Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Bałkanizacja Hiszpanii czy iberyzacja Bałkanów? Katalońskie echo w Europie Południowo-Wschodniej

Wydarzenia związane z katalońskim referendum odbiły się szerokim echem w Europie. Pytania o to co teraz zrobi rząd Katalonii, jak zareaguje Madryt i co na to wszystko powie Bruksela wciąż pozostają otwarte. Tymczasem niektórzy komentatorzy już zdążyli porównać Katalonię do Kosowa i grozić “bałkanizacją” Hiszpanii. O ile nie wiadomo co się wydarzy na półwyspie Iberyjskim, o tyle już widać pierwsze reakcje na sytuację w Katalonii na półwyspie Bałkańskim. W tej sytuacji, może bardziej zasadne jest więc mówienie o “iberyzacji” Bałkanów.

Na pierwszy rzut oka można znaleźć kilka podobieństw między rzeczonymi półwyspami. Zarówno Bałkany i Iberia poznały w XX wieku czym jest bratobójcza wojna i dyktatura. Obydwa półwyspy, choć w różnych okresach, znajdowały się (choćby częściowo) pod panowaniem muzułmańskim, a w XV wieku to właśnie na Bałkanach znaleźli schronienie hiszpańscy Żydzi, którzy przywieźli ze sobą język ladino – żydowską wariację języka kastylijskiego.

Jednak na tym podobieństwa się kończą. Dzisiaj, kiedy Katalonia stoi u progu niepodległość, niektórzy straszą nie tylko rozpadem Hiszpanii jaką dotychczas znaliśmy, ale co gorsza – realizacją scenariusza bałkańskiego, czyli bałkanizacji. Termin ten w naukach politycznych oznacza nic innego jak rozdrobnienie się danego regionu na szereg małych organizmów państwowych, często wrogo do siebie nastawionych. Zjawisko to zawdzięcza swoją nazwę wydarzeniom związanym z dwoma wojnami bałkańskimi w przededniu I wojny światowej. Oczywiście rozdrobnienie i wrogie nastawienie wobec siebie nie jest domeną wyłącznie bałkańską, ale kto by dziś pamiętał księstewka niemieckie z okresu wojny trzydziestoletniej.

Katalonia jak Kosowo

Były ambasador Słowenii w Hiszpanii Franco Juri kilka dni temu podzielił się swoimi przemyśleniami odnośnie sytuacji w Katalonii. Juri zestawia sytuację w hiszpańskiej prowincji z wydarzeniami z Kosowa – zauważa, że obydwa regiony odłączyły się od macierzy w drodze referendum, choć nie miały wcześniej statusu republiki. Były ambasador pyta retorycznie dlaczego Europa (w większości) była w stanie uznać niepodległość Kosowa, a nie zapowiada się na podobny gest względem Katalończyków. Stawia też retoryczne pytanie o to, czy sytuacja w Katalonii skazana jest na taki sam bieg wydarzeń jak w Kosowie w latach dziewięćdziesiątych, czyli po pierwszej próbie ogłoszenia niepodległości – wojnę.

Tymczasem serbski minister spraw zagranicznych Ivica Dačić już zdążył oskarżyć Unię Europejską o stosowanie podwójnych standardów, mimo że Unia ograniczyła się jedynie do zdawkowego oświadczenia, w którym podkreślono, że problem Katalonii jest sprawą Hiszpanii. Serbski minister w tradycyjnym już dla Belgradu stylu przypomniał, że uznanie Kosowa było otwarciem puszki pandory. Z kolei prezydent Aleksandar Vučić, który jeszcze nie tak dawno wzywał do dialogu z Kosowem, uznał, że jeżeli Europa nie uzna niepodległości Katalonii, to w ramach konsekwencji powinna również cofnąć swoje uznanie dla Kosowa. Kosowski premier Ramush Haradinaj stwierdził natomiast, że serbskie analogie między Prisztiną a Barceloną nie wpłyną pozytywnie na dialog.

Krok dalej niż politycy serbscy posunął się brytyjski dyplomata William Mallinson, którego teksty możemy znaleźć na portalu Aleksandra Dugina. Mallinson pyta dlaczego NATO nie zdecydowało się na zbombardowanie Madrytu, tak jak uczyniło względem Belgradu w 1999 roku. Były dyplomata Jej Królewskiej Mości oburza się tym bardziej, gdyż w jego opinii Kosowo jest bardziej serbskie, niż Katalonia hiszpańska. Taką pokrętną logikę znajdziemy wśród wielu przeciwników niepodległości Kosowa, którzy jednocześnie domagają się uznania referendum w Hiszpanii (w myśl zasady, że gdy powiedziało się “A”, trzeba powiedzieć “B”). Kuriozum dopełnia fakt, że często ci sami ludzie powołują się na casus Kosowa, żeby uzasadnić oderwanie Krymu od Ukrainy.

Katalonia to jednak nie Kosowo (Krym też nie, a różnice są jeszcze większe). Zasadnicza różnica jest taka, że Hiszpania jest członkiem Unii i NATO, a więc nadzieje Mallinsona na zbombardowanie Madrytu raczej się nie ziszczą. Słusznie jednak zwraca uwagę profesor Tibor Varadi, że brak jasno określonych przepisów prawa międzynarodowego dotyczących samostanowienia jest dużym problem przy tego rodzaju sytuacjach. Na ten moment jednak Kosowo, Krym, a być może lada moment Katalonia wyznaczają precedensy, a nie reguły prawa.

Z kolei Florian Bieber zwraca uwagę na jeszcze jedną, jego zdaniem kluczową różnicę między Katalonią a Kosowem – przemoc. Użycie siły przez siły rządowe wobec Katalończyków jest nieporównywalne z represjami jakim poddawano kosowskich Albańczyków. Co więcej, również status Kosowa [1992] i Katalonii [2017?] – wbrew temu co twierdzi były ambasador Słowenii, był różny.

Katalonia w dalszym ciągu ma status autonomiczny, tymczasem przed upadkiem Jugosławii Kosowo zostało (nieudolnie) zunifikowane z Serbią. Różnic jest oczywiście więcej, warto też wspomnieć o tym, że Katalonia jest prowincją demokratyczną, a w organach autonomii zasiadają przedstawiciele różnych stronnictw politycznych, tak więc organy te mają o wiele silniejszą legitymizację niż władze Kosowa w latach ‘90 kiedy to lokalna scena polityczna była zdominowana przez de facto jedną partię.

Tak więc czy Katalonii grozi konfrontacja zbrojna z Hiszpanią? Wszystko leży w rękach rządu w Madrycie. Być może Rajoy nie okażę się być tak samo lekkomyślny jak Slobodan Milošević. Faktem jest jednak, że informacje o przerzuceniu dodatkowych sił zbrojnych do Katalonii nie napawają szczególnym optymizmem.

Czy Bałkany zachorują na hiszpankę?

Wydaje się, że to co się dzieje obecnie w Katalonii może mieć większe reperkusję względem Bałkanów, niż na odwrót. Przede wszystkim, nieuznanie decyzji o niepodległości Katalonii zaostrzy retorykę serbskich polityków odnośnie Kosowa – na sile zyskają zarzuty o hipokryzję i podwójne standardy Europy i być może USA.

Wydarzenia na półwyspie Iberyjskim stają się inspiracją dla innych regionów, których aspiracje niepodległościowe dotychczas były uśpione. Na agendę debaty publicznej w Serbii powrócił temat Vojvodiny – autonomicznego regionu na północy kraju, który zamieszkiwany jest w 70% przez Serbów, a w 30% Węgrów oraz inne narodowości.

W dniu katalońskiego referendum na wielu budynkach w Vojvodinie pojawiły się katalońskie flagi, a na niektórych murach graffiti z napisem Vojvodina = Katalonija. Na vojvodińskim portalu autonomija.info pojawił się również tekst profesora Žarko Koraća, który wprost pisze, że wydarzenia w Katalonii nie są kropką, ale jedynie przecinkiem, na drodze do uzyskania niepodległości przez społeczności, które do tego aspirują.

Wydarzenia w Katalonii otwierają też furtkę dla separatystycznych aspiracji przywódcy Republiki Serbskiej (BiH) Milorada Dodika, który od dawna chce przyłączenia Republiki do Serbii. Jednak, znowu odwołując się do Floriana Biebera, zarówno Vojvodina jak i Republika Serbska oraz inne regiony Bałkanów, o których mówi się w kontekście ewentualnych separatyzmów (Istria, Sandżak, Hercegowina), mają zupełnie inną dynamikę polityczną niż Katalonia.

Jednak to co zdecydowanie wpływa na lepszą sytuację Katalonii i jej aspiracji niepodległościowych to fakt, że narodowość katalońska jest silnie umocowana historycznie. O ile regionalizmy na Istrii, czy w Vojvodinie są silne, ciężko tam wskazać twarde grupy, które miałyby pełnić rolę suwerena w nowych organizmach państwowych.

Kamil Hyszka
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz