowa po raz trzeci pójdą do urn wyborczych, żeby wybrać deputowanych do parlamentu niepodległego państwa. Będzie to kolejny test na demokratyczność instytucji państwa. Niezależnie od tego czy zostanie on zdany czy nie, jedno jest pewne - nowe władze Kosowa będą musiały uporać się nie tylko ze standardowymi problemami wewnętrznymi, ale również odnaleźć się w nowej rzeczywistości regionalnej. O tym, że nie będzie łatwo, najlepiej świadczą emocje jakie wywołuje temat powołania Armii Kosowa.

Kosowo jest jednym z tych państw, w których wybory parlamentarne wcale nie są najważniejszymi w kraju. O wiele istotniejsze są wybory samorządowe, które gwarantują lokalnym satrapom z partyjnymi proweniencjami kontrolę nad regionem. W kraju o tak wysokim bezrobociu (około 30%) gra nie toczy się o wielkie idee, a o urzędy i stanowiska w administracji państwowej, od szefa policji po sekretarkę. Jednak to władza centralna stoi na straży takiego stanu rzeczy, a dodatkowo rozwija patologie z regionów na poziom ogólnokrajowy. Mimo wszystko, to jednak centrum wyznacza kierunki w jakim państwo będzie się rozwijać, a co najważniejsze, w jaki sposób będzie wyglądała współpraca z innymi krajami.

Nadchodzące wybory odbędą się w trybie przyspieszonym, co jest bezpośrednim następstwem upadku rządu Isy Mustafy, który tworzyła koalicja dwóch największych partii PDK (Partia Demokratyczna Kosowa) i LDK (Liga Demokratyczna Kosowa), oraz kilku mniejszych partii. Kampania wyborcza rozpoczęła się pod koniec maja nie przynosząc żadnych rewelacji, poza standardowymi, wzajemnymi zarzutami o defraudację, korupcję i nepotyzm. O zwycięstwo w wyborach walczą dwa bloki: pierwszy z nich – opozycyjny PDK+AAK+NISMA, wystawił jako kandydata na premiera Ramusha Haradinaja; drugi blok – LDK+AKR+Alternativa – na szefa rządu proponuje byłego ministra finansów i zaufanego człowieka dotychczasowego premiera, Isy Mustafy, Avdullaha Hotiego. Samodzielnie startuje populistyczna i skrajnie nacjonalistyczna partia Vetëvendosje (Samostanowienie), która kreuje się na antysystemową opozycję wobec zepsutych elit.

W sondażach niezmiennie na prowadzeniu utrzymuje się blok Haradinaja, a poparcie dla jego koalicji przekracza nawet 40%. LDK i partnerzy zajmują drugie miejsce, ale tuż za nimi jest radykalne Vetëvendosje, który zyskuje na antysystemowych hasłach. Dwadzieścia ze 120 miejsc w parlamencie zarezerwowane jest dla mniejszości narodowych. Prezydent Serbii, Aleksandar Vučić już wezwał swoich rodaków w Kosowie do poparcia Serbskiej Listy, która od maja jest partią polityczną, a wcześniej działała jako stowarzyszenie zrzeszające serbskich aktywistów w Kosowie. Serbska Lista ma ambicję zdobyć wszystkie dwadzieścia mandatów zarezerwowanych dla mniejszości. W tych wyborach mają jeden, zasadniczy postulat: nie dla samodzielnej armii Kosowa.

Niezależnie jednak od tego kto wygra, a sondaże wskazują na PDK, jedno jest pewne: w Kosowie zbyt wiele się nie zmieni, a mieszkańcy republiki stoją raczej przed wyborem mniejszego zła. Zarówno PDK jak i LDK wymieniają się władzą w Kosowie jeszcze od czasu sprzed ogłoszenia niepodległości w 2009 roku, kiedy Kosowo miało status autonomicznego regionu w ramach Serbii. Zarówno one, jak i ich koalicjanci, posiadają silne powiązania z półświatkiem kryminalnym, a na ich liderom przypisuje się szereg nielegalnych aktywności. Choć ciężko mówić o różnicach ideologicznych między PDK i LDK, to jedna kwestia podzieliła trwale obydwa środowiska – niepodległość. LDK wywodzi się z nurtu pokojowego rozwiązania kwestii kosowskiej, raczej odrzucającej walkę zbrojną. PDK zaś jest silnie zakorzenione w tradycji partyzanckiej UÇK (Armia Wyzwolenia Kosowa).

UÇK idzie po władzę, a Serbia zaciera ręce

Największe kontrowersje budzi kandydatura Ramusha Haradinaja na premiera, o którym od początku roku jest głośno w światowych mediach. Wszystko za sprawą ciągnących się za nim oskarżeń o zbrodnie wojenne z czasów wojny kosowsko-serbskiej. Mimo, że ostatecznie został on uniewinniony przez Trybunał w Hadze, to władze Serbii domagają się wznowienia procesu. W styczniu tego roku Haradinaj został zatrzymany we Francji na podstawie listu gończego wystawionego przez Belgrad. Ostatecznie Francja odmówiła ekstradycji, co zakończyło się odwołaniem przez Serbię swojego ambasadora w Paryżu, a Haradinaj triumfalnie powrócił do Kosowa.

