Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Maciej Zaniewicz

Międzymorze czy trójmorze? Słownik koncepcji polskiej polityki wschodniej

Międzymorze, trójmorze, ABC… Spór między trumnami Dmowskiego i Piłsudskiego, konflikt neoendeków z giedroyciowcami… Polska dyskusja o polityce wschodniej obrosła specjalistycznym żargonem i dziesiątkami koncepcji. Postanowiliśmy opowiedzieć o tym skąd się one wzięły i co oznaczają.

Era jagiellońska

Koncepcje polityczne państw i narodów niemal zawsze sięgają swymi korzeniami do zamierzchłych czasów, gdy były one potęgami. Dawna mocarstwowość jest brana jako wzór do naśladowania, a intelektualiści starają się przenieść ją na współczesne warunki. W Polsce mówimy o Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVI wieku, która sięgała „od morza do morza”, a konkretnie od Bałtyku do Morza Czarnego. Ten wstęp historyczny jeszcze nie raz się nam przyda.

Polska i Litwa za panowania Władysława II Jagiełły; Źródło: commons.wikimedia.org

Polska i Litwa za panowania Władysława II Jagiełły; Źródło: commons.wikimedia.org

W przeciwieństwie do później powstałego Imperium Rosyjskiego, potęga Jagiellonów (w większości) nie była wynikiem agresywnych podbojów, lecz szeregu unii i sojuszy, których efektem było powstanie wielonarodowego organizmu państwowego, które później będzie równoważyło zakusy dwóch potęg na wschodzie i zachodzie. Ta myśl również będzie bardzo przydatna.

Między dwoma imperiami

Wojsko polskie wkracza do Kijowa. Ulica Wielka Włodzimierska. 7 maja 1920 roku; Źródło: commons.wikimedia.org

Wojsko polskie wkracza do Kijowa. Ulica Wielka Włodzimierska. 7 maja 1920 roku; Źródło: commons.wikimedia.org

Właśnie idea pokojowej budowy imperium stała się inspiracją dla Józefa Piłsudskiego i jego koncepcji federacyjnej. Miał on zamiar powołać do życia po I Wojnie Światowej nie tylko Polskę, ale przede wszystkim państwo federacyjne składające się ze sprzymierzonych Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi. Piłsudski był przekonany, że największym zagrożeniem dla niepodległości Polski i państw regionu jest imperialna Rosja. W związku z powyższym we wspólnym interesie Polaków, Litwinów czy Ukraińców była wspólna walka o niepodległość. Stąd też wzięła się polsko-ukraińska wyprawa kijowska w 1920 roku, sojusz Piłsudski-Petlura czy też nieudana próba zamachu stanu w Kownie w 1919 roku, mająca na celu doprowadzić do władzy rząd skłonny do odnowienia unii polsko-litewskiej.

Czytaj także
Błąd ryski

Z odmiennych założeń wychodził Roman Dmowski, autor koncepcji inkorporacyjnej. W jego opinii największym zagrożeniem dla narodu polskiego były Niemcy prowadzące politykę germanizacji. Co więcej, wciąż wielka, lecz osłabiona Rosja powinna była być skłonna do oddania części swoich ziem Polsce i niejako podzielenia Białorusi i Ukrainy między Warszawę i Moskwę zgodnie z kluczem narodowym – ziemie w większości zamieszkałe przez Polaków miały trafić do Polski, a reszta – do Rosji. Ten zabieg miał zapobiec „rozwodnieniu” żywiołu polskiego i ułatwić asymilację żywiołu niepolskiego. Ironią losu było to, że odrodzona Polska pod wodzą Piłsudskiego była państwem unitarnym w kształtach postulowanych przez Dmowskiego. W dodatku skonfliktowanym z Litwą i zawierającą część ziem mających, zgodnie z koncepcją federacyjną, trafić w skład Litwy, Ukrainy i Białorusi.

Polityka Piłsudskiego osadzona była w myśleniu jagiellońskim. Jego przejawem był prometeizm, zmierzający do „rozcięcia Rosji po szwach narodowościowych”, jak opisywał to sam marszałek. Przepis był prosty – należało wspierać wszelkie ruchy niepodległościowe w ZSRR, doprowadzając do rozpadu państwa bolszewików na Rosję i przyjazne Polsce państwa narodowe, Ośrodkami o największym znaczeniu dla ruchu był Instytut Wschodni w Warszawie i Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej w Wilnie. Z dziedzictwa tego pierwszego czerpie obecnie Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, którego misją jest wykształcenie polskich i wschodnioeuropejskich kadr naukowych i politycznych. W ramach polityki prometeizmu wspierano dążenia niepodległościowe Gruzinów, Azerów, Ormian, Ukraińców, Tatarów Krymskich, Kozaków dońskich i kubańskich oraz wielu innych.

Siedziba Instytutu Wschodniego w Warszawie, Pałac Teppera, ul. Miodowa 7 Warszawa – budynek obecnie nie istnieje (fot. z archiwum J. Zielińskiego)

Siedziba Instytutu Wschodniego w Warszawie, Pałac Teppera, ul. Miodowa 7 Warszawa – budynek obecnie nie istnieje (fot. z archiwum J. Zielińskiego)

Zmierzch polityki prometejskiej nastąpił wraz z podpisaniem polsko-radzieckiego paktu o nieagresji w 1932 roku. Wówczas do głosu doszła kolejna koncepcja – polityki równej odległości. Na polecenie Piłsudskiego realizował ją minister spraw zagranicznych Józef Beck. W ogólnym zarysie polegała ona na balansowaniu między dwoma potęgami – Niemcami i ZSRR.

Związane to było przede wszystkim z tym, że wraz z dojściem do władzy Hitlera chwilowo nastąpiło ochłodzenie relacji niemiecko-radzieckich. Warszawa starała się skorzystać z oddalenia się widma sojuszu dwóch mocarstw, by nawiązać z nimi przynajmniej neutralne relacje. Stąd wzięły się niesłuszne oskarżenia rzucane obecnie przez Rosję o to, że Polska zamierzała się sprzymierzyć z Hitlerem. W rzeczywistości Warszawa chciała uniknąć wojny na dwa fronty, która wisiała w powietrzu przez całe dwudziestolecie międzywojenne.

O polityce zagranicznej tylko za granicą

Wraz z powstaniem w 1945 roku Polski z wojennych gruzów, całkowitemu przewartościowaniu uległa polska polityka zagraniczna. Po pierwsze, na znaczeniu straciły wszelkie koncepcje i dyskusje na temat jej kształtu. Polska polityka miała od tej pory być zgodna z moskiewską i być w Moskwie ustalana. Stąd trudno jest mówić o jakichkolwiek koncepcjach. Jak wszystkie satelity ZSRR, PRL był zobowiązany do przestrzegania internacjonalizmu socjalistycznego, czyli wspierania innych państw „socjalistycznych” i pokojowego współistnienia, czyli ograniczonej, głównie ekonomicznej, współpracy z państwami kapitalistycznymi. Przed odstępstwami od tych reguł zabezpieczała natomiast radziecka doktryna Breżniewa, pozwalająca dokonać ZSRR inwazji na państwo satelickie w obronie socjalizmu.

Zakaz prowadzenia debaty politycznej w Polsce paradoksalnie zrodził chyba najważniejszą koncepcję dla współczesnej polskiej polityki wschodniej, czyli powstałą na emigracji w Paryżu doktrynę ULB Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Myśl ta, z grubsza ujmując, sprowadza się do dwóch punktów, dziś uważanych za oczywistość, choć wówczas budzących spore kontrowersje wśród polskiej emigracji: Polska powinna była zaakceptować swoje granice powojenne i wyrzec się rewizjonizmu wobec Kresów Wschodnich oraz wspierać niepodległość Ukraińców, Litwinów i Białorusinów jak i ich dążenia do integracji z cywilizacją zachodnią. Jak podsumował to historyk prof. Andrzej Nowak: „Aby mieć Zachód na wschodzie”.

Dziś doktryna Giedroycia jest czymś naturalnym, jednak w czasach PRL większość polskiej emigracji antykomunistycznej nie godziła się z kształtem nowych granic Polski i uznawała za prawomocne przedwojenne granice II RP. Giedroyc odważnie wyszedł z programem uznania rzeczywistości pojałtańskiej, przy jednoczesnym postulacie dostosowania jej do polskich potrzeb. Uznawał, że dla polskiego bezpieczeństwa, za wschodnimi granicami Polski powinny się znajdować niepodległe państwa, co uchroni kraj nad Wisłą przed losem jaki był jemu pisany od wieków – tragicznego wepchnięcia między mocarstwo niemieckie i rosyjskie.

Aby to osiągnąć, Polacy powinni byli zrezygnować z aspiracji do odzyskania ziem na wschodzie lub dominowania nad niepodległą Ukrainą czy Litwą. Zamiast tego Polska powinna, jako państwo silniejsze, wspierać ich niezależność. Jednocześnie nie można nazwać Giedroycia rusofobem. Nie uznawał on Rosji za wroga Polski. Był jednak zdania, że dla pokoju w regionie niezbędne jest wyrzeczenie się imperializmu i skłonności do dominacji nad Europą Wschodnią tak przez Polskę jak i Rosję. Stąd też współpraca paryskiej „Kultury” Giedroycia z również paryskim „Kontynentem” Władimira Maksimowa. Pech chciał, że środowisko Kontynentu nie zdołało zarazić intelektualnie przyszłych rosyjskich decydentów jak to miało miejsce w Polsce z „giedroyciowcami”.

Paryska "Kultura" i Kontinent; Autor: Nina Gałuszka, www.rysuneksatyryczny.pl

Paryska „Kultura” i Kontinent; Autor: Nina Gałuszka, www.rysuneksatyryczny.pl

Powrót dyskusji

Zwycięstwo Solidarności w wyborach z 4 czerwca 1989 roku rozpoczyna nowy okres w historii Polski. W dziedzinie polityki wschodniej powróciła dyskusja na temat jej kształtów. Szybko okazało się, że mozolna praca Giedroycia na emigracji nie poszła na marne i doczekała się wcielenia w życie. Jej pierwszym przejawem była polityka dwutorowości.

Można z powodzeniem stwierdzić, że było to podejście innowacyjne nie tylko w regionie, ale i na całym świecie. Podczas gdy prezydent USA pojechał do Kijowa przekonywać Ukraińców o tym, by pozostali w ZSRR (niesławne chicken speech G. Busha 1 sierpnia 1991 roku) i nie ogłaszali niepodległości, Polska postanowiła jako pierwsze państwo tę niepodległość uznać. Zainicjowana w 1990 roku polityka dwutorowości sprowadzała się bowiem do wspierania dążeń niepodległościowych w ramach ZSRR, przy jednoczesnym utrzymywaniu kontaktów z władzami radzieckimi i nie naciskaniem na rozwiązanie Układu Warszawskiego czy wycofanie wojsk radzieckich z Polski. Wcielano w życie prometeizm, nie drażniąc przy tym Moskwy.

I można by powiedzieć, że tutaj zatrzymał się rozwój polskiej myśli na temat polskiej polityki wschodniej. Jak twierdzi były ambasador Polski na Ukrainie Henryk Litwin, to właśnie Giedroyc i dwutorowość wyznaczały jej kierunek przez ostatnie ponad dwadzieścia lat. W interesie Warszawy było wspieranie niepodległości Ukrainy i Białorusi, nie drażniąc przy tym Rosji. Aby mieć Zachód na wschodzie, lecz bez wroga na Kremlu.

W tym celu Polska wraz ze Szwecją w 2009 roku zainicjowały program Partnerstwa Wschodniego. Jego celem było i jest wsparcie przemian w państwach poradzieckich, zmierzających do ich demokratyzacji i umocnienia ich suwerenności. Choć nigdzie nie stwierdzano, że Partnerstwo Wschodnie to „przedpokój” do UE, to po cichu tak w Polsce myślano. Wszystko po to, by mieć Zachód na wschodzie – dokładnie tak samo, jak chciały tego Niemcy wspierając polskie starania o wstąpienie do UE.

Dwugłos

Niestety nie wszystko szło po naszej myśli. W 2003 i 2004 roku przez państwa poradzieckie przetoczyła się fala kolorowych rewolucji, za których wywołanie odpowiedzialnością Rosja obarczyła państwa zachodnie, w tym UE. Na fali napiętych relacji z Moskwą oraz dojścia w Polsce do władzy Platformy Obywatelskiej pojawiła się koncepcja odprężenia w relacjach z Rosją, wzorowana na polityce ministra spraw zagranicznych Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera zbliżenia przez powiązanie. Autorem jej polskiego odpowiednika był minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Doktryna Sikorskiego zrodziła paradoksalną sytuację, gdy polski rząd realizował koncepcję odprężenia z Rosją, podczas gdy prezydent Lech Kaczyński kontynuował politykę prometeizmu, czego dobitnym przykładem była wizyta polskiego prezydenta w Gruzji w 2008 roku w trakcie rosyjskiej agresji na ten kraj. Wówczas Lech Kaczyński wraz z przedstawicielami Estonii, Litwy, Łotwy i Ukrainy udzielił poparcia prezydentowi Gruzji Micheilowi Saakaszwili. To właśnie wtedy z ust polskiego prezydenta padły dziś brzmiące proroczo słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”.

Okres rywalizacji dwóch koncepcji został zakończony tragiczną śmiercią Lecha Kaczyńskiego w wyniku katastrofy smoleńskiej w 2010 roku. Prowadzoną później politykę odprężenia można zaś uznać za dyplomatyczną klęskę. Zmniejszeniu uległa intensywność relacji polsko-amerykańskich, a w stosunkach z Rosją nastąpił nawet regres, którego najdobitniejszym przejawem jest fakt, że wrak samolotu prezydenckiego do dziś nie został Polsce zwrócony. W dodatku „odprężenie” z polskiej strony nie przeszkadzało Rosji wprowadzić przeciw Polsce embargo.

Wspólna konferencja prasowa premierów Polski i Rosji 7 kwietnia 2010 roku; Źródło: premier.gov.ru

Wspólna konferencja prasowa premierów Polski i Rosji 7 kwietnia 2010 roku; Źródło: premier.gov.ru

Kilka lat po ogłoszeniu polityki odprężenia w 2013 roku Radosław Sikorski wygłosił słynne exposé, w którym opowiedział się za porzuceniem spuścizny Giedroycia na rzecz polityki piastowskiej. Minister rozumiał przez nią skupienie się na zacieśnianiu relacji z Niemcami i Brukselą w celu permanentnego osadzenia Polski w jądrze Unii Europejskiej. Analogia do Piastów była bardzo czytelna. W przeciwieństwie do Jagiellonów, którzy zasłynęli swoim zaangażowaniem na wschodzie (i wciągnięciem Rzeczypospolitej w rywalizację o Europę Wschodnią z Moskwą), Piastowie zasłużyli się wciągnięciem Polski w krąg kultury zachodniej poprzez przyjęcie chrztu w obrządku łacińskim. Ich polityka zagraniczna polegała na nawiązywaniu ścisłych relacji z Zachodem, przy umiarkowanym zainteresowaniu wschodem. Sikorski, wzorem pierwszych Piastów, chciał więc nie tyle zignorować Ukrainę i Białoruś, co nadać priorytet zachodniemu kierunkowi polskiej polityki zagranicznej.

Po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych PiS Jarosława Kaczyńskiego polityka piastowska została natychmiast porzucona. Między Warszawą a Berlinem i Paryżem, postulującymi zacieśnianie integracji europejskiej, zaczęła zaś powstawać coraz większa przepaść. Partia Jarosława Kaczyńskiego tym samym, w naturalny sposób, skierowała się w stronę spuścizny jagiellońskiej. Odkurzona została dawna koncepcja międzymorza i już pod nową nazwą trójmorze zaczęto realizować politykę integracji państw należących do UE i położonych między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym (ABC). Treścią tej polityki stała się przede wszystkim współpraca gospodarcza i infrastrukturalna. Konsekwentnie realizowane są takie projekty jak Via Carpatia czy budowa alternatywnych kierunków dostaw gazu (Baltik Pipe, gazoport w Świnoujściu – nie przez przypadek noszący imię Lecha Kaczyńskiego, choć kamień węgielny pod jego budowę położył premier Donald Tusk), a intensywność spotkań z liderami państw regionu znacznie wzrosła.

Gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu; Autor: Daniel Szysz

Gazoport im. Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu; Autor: Daniel Szysz

Gdzie w tym wszystkim polityka wschodnia? Pod tym względem, chyba po raz pierwszy od czasów Giedroycia, w Polsce odrodziła się prawdziwa dyskusja na temat jej kształtu. Z jednej strony wciąż aksjomatem jest doktryna ULB, co skutkuje życzliwą polityką wobec Kijowa. Z drugiej strony w parlamencie znaleźli się reprezentanci środowiska neoendeckiego jak Robert Winnicki z nacjonalistycznego Ruchu Narodowego.

Neoendecy opierają swoje poglądy na nacjonalizmie i w swoim spojrzeniu na polską politykę wschodnią całkowicie podważają jej dotychczasowe giedroyciowe imponderabilia, a przede wszystkim odżegnanie się od skłonności imperialnych. Dla neoendeków jak poseł Winnicki czy ks. Isakowicz-Zaleski, podstawową wartością są interesy narodu Polskiego, a więc priorytetem polityki wschodniej jest troska o Polaków zamieszkujących idealizowane przez nich Kresy Wschodnie (będące ich zdaniem sercem i kolebką polskości).

Stąd w swojej zdecydowanej masie neoendecy są sceptycznie lub otwarcie negatywnie nastawieni do Ukrainy i Litwy. W przypadku Ukrainy kluczowe znaczenie ma pamięć o Rzezi Wołyńskiej i gloryfikacja UPA na Ukrainie, która traktowana jest przez nich jako odrodzenie nastrojów antypolskich i ogólnie rzecz biorąc – zbrodniczych. W przypadku Litwy istotne znaczenie ma naruszanie praw litewskich Polaków, co dotychczas kładzie się cieniem na polsko-litewskich stosunkach.

A gdzie opcja prorosyjska?

Czy neoendecy są zatem prorosyjscy? Niekoniecznie. Część z nich owszem, postrzega Rosję jako potencjalnego sojusznika, ale dla większości z nich Rosja raczej jest źródłem zagrożenia dla Polski. W polskim wariancie polityka sceptyczna wobec Ukrainy niekoniecznie musi się równać z nastawieniem prorosyjskim. Dzięki temu rząd PiSu jest w stanie lawirować między polityką giedroyciową i neoendecką, z jednej strony nieugięcie wspierając Kijów, a z drugiej wykonując symboliczne gesty wobec neoendeków (coraz liczniej reprezentowanych w społeczeństwie, choć wciąż rzadko obecnych wśród elit władzy) poprzez np. inicjatywę umieszczenia wizerunków Cmentarza Orląt Lwowskich i wileńskiej Kaplicy Ostrobramskiej w polskich paszportach. Można powiedzieć, że polityka wschodnia PiS jest giedroyciowa w treści, a neoendecka w formie, co wprowadza wiele zamętu w głowach wschodnich intelektualistów.

Gdzie zatem podziali się zwolennicy współpracy z Rosją? Środowiska jawnie pro-kremlowskie istnieją, jednak stanowią zdecydowany margines i nie mają żadnego wpływu na polską politykę. Nie wykreowały również, jak do tej pory, żadnej koncepcji współpracy z Kremlem, która mogłaby być realna i atrakcyjna. Dlaczego uparcie stosuję słowo „Kreml”, a nie „Rosja”? Ponieważ to kolejny aksjomat polskiej polityki wschodniej – odróżnienie Kremla i Rosjan. Polacy wciąż bowiem uważają, że czym innym jest stosunkowo przyjazny Polakom naród rosyjski, a czym innym imperialistyczna władza. Uważają, że nie ma czegoś takiego jak „gen imperializmu” u Rosjan. A przy tym wszystkim, jak stwierdził kiedyś polski historyk i politolog Rafał Matyja, Polacy nie są ani rusofobami, ani rusofilami, lecz „rusoświrami”, co przejawia się ogromną fascynacją Rosją i rosyjską kulturą, połączoną ze strachem przed tym, by nie zostać posądzonym o ruso(kremlino)filę.

***

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 - komponent II Wymiar wschodni polskiej polityki zagranicznej 2017. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Maciej Zaniewicz
Maciej Zaniewicz
Redaktor naczelny polskojęzycznej wersji Eastbook.eu

Absolwent stosunków międzynarodowych i rosjoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze i czyta na temat Europy Wschodniej.

Kontakt: maciej.zaniewicz@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 1
Dodaj komentarz

  1. Jakub.J pisze:

    Artykuł ciekawy, ale nie do końca oparty na faktach. Pisałem na podobny temat, pracę magisterską i doskonale wiem, jak wyglądały koncepcje geopolityczne wg poszczególnych opcji ideologicznych.
    Osobiście jestem zwolennikiem opcji narodowej, wg. koncepcji Dmowskiego, tzn. opcji Piastowskiej. Autor myli 2 koncepcje, tzn. Liberalną, pro-zachodnią oraz Narodową, pro-Polską, pro-Europejską i pro-Zachodnią, a zarazem antyunijną i antynatowską. Przecież UE to nie Zachód, tak samo jak NATO. Szwajcaria, Norwegia, Islandia, USA, Kanada nie są w UE, a są integralną częscią Zachodu, podobnie jak Finlandia, Szwecja czy Austria, będąc poza strukturami NATO. NATO/UE to nie Zachód, to raczej anty-Zachód.
    Poza tym, tzw. „narodowcy” to nie żadni Nacjonaliści, a jakaś prawicowa hołota. W Polsce, żadnej „neo-endecji” nie ma.