Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Filip Rudnik

Giedroyć przekłamany, czyli jak spłaszczamy spuściznę paryskiej Kultury

Blisko dwie dekady po śmierci redaktora z Maisons-Laffitte spuścizna paryskiej „Kultury” jest sukcesywnie spłaszczana i przeinaczana. Tym samym nasuwa się przygnębiający wniosek. Powołujący się na Giedroycia eksperci – zarówno jego przeciwnicy, jak i zwolennicy – najzwyczajniej w świecie go nie czytali.

Pomimo częstych zawirowań, polska polityka wschodnia po 1989 roku zdaje się być mocno ugruntowana na kanwie założeń sformułowanych przez autorów „Kultury”. Odstępstwa od tej linii występują głównie za sprawą decydentów politycznych. Wystarczy wspomnieć oprotestowanie rządu litewskiego przez ministra Sikorskiego z powodu braku realizacji postulatów polskiej mniejszości przez Wilno czy – świeższy przykład – zamieszanie wokół telewizji Biełsat. Niemniej, pomimo niesnasek politycznych, wśród środowisk eksperckich można zauważyć szeroki Giedroyciowski konsensus. Zasadza się on na wspieraniu krajów ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), których suwerenność jest wzięta za warunek niezawisłości Polski. Pozbawiona tam wpływów Rosja, traci swój status imperium i przeto mniej zagraża nam. Oczywiście, w dużym skrócie.

„Kultura” a realpolitik

Za przyjęciem założenia autorstwa emigracyjnego pisma idzie cały szereg wyrzeczeń ze strony polskiej – rezygnacja z „idei jagiellońskiej” (która tylko Polakom nie wydaje się imperialistyczna), uznanie prawa do samostanowienia wschodnich narodów, zrzeknięcie się Wilna i Lwowa. Jeszcze za czasów PRL-u te tezy wydawały się obrazoburcze i kontrowersyjne, dziś jednak są podzielane przez szerokie spektrum wschodnich ekspertów. I słusznie.

Chcąc zdyskredytować linię „Kultury”, przedstawia się ją jako idealistyczny pęd do demokratyzacji życia na wschodzie – podczas gdy ta misja jest z góry skazana na porażkę. Giedroyciowcy to pięknoduchy, kierowani przez humanistyczne wartości. Wydaje się, że i oni sami, „wschodni marzyciele”, w to uwierzyli. To błąd. W „Kulturze” nigdy nie bagatelizowano roli idei, ale wyraźnie przyznawano prymat politycznemu pragmatyzmowi.

Polityczni publicyści, zgromadzeni wokół ośrodka w Maisons-Laffitte, starali się walczyć z polską skłonnością do okrągłych frazesów i romantycznego idealizmu. Juliusz Mieroszewski, główny autor omawianej koncepcji polityki wschodniej stawiał sprawę dość mocno: Mimo całej nienawiści do wschodu – wykazujemy nieprzepartą skłonność do operowania kryteriami ideologicznymi – co jest cechą typową wschodnią (Mieroszewski J., ABC polityki „Kultury”, [w:] „Kultura”, 1966, nr 3, s. 41).

W obecnej recepcji „Kultury” widoczna jest skłonność do przesady i błędnego zestawiania jej z szeroko pojętym realpolitik na kierunku wschodnim. Spuścizna Giedroycia, z jej górnolotnymi hasłami i egzaltowanym humanitaryzmem, ma nie współgrać z polityką realną – czyli taką, która ma szansę na spełnienie. To jednak publicyści „Kultury” określali swoją koncepcję jako do cna realistyczną, jako realpolitik! Nie wybieramy pomiędzy tzw. programem prometejskim, a programem rozmów z Sowietami – ponieważ takiego wyboru nie mamy. Opowiadamy się za programem wyzwolenia narodów ujarzmionych przez Rosję – nie z romantyzmu tylko dlatego, że innej drogi przed nami nie ma i de facto nigdy nie było (Mieroszewski J., Polska „Ostpolitik”, [w:] „Kultura”, 1973, nr 6, s. 70). Idealizm, demokracja, humanitaryzm – te wszystkie wartości nie stanowią powodu, dla którego wybrano tę koncepcję. Obmyślając nowy kształt polityki wschodniej, pisarze „Kultury” wybrali ją z czystego pragmatyzmu. Wartościująca estetyka to tylko „bogactwo inwentarza”.

Wieczne imperium

W obliczu wojny na wschodzie Ukrainy, Polacy poczuli się ponownie zagrożeni przez Rosję. Po próbie „resetu” stosunków z Federacją Rosyjską, kolejne polskie rządy prześcigają się w instytucjonalnej rusofobii na poziomie stosunków bilateralnych. O ile nad zasadnością „chłodnych relacji” na linii Warszawa – Moskwa można toczyć dyskusje, o tyle antyrosyjskie sygnały wpływają bez wątpienia negatywnie na polskie społeczeństwo, a także środowisko wschodoznawcze.

Popatrzmy chociażby, w jakim stopniu konstrukt „ruskiego trolla” zdominował każdą dyskusję na tematy wschodnie w Internecie. Wystarczy wyłamać się z „prawidłowego” toru dyskusji, aby w oczach rozmówców błyskawicznie stać się płatnym agentem Kremla. Co więcej – to tylko „ruskie trolle” mieszają w stosunkach polsko-ukraińskich. Przecież inaczej już dawno byśmy się dogadali!

Rusofobia rozgrzesza nas z własnych błędów i pozwala przyjąć zakrzywiony obraz rzeczywistości. Do głosu dochodzi polski resentyment objawiający się w poczuciu wyższości względem Rosjan. Naród nad Wisłą, choć aspirujący do bycia Zachodem, właśnie w spojrzeniu na świat za Bugiem oddala się od Europy: W niczym nie jesteśmy tak przerażająco wschodni, jak w stosunku do Rosjan, pisał Mieroszewski.

Obecna rosyjska władza – utożsamiana przez kremlowską elitę skupioną wokół Putina – jest uznawana za kolejne uosobienie samodzierżawia. Uosobienie bardziej nowoczesne, z mniejszą rolą fizycznego knuta, ale istniejące w nieprzerwanym kontinuum. Od białego, poprzez czerwony, do putinowskiego caratu – można strawestować tytuł słynnej pracy Kucharzewskiego. Ta wizja Federacji Rosyjskiej jest przedstawiana nie tylko w przekazie medialnym, ale również podczas spotkań eksperckich.

Błąd Dmowskiego

Oczywiście, nie chodzi o to, aby przedstawiać Rosję jako demokratyczne państwo prawa w ujęciu zachodnim – byłaby to oczywista nieprawda. Od dawna jednak popełnia się znaczący błąd, który rzutuje na całą optykę podejścia do Rosji. Zwrócił na to uwagę również i Mieroszewski omawiając prace Romana Dmowskiego. Główny ideolog narodowej demokracji w swoich pismach – sto lat temu! – agitował za podjęciem dialogu z Rosją i wyjściem poza zoologiczną nienawiść wobec Rosjan.

Dmowski nie ustrzegł się jednak znaczącego uproszczenia, które dzisiaj jest jeszcze silniejsze. „Pierworodnym błędem Dmowskiego”, jak nazywa to Mieroszewski, było utożsamianie całej Rosji jedynie z caratem, warstwą rządzącą. To proste równanie „Rosja = establishment polityczny” zastosowali spadkobiercy Dmowskiego również w czasach komunistycznych, kiedy to partia bolszewicka uosabiała całą Rosję.

To błędne założenie, powielane do teraz, co wynika z dwóch – intencjonalnych, bo na pewno nie prawdziwych – przesłanek: Po pierwsze, że należy szukać porozumienia nie z narodem i społeczeństwem rosyjskim, lecz z establishmentem i po drugie z przekonania – jakże dla Rosjan poniżającego – że totalizm i imperializm są w Rosji zjawiskiem wieczystym, przeto musi się rozmawiać z carami lub z Chruszczowami, bo demokratycznego rządu w Moskwie nigdy nie będzie (Ibidem, s. 69). Te słowa, pisane w 1973 roku, wciąż wybrzmiewają ponurą aktualnością.

Skąd się to bierze? Dlaczego to podejście nie zostało przezwyciężenie w dobie internetu i niezależnych mediów? Przecież – chociażby w polskim obiegu medialnym – wyraźnie rozgranicza się politykę Łukaszenki od zwykłych Białorusinów. Akcentuje się społeczną niezgodę na miński reżim, nawet jeśli białoruska opozycja jest słaba. W przypadku Rosji, indolencję antyputinowskich polityków udowadnia się niezbitym argumentem – a więc wciąż wysokim wynikiem poparcia dla Putina wśród ogółu rosyjskiego społeczeństwa. Nie wchodzi się przy tym w specyfikę robienia sondaży wyborczych w krajach o ograniczonych wolnościach obywatelskich jak Rosja, ani w to, w jaki sposób są zorganizowane rosyjskie wybory.

O protestach rosyjskiego społeczeństwa – obojętnie czy w 2011 roku czy teraz – w polskim prime time wspomina się jedynie w ich trakcie, po czym błyskawicznie się temat zarzuca. Protesty przeciwko korupcji, które w marcu bieżącego roku wyprowadziły ludzi na ulice 82 miast, okazały się mało nośne dla mediów. Lepiej informować o samym crème de la crème polityki, czyli działaniach i przetasowaniach w polityce zagranicznej.

Późne wnuki

Tak jak „mumifikacji” uległy idee Piłsudskiego i Dmowskiego, tak teraz przetwarza się myśl paryskiej „Kultury”. „Największymi pomniejszycielami twórców doktryn politycznych są ich «późne wnuki». Wkładają bowiem w usta przywódców poglądy sprzed dziesiątków lat – których owi przywódcy nigdy by nie wypowiedzieli, gdyby żyli” – pisał Mieroszewski, zapewne nieświadom, że i jego spotka taki los.

Giedroyc i jego pismo w żadnym stopniu nie prezentowały programu antyrosyjskiego. Pomoc dla krajów ULB nie implikuje przecież rusofobii. Redakcja „Kultury” zwalczała rosyjski imperializm, nietożsamy w całości z tamtejszym społeczeństwem. Pragnęli wyjść poza polskie kompleksy i resentymenty, aby spojrzeć na Rosję inaczej – nie jak na straszny kraj zamordyzmu, a część Europy. Pragmatyzm podpowiadał, że jakakolwiek walka, ze względu na różnicę potencjałów Polski i Rosji, jest z góry skazana na przegraną przez Polaków: Ponieważ nie możemy jej (Rosji – F.R.) pobić, trzeba się z nią ułożyć. Ułożyć się, siłą rzeczy, razem z narodami ULB, nie ponad nimi.

Redaktor z Maisons-Laffitte wierzył w Rosję demokratyczną – nie dlatego jednak, że był odrealnionym demokratą. Wiedział, że tak długo, aż Rosja pozostaje poza Europą, będzie imperialna i przeto niebezpieczna dla Polski. Jedyną drogę dla uniknięcia konfliktu z taką Moskwą stanowi serwilizm i status wasalny.

Polityka nie może być funkcją resentymentów i kompleksów, o czym doskonale wiedzieli Mieroszewski z Giedroyciem. Ich koncepcja, choć prezentowana przez „realistów” jako przeidealizowana i niemożliwa, jest do bólu logiczna i motywowana pragmatyzmem. Dziwi więc uproszczony wizerunek Rosji, którą wciąż przedstawia się jako państwo wprost totalne – w którym nic bez wiedzy Kremla nie może zaistnieć. Czy to forma polskiej terapii, która ma nam zrekompensować dystans do Zachodu oraz krzywdy doznane od Rosjan? Odpowiedzmy znów Mieroszewskim: Ci panowie, którzy głoszą, że wszystko co rosyjskie jest złe i godne pogardy, stanowią problem dla psychiatrów, nie dla polityka (Ibidem, s. 69).

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Dziennikarstwo w czasach dezinformacji. Jak pisać o Polsce w Rosji i Rosji w Polsce?” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VI Otwartego Konkursu.

Jerzy Giedroyc w swoim gabinecie, Maison-Laffitte, 1987, zdjęcie ze zbiorów Instytutu Literackiego, fot. Bohdan Paczowski, źródło: culture.pl
Filip Rudnik
Filip Rudnik
Redaktor

Urodzony na Pomorzu, obecnie mieszkaniec Warszawy i student Studium Europy Wschodniej. Najchętniej czyta i słucha o krajach w europejskiej części byłego ZSRR.

Kontakt: f.rudnik@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 1
Dodaj komentarz

  1. aravos pisze:

    Kolejny przykład: propozycja rządu PiS, by w paszportach wprowadzić obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej i cmentarza Orląt Lwowskich. To zupełnie jakby Niemcy zrobili sobie w paszportach Wrocław i Gdańsk. Strach będzie przekraczać granicę, szczególnie gdy wyrzucą nas z UE. Poza tym zgadzam się, że rusofobia ma się w Polsce zbyt dobrze, ale Rosja to tak naprawdę wróg tylko tradycyjny, to oznaka sztucznej megalomanii Januszów i Grażyn, jak to dobrze wychwyciła Masłowska w swojej pierwszej książce.