Cały blok PDK+AAK+NISMA określany jest przez media mianem Bloku Armii Wyzwolenia Kosowa. Wszyscy liderzy tych ugrupowań są byłymi dowódcami oddziałów UÇK. Wcale to jednak nie oznacza, że dawni członkowie UÇK nie są członkami innych ugrupowań politycznych. Jednak to właśnie blok Haradinaja jest najsilniej utożsamiany z tradycją partyzancką. Temat ten jest chętnie poruszany przez media w Serbii, które wykorzystują przeszłość politycznych liderów Kosowa do podważenia zasadności istnienia tego państwa. Niemniej jeżeli kogoś bulwersuje polityczna działalność Haradinaja, to niech ma również na uwadzę osobę Vojislava Šešelja, który równie triumfalnie powrócił do Serbii po uniewinnieniu w Hadze i na nowo podjął działalność polityczną. Wzajemne, prisztinsko-belgradzkie, zarzuty o wspieranie zbrodniarzy wojennych są oparte o tak zwaną mentalność Kaliego. Niemniej, jedno jest pewne, zwycięstwo bloku Haradinaja w żaden sposób nie ułatwi i tak trudnego dialogu Prisztiny z Belgradem. Zapewne doskonale zdaje sobie z tego sprawę serbski prezydent, Aleksandar Vučić, który w swojej mowie inauguracyjnej chętnie mówił o normalizacji stosunków z Kosowem. Po wyborach Belgrad będzie miał świetny pretekst, żeby rozmowy bojkotować, albo przynajmniej poważnie je zdestabilizować.

Vučić nie tylko zapowiedział dialog z Kosowem, ale również powiedział, że należy odrzucić mitologiczne podejście do tej kwestii. Nowy Prezydent oznajmił również, że chce z Kosowem współpracować, jednak nie ma mowy o uznaniu jego niepodległości. Jednym z pierwszych gestów dobrej woli ze strony władz Serbii było niewpuszczenie na teren kraju byłej prezydent Kosowa Atifety Jahjagi, która zamierzała odwiedzić Serbię w związku z premierą swojej książki dotyczącej gwałtów na kobietach w trakcie wojny kosowsko-serbskiej. Do ostrej, medialnej wymiany zdań między Vučićem a prezydentem Kosowa Hashimem Thaçim doszło również na początku miesiąca. Głowa kosowskiego państwa oświadczył, że nie wyobraża sobie, żeby Serbia dołączyła do Unii Europejskiej szybciej niż Kosowo. Vučić w odpowiedzi zarzucił Thaçiemu śmieszność, przypominając mu, że nawet niektóre państwa Unii nadal nie uznają niepodległości tego państwa.

W najbliższym czasie w relacjach Serbii z Kosowem czeka nas wiele drażliwych tematów. Najważniejszym z nich jest kwestia utworzenia niezależnej Armii Kosowa, która przejęłaby kontrolę nad bezpieczeństwem państwa, rozpoczynając tym samym powolne wycofywanie się sił międzynarodowych. Jak zapowiedział Hasim Thaçi: do powstania armii dojdzie jeszcze tym roku.

Co z tą armią?

Kwestia sił zbrojnych Kosowa jest równie istotna co drażliwa. Obecnie kraj ten oficjalnie nie posiada własnej armii. Jej substytutem są Kosowskie Siły Bezpieczeństwa (Forca e Sigurisë së Kosovës), które mają mniejsze kompetencje niż klasyczne wojsko. Między innymi nie mają prawa do posiadania broni ciężkiej, ani prowadzenia operacji militarnych, a ich łączna siła militarna wynosi zaledwie 2,5 tysiąca osób. Struktury te, choć oficjalnie podlegają władzom Kosowa, a prezydent jest ich najwyższym zwierzchnikiem, i tak są kontrolowane oraz nadzorowane przez stacjonujący w Kosowie międzynarodowe sił NATO – KFOR.

Przekształcenie Kosowskich Sił Bezpieczeństwa w Armię Kosowa będzie procesem długotrwałym oraz spotka się z aktywnym sprzeciwem mniejszości serbskiej i rządu w Belgradzie. Niemniej obecnie wszystkie albańskie partie polityczne Kosowa opowiadają się za powołaniem własnej armii. Jeżeli jednak po nadchodzących wyborach zwycięzcy wejdą w koalicję z deputowanymi serbskimi, jak to miało miejsce dotychczas, należy liczyć się z paraliżem tego projektu, tym bardziej, że Serbska Lista już zapowiedziała, że takiego projektu nie poprze.

Od powołania armii uzależnione jest rozpoczęcie procesu wycofywania się z Kosowa sił międzynarodowych jak i przekazanie władzom Kosowa kontroli nad integralnością terytorialną oraz obronnością kraju. Żeby do tego doszło, NATO wymaga od Kosowa szeregu zmian konstytucyjnych i systemowych, które są blokowane przez mniejszość serbską. Sojusz zapowiedział, że jeżeli armia zostanie powołana bez oczekiwanych zmian, dojdzie do zawieszenia współpracy KFOR z Kosowskimi Siłami Bezpieczeństwa.

Zdjęcie główne: Prisztina; Autor: Marco Fieber; Źródło: flickr.com
Kamil Hyszka
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz