Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paulina Siegień

Rosyjskie oblicze Gdańska

Sobota, późny wieczór, Gdańsk, ul. Piwna. Przed wejściem do jednego z barów stoję z moim znajomym Łotyszem, palimy papierosy i rozmawiamy po rosyjsku, bo na tę lingua franca żeśmy się zgodzili, rezygnując z angielskiego.

Nagle jak spod ziemi wyrasta obok nas dobrze zbudowany mężczyzna. Jest w dziwnym stanie. Słania się na nogach, twarz zakrywa dłonią. Mówi coś bełkotliwie o policji, ale w pewnym momencie, najwyraźniej usłyszawszy, że rozmawiamy po rosyjsku, też przechodzi na ten język. Choć nieco koślawy, z silnym polskim akcentem, komunikat jest jasny: „Wyzowitie policiju”. Ale zanim zdążymy dowiedzieć się o co chodzi, podchodzi kelner z pobliskiej restauracji i zaczyna tłumaczyć, już czystym rosyjskim, że ten pan się awanturował i dlatego obsługa była zmuszona skorzystać z gazu pieprzowego, policja jest już wezwana, a w ogóle to lepiej, żebyśmy stąd poszli, zanim przyjedzie, bo jeszcze weźmie nas za uczestników draki.

Znajomy Łotysz po powrocie do baru chwilę się zastanawia, po czym zauważa zaniepokojony: „A mi się wydawało, że to w Rydze wszyscy na ulicy mówią po rosyjsku”.

Restauracje na głównym mieście czekają na gosci z Norwegii; Autor: Wojciech Siegień

Restauracje na głównym mieście czekają na gosci z Norwegii; Autor: Paulina Siegień

Rosyjskie sąsiedztwo

Powiedzieć, że Gdańsk staje się rosyjski, czy nawet rosyjskojęzyczny to raczej przesada. Częściej słychać rosyjski chociażby na ulicach Warszawy. Jednak to właśnie Gdańsk zyskuje miano miasta szczególnie przyjaznego i atrakcyjnego dla Rosjan. I nic dziwnego. Czynników, które na to wpłynęły jest kilka, ale wszystkie sprowadzają się do jednego – sąsiedztwa.

Gdańsk to największe polskie miasto sąsiadujące z Rosją, a konkretnie z obwodem kaliningradzkim. Od 2012 roku, kiedy uruchomiono mały ruch graniczny między Polską i Rosją, mieszkańcy Kaliningradu w naturalny sposób wybierali Gdańsk, jako cel swoich wyjazdów. Miasto posiada bogatą ofertę komercyjną – centra handlowe o różnych profilach i sklepy, których nie ma chociażby w bliższym Kaliningradowi Elblągu czy Olsztynie. Z drugiej strony Gdańsk jest też atrakcyjny turystycznie – zabytki gdańskiego Głównego Miasta, klimatyczne ulice Wrzeszcza i Oliwy, no i oczywiście bezpośrednie wyjście w morze i piaszczyste miejskie plaże – to wszystko przyciąga Rosjan z obwodu. Poza tym Gdańsk jest blisko, to idealne miejsce dla sąsiadów-Rosjan na weekendowy, albo nawet jednodniowy city-break.

Gość z Macedonii na tle Wielkiej Zbrojowni; Autor: Wojciech Siegień

Gość z Macedonii na tle Wielkiej Zbrojowni; Autor: Wojciech Siegień

A ponieważ Rosjanie przyjeżdżali przede wszystkim jako klienci, to w Gdańsku, z jego handlową tradycją i nastawieniem na rozwój turystyki, byli przyjmowani bardzo przyjaźnie. Sfera usług szybko dostosowała się do nowej sytuacji, centra handlowe i hotele zadbały, by obsługa komunikowała się po rosyjsku, właściwie w każdej restauracji w centrum Gdańska można dostać rosyjskie menu, informację w języku rosyjskim można też bez problemu otrzymać w centrach informacji turystycznej. W Kaliningradzie krąży nawet popularne powiedzenie-żart, że „najlepszym kurortem obwodu kaliningradzkiego jest Sopot”.

Mieszkańcy Gdańska w ciągu kilku lat przyzwyczaili się do dźwięku języka rosyjskiego i samochodów z charakterystyczną rejestracją – flagą Rosji i numerem 39.

Poza okazjonalnymi wizytami, w Gdańsku pojawili się też Rosjanie „na stałe”. Ilu ich jest? Trudno powiedzieć. Niektórzy przyjeżdżają do Gdańska studiować, wtedy korzystają ze specjalnych wiz, część, zwłaszcza wśród tych, którzy osiadają na stałe, ma „Karty Polaka”, nie brakuje też „starszej” imigracji, ludzi, którzy mieszkają w Gdańsku od kilkunastu lat. Część z nich ma już polskie obywatelstwo.

Restauracja w Gdańsku; Autor: Paulina Siegień

Restauracja w Gdańsku; Autor: Paulina Siegień

Za krytykę religii można dostać po głowie

Do takich osób należy Olesia Wyrostek. Mieszka w Gdańsku od 14 lat, wyszła za mąż za Polaka, dzisiaj ma polskie obywatelstwo i dwoje dzieci. Po polsku mówi bez akcentu, no, może raz na parę zdań słychać jakiś fałszywy dźwięk, na przykład przedniojęzykowe „ł”. Kiedy dzisiaj Olesia wspomina swoje pierwsze chwile w Gdańsku, to wciąż jest pod wrażeniem polskich urzędów:

– Wszyscy mi pomagali, to było naprawdę fajne. Nie było takiego stosunku do ciebie, jako petenta, jak w Rosji, że po co pani tu przyszła i mi tylko przeszkadza.

Okazuje się, że Olesia szybko nauczyła się nie tylko języka, ale też polskich obyczajów:

– Kiedy jechałam potem do Petersburga, to tam wszyscy się dziwili, że wchodząc do sklepu mówię „Dzień dobry!”, „Dziękuję”, „Wszystkiego dobrego”. W Rosji jak wchodzisz do sklepu to mówisz: „Bochenek chleba”, płacisz, zabierasz i wychodzisz. W Polsce w sferze usług to zupełnie inaczej funkcjonuje.

Olesia nie przypomina sobie, by kiedykolwiek ktoś obraził ją lub odniósł się do niej negatywnie z tego powodu, że jest Rosjanką. Raczej pojawiają się drobne nieporozumienia. Na przykład wtedy, kiedy szukała pracy, wysyłała CV do różnych firm i parę razy usłyszała pytanie, czy ma pozwolenie na pracę. – Wtedy dużymi literami pod nazwiskiem dopisałam: „Obywatelstwo: polskie”. Albo podczas rozmowy z nowym poznanym na imprezie artystą-dziennikarzem, kiedy stwierdziła, że nie umie dobrze pisać, ani po polsku, ani po rosyjsku. W odpowiedzi usłyszała: „To pisz po ukraińsku”.

– Zatkało mnie i potrzebowałam chwili, żeby do mnie dotarło, że on jest absolutnie przekonany, że jestem Ukrainką, chociaż nawet nie zapytał skąd pochodzę – wspomina Olesia.

Zazwyczaj, jak sama przyznaje, ludzie wykazują duże zainteresowanie co do miejsca pochodzenia Olesi.
– Kiedy spotykam się ze znajomymi, to oni są bardzo ciekawi Rosji, pytają, co się tam dzieje, co ja na ten temat myślę. A euforia pojawia się wtedy, kiedy mówię, że jestem z Kamczatki. Mam wrażenie, że wszyscy Polacy marzą, żeby tam pojechać – mówi Olesia.

Jeśli cokolwiek Olesię w Polsce i Polakach drażni, to chyba przede wszystkim stosunek do religii. Innym Rosjanom radziłaby nie rozmawiać na ten temat z Polakami w ogóle.

– To jest chyba jedyna kwestia, której lepiej nie poruszać, zwłaszcza z rodziną lub bliskimi przyjaciółmi, bo można dostać po głowie.

Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 z prawej historyczna Brama Stoczni nr 2, w tle Europejskie Centrum Solidarności; Autor: Wojciech Siegień

Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 z prawej historyczna Brama Stoczni nr 2, w tle Europejskie Centrum Solidarności; Autor: Wojciech Siegień

Jak rzepka wyrwana z ziemi

Na zupełnie innym biegunie, jeśli chodzi o staż pobytu w Gdańsku jest Jelena* (37 lat), która przeprowadziła się do Polski z Kaliningradu zaledwie tydzień temu. Jak sama podkreśla, jej przygoda z Gdańskiem zaczęła się nietypowo. Kilka lat temu przyjechała, tak jak wielu innych kaliningradczyków, po raz pierwszy do Gdańska na tzw. shopping tour, połączony z czasem na zwiedzanie.

– Było bardzo gorąco, autobus stał na granice cztery godziny w oczekiwaniu na kontrolę polskiej Straży Granicznej. Kiedy dojechaliśmy do Gdańska, na realizację zaplanowanego programu zostało bardzo mało czasu. Przez Główne Miasto, dosłownie przebiegliśmy, w ślad za przewodnikiem, a potem pojechaliśmy na zakupy. Od jazdy autobusem i temperatury, zrobiło mi się niedobrze. Dopiero po południu poczułam się lepiej i korzystając z chwili wolnego czasu, poszłam pospacerować po Gdańsku, trafiłam na jakieś podwórko na tyłach kamienic, świeciło słońce, czuć było zapach kwiatów. Pomyślałam, że mogłabym tu mieszkać. Zaczęłam uczyć się języka, pojawili się znajomi w Polsce, z czasem przyjaciele, do tego częste wizyty i w tamtym roku w końcu zdecydowałam się na przeprowadzkę. Chcę się przekonać, czy jestem w stanie przyjąć inny kraj. Na razie jestem na początku tej drogi, wciąż czuję się jak rzepka wyrwana z ziemi – mówi Jelena.

Pod względem formalnym przeprowadzka nie była trudna – Jelena ma polskie korzenie, niedawno otrzymała „Kartę Polaka”. Odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie Gdańsk, jest w jej przypadku prosta:

– Przede wszystkim morze, ale też bliskość Kaliningradu oraz to, że Gdańsk nie jest dla mnie zupełnie nowym miejscem. To, co znajome, nie wydaje się dalekie i straszne. Co wcale nie znaczy, że nie dotykają mnie trudności, związane z adaptacją. Ile by nie mówić o bliskości słowiańskich dusz, to Gdańsk jest nie tylko zupełnie innym miastem, ale przede wszystkim to zupełnie inny kraj, inna mentalność, inne porządki i obyczaje.

Fontanna Neptuna - symbol Gdańska; Autor: Wojciech Siegień

Fontanna Neptuna – symbol Gdańska; Autor: Wojciech Siegień

Jelenie podoba się polska życzliwość i, jak sama twierdzi, przypominająca rytualne tańce, grzeczność. W Gdańsku na razie nic jej nie drażni, może jedynie stosunek osób, wynajmujących mieszkania, którzy otwarcie mówią, że nie chcą obcokrajowców. I skomplikowany system komunikacji miejskiej, przede wszystkim bilety. – Z biletów gdańskich nie można korzystać w Gdyni, a na bilecie kupionym na tramwaj lub autobus nie można jechać SKM. Cóż, Jelena nie jest jedyną osobą, którą dziwi, że europejska metropoliaza jaką uważa się Trójmiasto, do tej pory nie uporała się z kwestią ujednolicenia biletów na komunikację miejską.

Łyżkę dziegciu w te optymistyczne rozważania Olesi i Jeleny, wkłada Ilja Boriskin (29 lat). W Gdańsku mieszka z rodziną od marca, czyli jakieś cztery miesiące. Wcześniej przez półtora roku mieszkali na Śląsku, a do Polski przyjechali z Petersburga. Jego żona rozwija w Polsce biznes turystyczny, a on sam zajmuję się tym samym, czym zajmował się w Rosji – świątecznymi iluminacjami dla miast.

W Gdańsku Ilji wiele rzeczy się nie podoba, zwłaszcza w porównaniu ze Śląskiem.

– Na pierwszy rzut oka widać, że region jest słabiej rozwinięty niż Śląsk. To dotyczy właściwie wszystkiego: sklepów – ich ilości i jakości towarów, biznesu i warunków dla rozwoju biznesu, infrastruktury – przede wszystkim jakości dróg – wylicza Ilja. Do Gdańska postanowiliśmy przeprowadzić się z innych względów. Oczywiście, na pierwszym miejscu jest morze. Dla ludzi z Petersburga morska bryza jest niezbędna do życia, na Śląsku czuliśmy się jak narkomani bez działki, brakowało nam powietrza. Do tego dochodzi oczywiście walor estetyczny – architektura,zabytki i bliskość Rosji. Z Gdańska łatwiej dostać się do Petersburga niż ze Śląska.

Widok na Długie Pobrzeże; Autor: Wojciech Siegień

Widok na Długie Pobrzeże; Autor: Wojciech Siegień

W przypadku Ilji potwierdziła się teza o tym, że Gdańsk, w odróżnieniu od innych polskich miast, dobrze przyjmuje Rosjan, ale jego zdaniem, wciąż jest mu daleko do ideału.

– Ludzie reagują na nas różnie, najczęściej obojętnie. Ale tyle niechęci, ile okazywano nam na Śląsku, tutaj oczywiście nie czujemy. Zazwyczaj ludzie myślą, że jesteśmy Ukraińcami. Tak czy siak, powiedziałbym, że problem negatywnego stosunku do osób rosyjskojęzycznych jednak jest odczuwalny.

Ilja ma rację. Wizerunek Gdańska, jako miasta otwartego na odmienność i migracje, nie znaczy, że nie dochodzi do sytuacji skandalicznych. Do nocnych bójek w Sopocie, w których udział biorą Polacy i Rosjanie dochodzi właściwie regularnie, zazwyczaj wygrywa w ich przypadku argument, że to nie narodowość, a poziom trzeźwości odegrał w konflikcie kluczową rolę. Ale tego nie da się powiedzieć o ostatnich wydarzeniach w Chwaszczynie, gdzie grupa Polaków zaatakowała ukraińskich robotników i ich rodziny, krzycząc, by wracali na Ukrainę.

Biorąc pod uwagę bilans plusów i minusów, który robi Ilja, trudno oprzeć się wrażeniu, że przeprowadzka do Polski w jego przypadku nie była wcale dobrowolna. Postanowiłam dopytać go o to na Facebooku.

– Gdybym zaczął wymieniać, co mi się nie podoba w Rosji, to Facebookowi padły by serwery – pisze Ilja w Messengerze i dodaje uśmiechniętego emotikona. – A Polska to jeden z najtańszych, dość dużych i niezbyt zimnych europejskich krajów.

Dzisiaj, jeśli na ulicy Gdańska słychać rosyjski, to nie wiadomo, czy to Rosjanie, Ukraińcy, czy coraz liczniejsi Białorusini. Jednak przede wszystkim dzięki Rosjanom z Kaliningradu gdańszczanie osłuchali się z tym językiem i reagują na niego zupełnie obojętnie – co w dużym mieście jest akurat dobrym znakiem. I to właśnie Rosjanie z Kaliningradu, ci, którzy tutaj nie mieszkają, a jedynie regularnie odwiedzają Gdańsk i Sopot, są najbardziej skłonni powiedzieć, że te miejsca są dla nich „rodnyje” – czyli rodzime.

*Imię na prośbę bohaterki zostało zmienione.

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziennikarstwo w czasach dezinformacji. Jak pisać o Polsce w Rosji i Rosji w Polsce?” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VI Otwartego Konkursu.

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka
  • w Eastbook.eu od2015 Mar 16
  • Artykuły6
  • Komentarze0

Etnografka, filolożka, tłumaczka, absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim, doktorantka na Wydziale Filologicznym UG. Dla Gazety Wyborczej Trójmiasto pisze o obwodzie kaliningradzkim. Dzieli życie między Gdańsk, Kaliningrad i dziesiątki innych miejsc w Europie Środkowej i Wschodniej. Miłośniczka dziejów Hanzy, Morza Bałtyckiego, polityki i literatury.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz