Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Utopione marzenie, czyli wiosenna podróż po melancholię

Z nadejściem wiosny budzą się w nas pragnienia. Zwłaszcza jedno: chwilowa ucieczka od rzeczywistości zmusza nas do planowania kolejnych podróży; podróży, które pozwolą nam odżyć, nabrać jasnych barw właściwych dla tej pory roku. Nic dziwnego, że ciągnie nas na południe. Zapach tureckiej kawy z dżezwy czy soczystego jagnięcego mięsa, słodkiego lokum w lekko zorientalizowanej scenerii bałkańskiego miasteczka. Są jednak miejsca do których nigdy już nie dotrzemy, które bezpowrotnie przepadły, a swój jedyny ślad zostawiły w melodiach, które mimochodem usłyszymy przesiadując w kafanie.

Ponoć słodko-kwaśne połączenia są najlepsze dla naszego podniebienia. Słodkie przysmaki i kwaśna muzyka. Greckie rebetiko, słowiańskie sevdalinki, dźwięki znaczone miłością i bólem (zresztą te dwa słowa padają regularnie). Nie bez przyczyny wielu badaczy Bałkanów od lat zgłębia tajniki miejscowej melancholii, szukając jej źródeł w rwącej rzece historii. Artyści od lat delektują się nostalgią. Orhan Pamuk rozciąga ją na setki stron swoich powieści, a w jednej z nich raczy nas obszernym wykładem na temat hüzün – jednego z kilku tureckich słów określających melancholię. Theodoros Angelopoulos w ciągnących się godzinami filmach pokazuje malownicze scenerie i zwykłego człowieka, który znikąd nie przychodzi i donikąd już nie zmierza, wszystko co było zostało zmyte przez zbyt bystry nurt rzeki dziejów. Ludzie chcą już tylko normalnie żyć, jednak normalność wciąż wydaje się nieosiągalna. Gdyby tylko można było wypisać się z tej historii.

Nostalgie można odczuwać na dwa sposoby. Idąc ulicami rodzinnego miasta, kiedy widzi się miejsce, z którym mamy kilka banalnych wspomnień, utkwionych tak głęboko, że dopiero pod wpływem miejsca sobie o nich przypominamy. Miejsce, które dzisiaj jest czymś innym, najczęściej placem budowy bogatego dewelopera. Może to być podwórko, kawałek murku, na którym przesiadywało się z kolegami z dzieciństwa; hałda piasku pozostawiona przez budowlańców, która stała się pozornie trwałym, bo wieloletnim, elementem krajobrazu. Jej trwałość potwierdzały pierwsze ślady płóz sanek, które pojawiały się krótko po pierwszym śniegu. To jest nasza własna melancholia, której nikt inny nie będzie podzielał.

Drugi rodzaj melancholii, to ten obcy, przesunięty na nas z najdalszych krain i czasów. To dziwne uczucie, kiedy tęsknimy i pragniemy jednocześnie czegoś czego nie znamy. “Takie samo, tylko inne” – zwykli mawiać moi bracia na początku swojej przygody z językiem. Mówili też: “baba” – tak nazywali każdego członka rodziny, w tym mnie, dojrzewającego nastolatka, który musiał udowadniać, że już jest mężczyzną, a na pewno nie żadną “babą”. Dziś lubię myśleć, że mówili do mnie po turecku, a ja byłem babą.

Pamiętam ten dziwny rodzaj tęsknoty kiedy czytałem “Życie codzienne w Turcji Osmańskiej” Raphaela Lewisa. Czytałem o obyczajach związanych z edukacją: o obwożeniu nowego ucznia na kucyku po grobowcach mędrców, aby zapewnić mu pomyślność, czy wreszcie o tym cudownym dniu zakończenia edukacji. Tego dnia uczeń przychodził do szkoły tak jak zwykle, nieświadomy jeszcze, że nauczyciel powie mu: już niczego więcej cię nie nauczę, wracaj do domu. Lewis pisze: “uliczni przechodnie widzący o niezwykłej porze malca kroczącego dumnie z torbą szkolną, zatrzymywali się, aby mu pogratulować, a po przyjściu do domu stawał się on bohaterem dnia i powodem wielkiej dumy całej rodziny”. Naglę idę tą wąską, stambulską uliczką przepełniony dumą, a stary handlarz Mustafa uśmiechają się pod wąsem ściska mi rękę. Jeszcze jest wiosna.

Rwący nurt rzeki

Są miejsce, których już nigdy nie zobaczymy, do których nigdy nie dotrzemy. Możemy jedynie stać na skraju teraźniejszości i z pewnym zawzięciem wychylać się w przeszłość. Możemy spoglądać na dno rzeki i z pewnością twierdzić, że widzimy przecież i wyspę, i miasto. Jest to zasługa zarówno biegu historii, okrutnej fantazji wodzów, braku wrażliwości deweloperów. Wszystkie te siły szturmują naszą przyjemną, choć nie zawsze piękną przestrzeń. Było jednak miejsce, w którym nurt rzeki nabiera szczególnego i dosłownego znaczenia. Na Dunaju, pięknym i modrym; na samej granicy serbsko-rumuńskiej było Ada Kaleh. Ada Kaleh czyli wyspa. Wyspa z twierdzą postawioną przez habsburgów na ruinach jeszcze dawniejszej twierdzy. U progu XVIII wieku wyspa trafiła we władanie Osmanów. Wody Dunaju zachowały jej mieszkańców od burzy XIX wieku, kolejnych zrywów, reform, wojen o niepodległość. Mieszkańcy Ada Kaleh żyli wypisani z żmudnego maratonu historii. Z ubocza spoglądali na rwące wody Dunaju. Do 1923 roku wyspa była eksklawą osmańską. Wyspa przeżyła nawet upadek Imperium i wygnanie kalifa, choć od tego momentu była już terytorium rumuńskim.

Ada Kaleh była zamieszkana w większości przez Turków, choć pojęcie takie jeszcze właściwie nie istniało. Wyspa przyciągała też zbiegów z najdalszych krańców upadającego Imperium sułtanów. Lekko zacofane, ale zaczarowane życie na wyspie szybko obrosło legendami i trafiło pod strzechy. Ada Kaleh ze swoimi meczetami, bazarami, z pałacem Alego Kadri, ze swoim normalnym życiem stało się kuszącą alternatywą wobec burzliwej rzeczywistości. Śpiewano więc o Ada Kaleh, opowiadano bajki o Ada Kaleh, wreszcie malowano kuszące panoramy Ada Kaleh.

Wyspa przestała istnieć w 1970 roku. Zniknęła pod wodą. Nie był to jednak kataklizm wywołany przez naturę, ale przez człowieka. Komuniści rumuńscy postanowili w miejscu Ada Kaleh stworzyć sztuczne jezioro, które byłoby wykorzystywane do chłodzenia nowej elektrowni na Dunaju. Mieszkańców przesiedlono, a o Ada Kaleh zaczęto zapominać.

Zachwyty z pożółkłych kart

Na Ada Kaleh możemy dotrzeć już tylko w jeden sposób. Wczytując się w słowa wspomnień tych, którzy zdążyli postawić swoją stopę na wyspie przed jej zatopieniem. W towarzystwie tym nie brakuje Polaków. Jednak bardziej skupiają się oni na samym dotarciu do wyspy i jej malowniczym położeniu: „Dunaj w tym miejscu przebija się przez masyw Karpat, tworząc tak zwaną bramę Herkulesa, oddzielającą Wschód Europy od Zachodu. Poniżej tej bramy leży wysepka Ada – Kaleh”.

W 1937 roku dziennikarz “Nowego Dziennika”, w krótkiej notce prasowej nazywa Ada Kaleh tureckim rezerwatem, w którym ludność żyje dostatnio głównie z produkcji papierosów, które nie są opodatkowane przez rząd. W tym rezerwacie, jak donosi inny dziennikarz krakowskiego “Czasu” z 1934 roku: “Sensacją szczególnie miłą dla polskich gości było spotkanie z Lwowianką, od 12 lat zamieszkałą na tej wyspie; wyszła ona za mąż za Turka”.

Przeprawiamy się obszerną barką. Przewoźnicy to turcy, mieszkańcy Ada Kaleh, wszyscy w turbanach. Wybraliśmy dwóch starszych, o typowych ascetycznych twarzach, pokrytych bronzową, pomarszczoną skórą. Mówią po serbsku, porozumiewamy się więc doskonale. Oczywiście narzekania na czasy teraźniejsze; pod tym względem świat jest niezmiernie jednostajny – stwierdziliśmy to podczas wszystkich naszych podróży […] Wchodzimy do osady. Jest tu właściwie jedna długa ulica, po europejsku zabudowana niezkiemi domkami, doskonale wybrukowana, czysta. Wszędzie magazyny, w których można być pamiątki z pobytu na wyspie, a więc banalne kubki szklane i porcelanowe z widoczkami Ada-Kaleh (Made in Germany), turecki tytoń i papierosy z różnobarwnej bibułki, wywołujące uznanie wśród moich towarzyszek. Cóż to za harmonja dla kobiety, ubranej w zieloną sukienkę, palić papierosy w zielonej bibułce!

Janina Stefańska, “Świat” nr 21-26-V-1928

“Bardzo dziwną wyspą” Ada Kaleh nazywa J. Radzimiński:

Ada – Kaleh do której płynąc środkiem Dunaju zbliżamy się szybko – jest naprawdę bardzo dziwną wysepką. Na przestrzeni jednego kilometra kwadratowego leży rozrzuconych kilkadziesiąt domów i chałup, zamieszkanych przez osadzonych tu przed kilkoma wiekami Turków […] 700 mieszkańców tej wyspy korzysta z dawnych przywilejów […] stwarzających z Ada-Kaleh – wolny port, żyje z turystów zwiedzających wyspę i zakupujących oryginalne tureckie papierosy.

J. Radzimiński, “Tygodnik Ilustrowany” nr 49, 1939

Chodź obydwie relacje dzieli dekada to obraz Ada Kaleh się nie zmienia. Mieszkańcy wyspy wciąż są tymi samymi tradycyjnymi Turkami, a miasteczko tonie pod naporem tandetnych pamiątek produkowanych za granicą. Podróżnicy łapią więc chwilę wytchnienia pijąc turecką kawę, od której zaczęliśmy tą opowieść. Do Ada Kaleh dotarli też studenci wydziału rolniczego Uniwersytetu Poznańskiego o czym donosił Dziennik Poznański z 22 sierpnia 1923 roku: Stary muezin w kolorowym turbanie, pokazuje nam olbrzymi perski dywan darowany przez sułtana, okrywający prawie całą podłogę meczetu, po którym chodzimy boso. Rzeczony dywan rzeczywiście został podarowany przez sułtana Abdulhamida II, a w 1965 roku został przeniesiony do meczetu w Konstancy.

W „Kurierze Warszawskim” (1913) „niczyja wyspa” będąca miejscem akcji powieści węgierskiego pisarza Mora Jokaiego zostaje zdemaskowana jako Ada Kaleh. Nazwa ta przewija się jeszcze w dziesiątkach krótkich notek o kolejnych działaniach wojennych.

Tytoniowa Atlantyda

Zanim utopimy Ada Kaleh raz jeszcze w naszej niepamięci warto opowiedzieć jeszcze jedną historię z dziejów tej wyspy. We wszystkich przytoczonych fragmentach z prasy jak bumerang powracają papierosy. Sułtanem Ada Kaleh był Ali Kadri, kiedyś rybak, potem lokalny bogacz, który postawił na wyspie fabrykę papierosów.

W 1931 roku Kadri otwiera fabrykę “Musulmana”. Wyspę zamieszkiwało wtedy mniej niż tysiąc mieszkańców. Ali Kadri skutecznie wykorzystał przywilej królewski zwalniający mieszkańców wyspy z opłacania cła na wyroby tytoniowe. Wkrótce papierosy miały stworzyć nierozerwalne skojarzenie z wyspą Ada Kaleh. W 1948 roku fabryka została znacjonalizowana. Komuniści wbili pierwszy gwóźdź do trumny tej “niczyjej wyspy”.

Jak pisze Mircea Cartarescu, (u którego po raz pierwszy przeczytałem o Ada Kaleh), papierosy z fabryki Alego Kadriego były znane na całym świecie w okresie międzywojennym. Ponoć jeszcze po zatopieniu wyspy jej dawni mieszkańcy mieli widzieć na dnie rzeki willę Kadriego, która dla nich już na zawsze pozostała centralnym punktem wyspy.

***

Nam nie zostaje już nic innego jak usiąść z papierosem i filiżanką kawy (tureckiej jeśli taką mamy) wsłuchać się w dźwięki bałkańskiej muzyki i planować kolejny wyjazd, kolejną podróż, choćby nawet i do Ada Kaleh, albo do innego miejsca, w którym będziemy musieli zadowolić się jedynie namiastką, muśnięciem historii, a całą resztę będziemy musieli sobie doczytać i dopowiedzieć w wyobraźni.

Facebook Comments
Kamil Hyszka
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY