Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Kosowo – zmarnowana szansa dla Polski

W tym roku obchodzimy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Przez te sto lat przynajmniej trzykrotnie stanęliśmy jako naród w obliczu wyzwania jakim jest budowa własnej państwowości. Doświadczenia tworzenia II Rzeczpospolitej, powojennej odbudowy Polski jako sowieckiej franczyzy, czy wreszcie trudy transformacji lat 90., powinny uświadamiać nam, że stworzenie państwa to wysiłek wielu pokoleń, ale obrona jego wartości, rozwój i budowanie sprawiedliwości społecznej to walka równie trudna jak samo wybicie się na niepodległość. W tym samym roku swoją okrągłą rocznice istnienia na mapie Europy obchodzi Kosowo. Pojawia się pytanie dlaczego nie odważyliśmy się wykorzystać naszych własnych, bogatych doświadczeń do wsparcia tego najmłodszego europejskiego państwa.

Lubisz czytać Eastbooka i podoba Ci się, że nie zalewamy Cię masą reklam? Pomóż nam się rozwijać!

Wypełnij PIT 2016 i przekaż 1% podatku

Fundacja Wspólna Europa
KRS: 0000373492

Dziękujemy!

Wersalski bękart – tak nas nazywano po pierwszej wojnie światowej. Kiedy polscy mężowie stanu podjęli się budowy II Rzeczpospolitej wielu naszych sąsiadów odbierało Polsce prawo do istnienia. Mieliśmy być tworem efemerycznym, który szybko zniknie z mapy Europy. Powinniśmy pamiętać, że początki naszego państwa nie były łatwe, nowa Polska rodziła się w ogniu politycznego sporu między Piłsudskim i Dmowskim, a praworządność i tak zwana kultura polityczna nie były naszą najmocniejszą stroną, czego brutalnie dowiodło zabójstwo prezydenta Narutowicza.

Jeżeli ktoś miałby zrozumieć odczucia towarzyszące obywatelom Kosowa w obliczu serbskiego negacjonizmu istnienia ich państwa to właśnie Polacy. Jednak mija 10 lat od ogłoszenia niepodległości przez rząd w Prisztinie, a jedyne na co zdobyły się polskie władze to pusty gest uznania tej deklaracji. W ciągu dekady nie nawiązano żadnych stosunków dyplomatycznych, a co gorsza, mimo, że do Kosowa regularnie podróżują polscy politycy, aby złożyć wizytę żołnierzom polskiego kontyngentu, żadnej z nich nigdy nie zadbał o spotkanie się z jakimkolwiek funkcjonariuszem kosowskiego państwa.

Wystarczyła odrobina dobrej woli i kurtuazyjny uścisk dłoni, jednak dla polskich decydentów i tego byłoby zbyt wiele. Polscy politycy, zarówno z obecnej jak i poprzedniej ekipy rządzącej byli bowiem zakładnikami mitów i szczerze nie wiedzieli jak się za Kosowo zabrać. Być może podobnie jak mężowie stanu z dwudziestolecia międzywojennego nie wierzyli, że pojugosłowiański bękart utrzyma się przy życiu.

Widmo słowianofilstwa

Polska uznała niepodległość Kosowa ustami Radosława Sikorskiego kilka dni po ogłoszeniu niezależności. Minister spraw zagranicznych szybko stanął w ogniu krytyki, że wyrywa się przed szereg i realizuje zlecenie Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie za decyzją polskiego rządu nie poszły żadne dalsze gesty, a przez Polskę przewinęła się dyskusja, o tym jak tą stratę terytorialną wynagrodzić Serbom.

Rząd Platformy Obywatelskiej ewidentnie nie wiedział co z Kosowem zrobić – postanowił więc zachować bierność. Jednym z adwokatów serbskiego interesu został prezydent Lech Kaczyński. Z jednej strony prezydent stwierdził, że Polska nie powinna spieszyć się z uznaniem Kosowa gdyż mogłoby to stworzyć niebezpieczny proceder dla innych ruchów separatystycznych. W maju 2009 roku podczas wizyty w Belgradzie jego stanowisko było już bardziej stanowcze, bowiem wyraźnie opowiedział się po serbskiej stronie tego konfliktu.

W 2012 roku dwoje posłów PiS: Małgorzata Gosiewska i Ryszard Czarnecki w rocznice ogłoszenie przez Kosowo niepodległości zorgnaizowali pikiete poparcia dla Serbów pod ambasadą tego kraju. Tym samym posłowie PiSu postawili się w jednym szeregu z działaczami radykalnej prawicy, którzy swojego czasu organizowali tak zwany “Marsz Vidovdański”, na którym z kibolską naleciałością głosili światu serbskość Kosowa.

Z jednej strony nie ma co się dziwić zamieszaniu jakie powstało po 2008 roku. Przede wszystkim Serbia wygrała batalię propagandową. Każda dyskusja na temat Kosowa przesunięta jest na skrajnie serbskie pozycje, przesiąknięta serbskimi mitami i martyrologią. Faktem jest, że wielu Serbów padło ofiarami czystek etnicznych i prześladowań ze strony albański partyzantów. Nie mniej bardzo często serbskie cierpienie jest stosowane w sposób instrumentalny, czyniąc z szantażu emocjonalnego ostateczny argument wymierzony w istnienie Kosowa.

Co więcej, narracja serbska dobrze wpisuje się w inne fantazje europejskich radykałów o wojnie z muzułmanami i amerykańskim spisku. Serbski punkt widzenia chętnie podłapali polscy nacjonaliści, którzy przez pewien czas organizowali specjalne marsze będące deklaracją przyjaźni dla narodu serbskiego. Do tego należy dołożyć marny poziom wiedzy o Bałkanach w Polsce, oraz przesiąkniętę słowianofilstwem prace polskich akademików.

Bariera językowa też robi swoje – zdecydowana większość informacji o Kosowie trafia do nas za pośrednictwem źródeł serbskojęzycznych. Często jeżeli już ktoś Kosowem się interesuje to swoją wiedzę o tym kraju czerpie z serbskich źródeł. Jest to olbrzymie wyzwanie edukacyjne i medialne. Przyjmowanie bowiem serbskiej narracji prowadzi do wyłomu jedności narracji o polskiej roli w strukturach euroatlantyzmu. Czy mówiąc wprost: Kosowo jest narzędziem rosyjskiej propagandy i dezinformacji, o walce z którą ostatnio tak wiele się mówi.

Prosta geopolityka

Polscy politycy tłumaczą brak stosunków z Kosowem chęcią utrzymania jak najlepszych relacji z Serbią. Prawda jednak jest taka, że Serbia nie jest ani strategicznym partnerem dla Polski, ani nawet nie gra w tej samej drużynie. Jeżeli dla polskiej polityki zagranicznej głównym filarem jest euroatlantyzm to oczywiste jest, że obecna Serbia nie mieści się w tym pojęciu. Belgrad od lat konsekwentnie zacieśnia swoje stosunki z Moskwą. Nie oznacza to oczywiście, że mamy zrezygnować z dobrych relacji z Serbią. Wręcz przeciwnie, powinniśmy wesprzeć trud innych państw Unii Europejskiej we wciąganie Belgradu na orbitę praworządnych, liberalnych demokracji. Nie możemy jednak być bardziej serbscy do Serbów i przyjmować ich priorytetów za nasze cele.

Tłumaczenie braku relacji z Kosowem dowodzi braku wyobraźni naszej dyplomacji. Nawet jeżeli przyjmiemy argumenty przeciwników istnienia Kosowa, że jest to amerykański protektorat, który powstał tylko po to aby utworzyć bazę wojskową to powiedzmy sobie szczerze: ta baza jest też w naszym interesie. Od 1989 w polskich elitach władzy istnieje ponadpartyjny konsensus, że to integracja euroatlantycka jest głównym filarem bezpieczeństwa. Dziwną schizofrenią naszych władz byłoby zabieganie o wzmacnianie obecności sił Sojuszu na flance wschodniej przy jednoczesnej wierze w waszyngtoński spisek na Bałkanach, które ucieleśnieniem jest istnienie Kosowa.

Wracając do prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego postawy należy odnieść się jeszcze do jednej rzeczy. W 2014 roku Dominika Ćosić na łamach “Dziennika” napisała: „Polska była wtedy jednym z nadgorliwców unijnych, minister Sikorski uczynił nawet falstart. Błyskawiczne uznanie Kosowa przez Warszawę powstrzymywał jedynie prezydent Lech Kaczyński, który widział dalekosiężne skutki tej decyzji. Alarmowałam już wtedy, że Kosowo posłuży Rosji jako precedens w przypadku „niesfornych” byłych republik radzieckich: z Gruzją i Ukrainą na czele”.

Rzeczywiście, po aneksji Krymu Rosja, która Kosowa nie uznaje, posłużyła się jego przykładem dla uzasadnienia swoich terytorialnych zdobyczy. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że argument o tym, że Kosowo otworzyło drogę do podbojów rosyjskich w XXI wieku jest cwanym zabiegiem moskiewskiej propagandy, mającym wytrącić atlantystom oręż w dyskusji.

Kosowo i Krym, nie mówiąc już o Abchazji i Osetii, to przypadki skrajnie odległe, o czym pisano już wielokrotnie. Różnica jest bardzo prosta: w Kosowie wszystko, począwszy od interwencji zbrojnej NATO po ogłoszenie niepodległości odbywało się w zgodzie z prawem międzynarodowym. Na Krymie tak nie było. Co więcej, od międzynarodowej interwencji do ogłoszenia niepodległości minęło 9 lat, przez które Kosowo pod egidą międzynarodową było przygotowywane do tej decyzji. Tylko tyle i aż tyle.

Zawalczmy o Kosowo

Bałkany nigdy nie były priorytetem polskiej polityki zagranicznej – to fakt. Jednak czym innym jest priorytetowość, a czym innym ignorancja, której najlepszy wyraz dał były już minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski mówiąc o marginalnym znaczeniu wojen na Bałkanach.

Kosowo nie jest jedynym słabym punktem polskiej dyplomacji. Warszawa, która od kilku lat promuje projekt Międzymorza jest całkowicie głucha i obojętna na problemy polityczne Bałkanów. Kosowo jest tylko jednym z nich. Od kilku miesięcy na agendzie międzynarodowej jest spór grecko-macedoński. Kolejną zapalną kwestią jest przyszłość Bośni i Hercegowiny, a wszystko wskazuje na to, że polski rząd również w tej kwestii nie ma żadnego stanowiska. Najprawdopodobniej kiedy dojdzie (o ile dojdzie) do wieszczonego od lat rozpadu Bośni i Hercegowiny polska dyplomacja będzie tak samo bezradna i zagubiona jak w 2008 roku. Nie wiadomo czy wówczas stanie po stronie Chorwatów, którzy są kreowani na naszego głównego sojusznika w regionie, czy Serbów, idąc logiką wydarzeń po 2008 roku. Z całą pewnością nie stanie po stronie Boszniaków, którzy są muzułmanami.

Sytuacja w Kosowie może budzić wiele kontrowersji, a wiele istniejących tam praktyk zasługuje na krytykę. Wsparcie dla niepodległości i transformacji Kosowa nie oznacza jednak wcale patrzenia przez palce na sytuację w tym kraju, ale wręcz angażować nas we wsparcie przemian tego państwa. Co jest w polskim interesie? Odpowiedź wydaje się banalna: istnienie stabilnych i praworządnych państwa. Fakt, Kosowo takim państwem nie jest – ale nie jest nim również Serbia. Polska, jak pisałem na początku, jest bogata w doświadczenia państwotwórcze i transformacyjne. Jeżeli przeraża nas kosowska korupcja, przestępczość czy problemy z wymiarem sprawiedliwości, zaangażujmy się w ich naprawę, zamiast z dziecięcą naiwnością uważać, że jeśli czegoś nie widzimy do tego nie ma. Likwidacja Kosowa, o ile w ogóle jest możliwa, nic nie zmieni, Kosowo istnieje i trzeba to zaakceptować, oraz wykorzystać, na tyle na ile jest to możliwe. Zresztą, podstawy już mamy. Polscy sędziowie działający w Eulexie starają się zaprowadzić sprawiedliwość w Kosowie, często orzekając w bardzo trudnych i bolesnych sprawach. Polscy żołnierze strzegą bezpieczeństwa obywateli tego kraju – Albańczyków i Serbów.

Co więcej, posiadamy unikalny know-how w kwestiach pojednania, które możemy eksportować do innych krajów. Po drugiej wojnie światowej zaliczyliśmy kilka bardziej lub mniej udanych procesów pojednania: z Niemcami, Rosją, Ukrainą, Izralem, czy Litwą i Czechami. Każdy problem był inny, na swój unikatowy sposób delikatny. Dlatego też wiemy jak prowadzić dialog z różnych perspektyw.

Wreszcie sami doskonale wiemy jak trudne jest rozliczenie się z własną historią i jak łatwo stać się zakładnikiem państwowotwórczych mitów. Kiedy my dzisiaj zmagamy się z demonami przeszłości z czasów drugiej wojny, z którymi nie możemy sobie ostatecznie poradzić, nie możemy dziwić się, że zaledwie dziesięcioletnie Kosowo ma problemy z uporaniem się z własnymi czarnymi kartami z ostatniej dekady ubiegłego wieku.

Facebook Comments
Kamil Hyszka
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY