Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Filip Rudnik

Ten okropny żydowski bankster – George Soros jako technologia polityczna

Herszt żydowskiej mafii, najniebezpieczniejszy człowiek świata, pan całej Ziemi, władca marionetek – to tylko wybrane określenia, którymi darzy się amerykańskiego finansistę, George'a Sorosa. I te nadające się do cytowania.

Jego macki sięgają głęboko. Według jednych, jego działalność przybliża nas do wyczekiwanego społeczeństwa otwartego – według drugich, za pomocą zarobionych na spekulacji milionów, Soros rujnuje cały świat. A robi to na wiele sposobów. W przeszłości wspierał przeciwników Brexitu, opowiedział się przeciwko Trumpowi i finansowo pomagał sztabowi Hillary Clinton. Teraz jest ponoć aktywny na naszym, środkowoeuropejskim poletku. Według Pawła Kukiza Soros sypał pieniędzmi na demonstracje KOD-u – zaś konserwatywne tygodniki pisały o jego funduszach wspierających homopropagandę, aborcję i multikulturalizm. Według posłanki Pawłowicz, życiowym celem Sorosa jest „dechrystianizacja, wynarodowienie oraz spekulacje finansowe niszczące gospodarki poszczególnych państw”.

To dalece nie wszystko – ponoć jego pracownicy opłacali protestujących Rumunów, którzy w ubiegłym roku wyszli wyrazić sprzeciw korupcji. Szedł na zwarcie z macedońskim rządem, co przyniosło rezultaty wykraczające nawet poza politykę – słownik języka macedońskiego wzbogacił się o nowy termin, „sorosoid”, oznaczający człowieka finansowanego przez amerykańskiego finansistę. „Ktoś za wszelką cenę chce zniszczyć naród macedoński (…)” – pisali publicyści w 2016 roku. Tym kimś był nienawistny George Soros.

Z Macedonii nad Balaton

O nim samym napisano już niejeden artykuł. Abstrahując od jego działalności – bo ją, zależnie od poglądów, można oceniać różnie – figura Sorosa stanowi coś zupełnie odrębnego. Europejscy politycy gremialnie zwietrzyli, jakie profity daje straszenie Sorosem – użycie tej swoistej technologii politycznej pozwala na odwrócenie uwagi od własnych matactw i mobilizuje elektorat. Szerokości geograficzne nie grają tu roli. Amerykańskie „straszydło” jest kompletnie kompatybilne z każdą sytuacją polityczną. Obecne rządy Europy Środkowej z lubością próbują skompromitować swoich oponentów, wskazując na ich domniemane finansowanie, osławione „przelewy od Sorosa” – te, które mogą dzisiejszych rządzących obalić i wprowadzić dyktat wegetarian i rowerzystów. Wszystko to z trademarkiem Open Society, fundacją George’a Sorosa.

Wydawałoby się, że nic nie przebije ubiegłorocznej kampanii „Stop Soros”, zainicjowanej przez premiera Viktora Orbana. Warto tutaj zaznaczyć, że Orban – jeszcze jako student – skorzystał ze stypendium, które zostało ufundowane przez amerykańskiego bankiera i dzięki temu mógł studiować na Oksfordzie. W polityce nie ma jednak miejsca na wdzięczność. Polityk skrzętnie wykorzystał potencjał, jaki daje straszenie Sorosem. Inspirował się przy tym przykładem macedońskim, ale zdołał wynieść tę obsesję na o wiele wyższy poziom.

6 października ubiegłego roku węgierski premier wprowadził do politycznego mainstreamu „plan Sorosa”. „George Soros kupił ludzi i organizacje, Bruksela znajduje się pod jego wpływem” ogłosił Orban. „Chcą zniszczyć płot, pozwolić milionom imigrantów na dostanie się do Europy, będą ich lokować używając mechanizmu mandatowego, oraz chcą ukarać tych, którzy się nie będą słuchać”, ale Węgrzy, zgodnie ze słowami Orbana, „nie są narodem głupców” i przedsięwzięli odpowiednie środki: rozpętali rządową kampanię przeciwko organizacjom pozarządowym i utrudnili życie uniwersytetom finansowanym z zagranicy. Przy tym rozpoczęto szeroko zakrojoną batalię, oskarżającą Sorosa imiennie: pojawiły się billboardy z jego postacią, rozrzucano ulotki ujawniające jego „złowieszczy plan”.

„Orbanowi i jego ekipie udaje się skutecznie manipulować tą technologią polityczną, jaką w istocie jest straszenie Sorosem”, mówi Dmytro Tużański, dziennikarz zajmujący się węgierską polityką. „Wszystko się idealnie nakłada: migranci, pomagający im Soros, brukselska biurokracja. Jeśli ktoś zacznie przy tym szczegółowiej grzebać – chociażby w tym, co Soros tak naprawdę mówi – wszystko się rozsypie jak domek z kart, ale dla kogoś, kto nie poświęci temu czasu, wszystko będzie wyglądało logicznie”. Wystarczy, żeby ten przekaz bezustannie cyrkulował w obiegu medialnym – ktoś w końcu dopuści do siebie myśl, że gdzieś w tym wszystkim znajduje się chociaż „ziarno prawdy”.

Z Balatonu nad Bratysławę

Węgierska kampania „Stop Soros” z 2017 roku bynajmniej nie wyeksploatowała motywu do cna. Po szokującym morderstwie słowackiego dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej Słowacy masowo wyszli na ulicę, aby zaprotestować przeciwko pogrążonej w korupcji klasie politycznej. Premier Robert Fico, niejako stanowiący cel społecznego sprzeciwu, poczuł, jak grunt usuwa się spod jego nóg. Polityk zdecydował się na straszenie Sorosem, chcąc odwrócić uwagę Słowaków – według Ficy, amerykański multimiliarder ma działać w porozumieniu z prezydentem Słowacji Kiską, celowo pogrążając kraj w chaosie i wysyłając do Bratysławy „ekspertów od kolorowych rewolucji”.

Słowackiego premiera można określić jako tonącego, który próbował chwycić się brzytwy. „Przede wszystkim wzięło się to z paniki”, komentuje dr. Michal Vašečka z Uniwersytetu Masaryka. „Stała jednak za tym polityczna strategia. Jeszcze wtedy Fico myślał, że w ten sposób znajdzie dodatkowe poparcie w parlamencie, który głosował wówczas nad wnioskiem o wotum nieufności. Liczył na głosy nacjonalistów ze Słowackiej Partii Narodowej”. Tak jak w przykładzie węgierskim, tutaj też za oskarżeniami szedł pewien logiczny ciąg zdarzeń: prezydent Andrej Kiska spotkał się z Sorosem we wrześniu 2017 roku w Nowym Jorku bez udziału żadnego przedstawiciela słowackiego rządu. O czym więc tak naprawdę rozmawiali – nie wiadomo. Po morderstwie dziennikarza i jego narzeczonej Kiska zażądał głębokiej rekonstrukcji rządu, atakując tym samym pozycję premiera. Ta koincydencja poskutkowała wersją wydarzeń, którą zaprezentował Fico – gdzie znowu Soros pociąga za wszystkie sznurki. Słowaccy dziennikarze zareagowali na nią śmiechem. Wkrótce potem premier podał się do dymisji.

Soros – do wyboru, do koloru

Kuriozalne oskarżenie autorstwa Fico pozostaje bodaj pierwszym nieudanym użyciem Sorosa w bieżącej walce politycznej w Europie Środkowej. Postać amerykańskiego „bankstera” stanowi jednak jedynie szatę, w którą „ubiera się” politycznego oponenta, aby jawił się jako bardziej odrażający. W Słowacji materiału nie starczyło, temat został wprowadzony ad hoc i bez przygotowania gruntu.

Czemu jednak politycy wciąż decydują się na ten sposób prowadzenia polityki? Kluczowa wydaje się tutaj sama pamięć i mity społeczeństwa, któremu „dostarczony” będzie Soros w roli wspólnego wroga. „Tutaj pojawia się bardzo popularny mit o złym geniuszu, który jest bardzo bogaty i wciela w życie złowrogi plan”, wyjaśnia Tużański. „Dla części elektoratu ta opowieść jest jak kino. To może zadziałać w każdym kraju”.

Do Sorosa dodaje się konkretne aspekty, dostosowane do każdego kraju. W Polsce aspekt kładło się na „dechrystianizację”, na Węgrzech podkreślało się węgierskie pochodzenie Sorosa, który w opowieści zaprzedał się na Zachodzie i zdradził ojczyznę przodków. Wszędzie obecny jest kontekst antysemicki, choć głośno o tym nie wolno mówić. Na Słowacji Soros wydawał się idealny: nie dość, że Żyd, to jeszcze węgierskiego pochodzenia i Amerykanin – co na Słowacji ma znaczenie, ponieważ Stany Zjednoczone nie cieszą się tam dużą sympatią. „Narracja była taka: mamy do czynienia ze światowym amerykańskim spiskiem przy współuczestnictwie Węgrów i Żydów” – konkluduje dr Vašečka.

Amerykański milioner i spekulant stanowi więc jedynie symbol tego, do jakiego stopnia opowieść o „wrogu zewnętrznym” sprawdza się w krajach V4. Oczywiście, akcenty muszą być rozkładane różnorako i z innym natężeniem – w Czechach przecież bez sensu straszyć „dechrystianizacją”, a w Polsce Amerykanami. Dlaczego jednak to działa? Przyczyny tego stanu rzeczy zwykło się upraszczać, zwalając wszystko na karb rosyjskiej dezinformacji. To jednak nie rozwiąże wszystkiego. „Powody są o wiele bardziej złożone. Jako społeczeństwa mamy o wiele większą skłonność do dawania wiary we spiski niż inne narody w Europie. Bierze się to jeszcze z czasów komunistycznych, kiedy nic nie było tak, jak to było podane w mediach”, wyjaśnia dr Vašečka, wyliczając również schedę Europy Środkowej, a także doświadczenia transformacji ustrojowej. „Przy tym wszystkim trzeba pamiętać też o postępującej alienacji, która ma miejsce na całym świecie  – ludzie po prostu nie wierzą w nic, dlaczego więc mają myśleć, że Soros jest dobrym człowiekiem i można mu zaufać?”

Facebook Comments
Zdjęcie główne: World Economic Forum (www.weforum.org) www.swiss-image.ch/Photo by E.T. Studhalter
Filip Rudnik
Filip Rudnik
Redaktor

Urodzony na Pomorzu, obecnie mieszkaniec Warszawy i student Studium Europy Wschodniej. Najchętniej czyta i słucha o krajach w europejskiej części byłego ZSRR.

Kontakt: f.rudnik@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY