Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Filip Rudnik

Kresy do lamusa, czas na rodzinną Europę

Pozbądźmy się przeświadczenia, że historia kiedykolwiek będzie łatwa – nieprawdziwość tego twierdzenia dobitnie udowadnia postać Michała Piusa Römera. Jego „idea krajowa” zrywa z Kresami i polską megalomanią. Każdy, kto przywykł historię Europy Środkowo-Wschodniej traktować w przeciwstawnych kategoriach narodowościowych – razem z odwiecznym antagonizmem polsko-litewskim – może nabawić się trudności.

Przystawiając współczesną optykę do Michała Römera całościowo, nasza „lupa” rozpada się do imentu. Polak-katolik, do tego legionista i adiutant Piłsudskiego – w swojej pracy naukowej poświęcił się jednak młodej Republice Litewskiej ze stolicą w Kownie. Działając na tamtejszym uniwersytecie, prywatne dzienniki pisał po polsku. Poczuwał się do cywilizacyjnej przynależności do polskości, chociaż z uporem maniaka określał się jako dziedzic tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, a „koroniarzy” z Rzeczypospolitej nie darzył sympatią. Niby „nasz”, choć nie do końca – więc zdrajca?

Dziwne, bowiem Römer mógł się poszczycić „rodowodem” wprost idealnym dla kogoś, kto mógłby widnieć na reprodukcjach obrazów Grottgera. Michał Pius, urodzony w 1880 roku, wzrastał w kulcie polskości i poszanowania dla przodków za sprawą ojca, ziemianina i oddanego katolika. Ich rodowa posiadłość, Bohdaniszki, stanowiła szlachecką enklawę pośród litewskiej ludności. Autochtonów ojciec uważał za niewiele ponad „lokalny folklor”.

Rubikon świadomości

Po prawniczych studiach w Paryżu, Michał Pius Römer wrócił do rodzinnej posiadłości w 1905 roku. Jesienne przesilenie polityczne, rewolucja wieszcząca zmiany w całym Imperium Rosyjskim, odcisnęła znaczące piętno na 25-letnim prawniku. Wrzucony na rozgorączkowane terytorium etnograficznej Litwy, Michał Pius doświadczył swoistego przełomu. W liście z tego okresu wspomina: „Po raz pierwszy wyraźnie poczułem, że to jest kraj ściśle litewski, że społeczeństwo tutejsze jest litewskim, a że Polacy są tu kolonią, nie sztuczną, zupełnie zlokalizowaną, a jednak odrębną od środowiska społecznego. […] Poczułem wyraźnie, że nie jestem w Polsce”.

Ta konstatacja znacznie utrudniła szlachcicowi z Bohdaniszek wybór życiowej drogi. Z racji swego pochodzenia, nie czuł się Litwinem i nie aktywizował coraz liczniejszych wiecowych akcji „młodolitwinów”. Nie zgłosił także akcesu do idei etnograficznej polskości, która w „litewskim żywiole” upatrywała jedynie materię do polonizacji. Z przerażeniem obserwował rozpad carskiego ancien regime oraz rosnącą przepaść pomiędzy narodowościami skupionymi w tyglu dawnych granic Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Trzecia droga

Według biografa Römera, krakowskiego historyka Zbigniewa Solaka, to właśnie wówczas „epigon” przemijającej symbiozy przedsięwziął wydawać „Gazetę Wileńską”. W pierwszym numerze (1906) Michał Pius opublikował wykładnię własnej „idei krajowej”. Publicyści pisma postulowali wykreowanie wspólnego, „samodzielnego i demokratycznego” państwa „Litwy i Białej Rusi”, pojmowanej na przekór etnicznym barierom; nazywali siebie obywatelami właśnie tego kraju z jednym zastrzeżeniem: „w zakresie kulturalno-narodowym jesteśmy synami narodu polskiego i tego pokrewieństwa naszego wyrzekać się nie będziemy i nie chcemy (…)”.

Kolejnym postulatem, który nawet dzisiaj może przyprawić o palpitację serca, stanowi jednoznaczne odrzucenie terminu „kresy”. Römer motywował to przekonaniem o krzywdzącej perspektywie, którą ten wyraz narzuca już na poziomie językowym. „Kresy” znaczą przecież coś przeciwstawnego do „centrum”; z owego „środka” zarządza się okrainami. Przecież Litwa i Białoruś nie mają już być satelitami, a autonomicznym państwem – stąd pojęcie „kresów” musi trafić na śmietnik historii.

Czy odrzucenie tego bagażu stanowiło ewokację świadomości obywatelskiego narodu Rzeczypospolitej Obojga Narodów: gente Lithuanus, natione Polonus? W pewnym sensie widać tu wyraźnie zachowaną dwuszczeblowość samoidentyfikacji. Römer, wespół ze swym współpracownikiem Ludwikiem Abramowiczem, stał jednak twardo za polityczną odrębnością Litwy i Białorusi od Polski – jednocześnie jednak nie odrzucał możliwości głębokiej kooperacji między Warszawą a Wilnem. Program „Gazety Wileńskiej”, nieobarczony ziemiańskim patriarchalizmem, pozwalał sobie na swoistą rewolucyjność – widział wspólnotę w grupach Polaków, Litwinów, Białorusinów i Żydów (co było wówczas novum w odniesieniu do tych ostatnich). „Krajowość” miała pogrzebać mit polskiego szlachcica, w który – oprócz oczywiście Litwinów – żarliwie wierzyli sami Polacy.

Między młotem a kowadłem

Historia, jak wiemy, poszła swoją ścieżką, tworząc nową sytuację w rozpadającym się Imperium Rosyjskim. Po Wielkiej Wojnie zaczęły się „wojny pigmejów”. Nacjonalizmy – polski i litewski – poczęły ścierać się ze sobą, skazując każdego z osobna na zero-jedynkowy wybór pomiędzy opcjami.

Postulowana idea „wspólnego obywatelstwa” trafiła w próżnię i była skazana na ataki – przez Litwinów uważana była za kolejną zawoalowaną próbę polonizacji; Polacy z kolei w programie „krajowców” upatrywali groźbę lituanizacji, wierzyli, że bez „warszawskiego parasola” tamtejsi przedstawiciele narodu polskiego zostaną zniszczeni. Michał Pius wiązał nadzieje z polityką federacyjną Józefa Piłsudskiego, który miał stanowić uosobienie „Polaka litewskiego”, czułego na specyfikę Litwy i nieskażonego warszawską perspektywą. Wiara Römera szybko została jednak zdeptana przez buty żołnierzy Żeligowskiego maszerujących po wileńskim placu Katedralnym. Posunięcie Warszawy Römer nazwał „aferą” i „ostatecznym upadkiem federacyjnych planów Piłsudskiego”.

Michał Pius zrywa kontakty z Marszałkiem i przenosi się do Kowna, zostając zmuszony zaakceptować młodą Litwę oraz poświęcając się w całości pracy naukowej na jej rzecz. Dawny redaktor poczuł, jak bardzo nie przystaje ani do ówczesnej Litwy, ani do odchodzącego szlacheckiego świata. Pozostał krajowcem, ale wiedział, że w świeżo ustanowionej Republice Litewskiej nie będzie miejsca dla propagowania tej idei.

Rodzinna Europa – teraz

Wspólne obywatelskie państwo – w którym kryterium etniczne nie było istotne – wyprzedzało swój czas. Żarna historii XX wieku, z szaleństwem wyolbrzymionego etnosu, doszczętnie przemieliły spuściznę Römera. Czy i teraz nie ma dla niej miejsca, o czym świadczy jej brak w polskiej pamięci? Trudno przecież postawić w Polsce pomnik komuś, kto położył podwaliny pod prawo kowieńskiej Republiki Litewskiej. Co więcej – wileński uniwersytet prawniczy nosi imię właśnie Römera, choć w zlituanizowanej formie.

No więc właśnie – nawet jeśliby odlać postać Michała Piusa w brązie, to w jakim języku umieścimy podpis? Niedawna afera związana z pomnikiem Tadeusza Kościuszki w Szwajcarii unaoczniła, że wciąż brak woli, aby przezwyciężyć resentymenty i odżegnać się od prostego antagonizowania.

Do schedy po „krajowcach” odwoływało się przecież wielu. Jednym tchem można wymienić Józefa Mackiewicza, Józefa Giedroycia, Czesława Miłosza czy Jana Pawła II. Dlaczego więc nie wykorzystać tej idei jako pomostu potrzebnego do wzajemnego zrozumienia? Miłość do lokalnej ziemi przeistoczyła się w patriotyzm państwowy, bez okopywania się w narodowych szańcach. Ten ferment intelektualny – z początku XX wieku! – skłania do przedefiniowania tego, jak powinna wyglądać wspólnota Europy Środkowo-Wschodniej teraz.

Współczesne standardy europejskie – poszanowanie praw mniejszości, zapewnienie nauczania w tychże językach – wydają się podążać kierunkiem wyznaczonym przez Römera. Niestety, co rusz w naszej części Europy możemy natknąć się na odchylenia od tych reguł. Relacje polsko-litewskie – głównie ze względu na Polaków na Wileńszczyźnie i perturbacje związane z ich prawem do samostanowienia – przypominają istną sinusoidę.

W ciągu ostatniego półrocza można jednak dostrzec światło w tunelu – spór o rafinerię ORLEN-u w Możejkach został zażegnany, pojawiła się także nadzieja na pomyślne rozwiązanie kwestii polskiej pisowni na litewskich dokumentach. Co więcej, prezydent Andrzej Duda przyjął zaproszenie litewskiej odpowiednik na 100-lecie obchodów niepodległości Litwy i wybiera się w lutym przyszłego roku do Wilna. Jest to, oczywiście, gest – ale czy takim samym gestem nie był zwrot Jana Pawła II do litewskich Polaków jako „Litwinów polskiego pochodzenia”? Dziedzictwo Römera może stanowić kompas dla wykreowania „rodzinnej Europy”, w której każda z mniejszości narodowych – lojalna wobec zamieszkiwanego państwa – ma prawo do samostanowienia, a także wpływu na cały kraj. Bez tego, nigdy nie zrodzi się świadomość obywatelska i znów będziemy się wpędzać w nasze narodowe okopy św. Trójcy.

***

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 - komponent II Wymiar wschodni polskiej polityki zagranicznej 2017. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Źródło: Celebration of incorporation of Vilnius Region to Poland 1922, http://audiovis.nac.gov.pl/obraz/78760:1/53c09fb1efa6989bad3b0e065b76cf1d/
Filip Rudnik
Filip Rudnik
Redaktor

Urodzony na Pomorzu, obecnie mieszkaniec Warszawy i student Studium Europy Wschodniej. Najchętniej czyta i słucha o krajach w europejskiej części byłego ZSRR.

Kontakt: f.rudnik@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY
Komentarze 0
Dodaj komentarz