Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Mateusz Kubiak

W pół drogi do rewolucji. Czy po dymisji premiera Armenii opozycja sięgnie po władzę?

  • Bez kategorii
23 kwietnia, po niespełna tygodniu od momentu wyboru na premiera, do dymisji podał się Serż Sarkisjan. Jego rezygnacja jest efektem masowych, być może największych od lat 90., protestów w szeregu armeńskich miast. Choć dymisja Sarkisjana sama w sobie jest już ogromnym, dość chyba niespodziewanym, osiągnięciem demonstrujących, to ambicje opozycji sięgają dalej – powołania rządu tymczasowego i rozpisania przedterminowych wyborów. Tu jednak o sukces może być już dużo trudniej.

Bezkrwawe protesty

W momencie, w którym na dobre rozpoczynały się obecne protesty – 13 kwietnia – wciąż nie było jeszcze pewnym, kto zostanie nowym premierem. Już wówczas jednak na ulice stolicy wyszło kilka tysięcy obywateli, odpowiadając na wezwanie szeregu aktywistów i polityków, w tym mającego odegrać kluczową rolę w ciągu kolejnych dni Nikola Paszinjana.

Protestujący rozpoczęli wówczas akcję nieposłuszeństwa obywatelskiego i wezwali do blokady miasta oraz okupacji szkół i uniwersytetów. Argumentowali przy tym, że przeprowadzona ostatnio zmiana konstytucji i przeniesienie najważniejszych kompetencji na osobę premiera zostały podyktowane osobistym interesem rządzącego od 2008 roku Sarkisjana i wyczerpaniem przez niego limitu dwóch kadencji prezydenckich.

Od tego czasu dużo się jednak zmieniło – zaledwie dzień później rządząca Republikańska Partia Armenii oficjalnie potwierdziła kandydaturę Sarkisjana na premiera kraju, zaś 17 kwietnia została ona przyjęta przez armeński parlament. W odpowiedzi protestujący zażądali dymisji nowego-starego przywódcy oraz w dalszej kolejności powołania rządu tymczasowego i rozpisania przedterminowych wyborów do parlamentu.

Władze w zasadzie nie podjęły dialogu z demonstrantami, jednak nie zdecydowały się też przy tym na ich rozpędzenie. W praktyce kontrdziałania rządu sprowadziły się wyłącznie do uznania protestów za nielegalne oraz aresztowania szeregu osób.

Zatrzymania objęły zarówno zwykłych uczestników, aktywistów (m.in. znanego w Polsce politologa Stepana Grigorjana), jak również liderów opozycji – w tym chronionego immunitetem Paszinjana. To zaś jedynie dodatkowo rozsierdziło obywateli, którzy masowo wyszli na ulice.

W efekcie, w ciągu zaledwie półtora tygodnia doszło do historycznej wręcz mobilizacji armeńskiego społeczeństwa: liczba protestujących wzrosła od zaledwie kilku tysięcy do być może nawet ponad 100 tysięcy w kulminacyjnym momencie, tj. już po aresztowaniu Paszinjana. Metody działania demonstrantów pozostały przy tym takie same.

Protesty rozpoczynano jeszcze przed południem (organizatorzy nawoływali do przerywania akcji na noc celem uniknięcia prowokacji), by następnie przez cały dzień paraliżować życie miasta i demonstrować na wieczornych wiecach. Co istotne, manifestacje do samego końca pozostały pokojowe – nawet pomimo powtarzających się prowokacji i napaści ze strony zamaskowanych zbirów na kształt ukraińskich tituszek.

Poniedziałkowy przełom

Do przełamania wynikłego impasu (protesty trwały już wszak 10 dni) doszło ostatecznie w poniedziałek 23 kwietnia, w przeddzień oficjalnych obchodów 103. rocznicy Ludobójstwa Ormian. Jeszcze z samego rana wydawało się, że do jakiegokolwiek porozumienia nie ma prawa dojść. Zaledwie dzień wcześniej aresztowani zostali najważniejsi liderzy trwającego protestu, a sam Sarkisjan zerwał publicznie transmitowane negocjacje z Paszinjanem po zaledwie… dwóch minutach.

Mimo to, już w okolicach południa czasu lokalnego Armenię obiegła wiadomość o dołączających do protestujących żołnierzach oraz policjantach. Niemal równocześnie poinformowano również, że wicepremier Karen Karapetjan wnosi o zwolnienie z aresztu zatrzymanych parlamentarzystów i zamierza rozpocząć negocjacje z Paszinjanem. Zaledwie dwie godziny później ten ostatni był już na wolności, a trzy godziny później Serż Sarkisjan ogłosił rezygnację z pełnionego urzędu.

Choć dymisja premiera przyszła nagle, według relacji samego Paszinjana wcale nie musiało się tak stać. W czasie poniedziałkowych negocjacji Karapetjan miał kolejno proponować, by Sarkisjan mógł ustąpić odpowiednio w październiku, w maju lub 25 kwietnia. Paszinjan przekonuje, że wszystkie te oferty odrzucił i w zamian dał premierowi na rezygnację zaledwie 2 godziny.

Rozmowy, których nie było

W efekcie dymisji Sarkisjana, na środę 25 kwietnia zaplanowano negocjacje ws. dalszego rozwoju sytuacji między Paszinjanem a p.o. premiera kraju Karenem Karapetjanem. Lider opozycji potwierdził przy tym, że w mocy pozostają wszystkie dotychczasowe żądania protestujących (powołanie rządu tymczasowego, nowe wybory) oraz zadeklarował, że „czuje się gotowy”, by w przypadku takiej decyzji narodu sprawować funkcję przejściowego szefa rządu.

Sytuacja uległa załamaniu we wtorek wieczorem, kiedy to Paszinjan po raz wtóry powtórzył stawiane żądania oraz dodatkowo ogłosił, iż tymczasowym premierem nie może stać się nikt z ramienia rządzącej Republikańskiej Partii Armenii (jej liderem wciąż pozostaje Serż Sarkisjan).

Nie musiało minąć wiele czasu, by przez kraj przetoczyła się informacja o odwołaniu zaplanowanych na środę rozmów. W odpowiedzi Paszinjan wezwał do kontynuacji protestów, ignorując tym samym apel Karapetjana na rzecz organizacji przez prezydenta Armena Sarkisjana (zbieżność nazwisk) spotkania obejmującego całe spektrum sceny politycznej.

Na horyzoncie chaos

Powstała sytuacja rodzi wiele znaków zapytania – zarówno o możliwość dalszej kontynuacji protestów, jak i o gotowość do ustępstw ze strony rządzących.

O sile dotychczasowych wystąpień stanowiło przynajmniej kilka czynników: ich przemyślana i dobra organizacja, równoczesna decentralizacja działań samych protestujących, jak również jasno sprecyzowany, namacalny cel – odsunięcie od władzy Serża Sarkisjana.

Obecnie, gdy podstawowy postulat został już osiągnięty, nie jest pewnym, czy mobilizacja obywateli pozostanie tak samo silna. Kluczowym w tym względzie może być przede wszystkim, czy rządzący powstrzymają się od represji względem demonstrujących.

Z drugiej strony już we środę rano, poparcie dla dalszych protestów wyraziły pozostałe partie opozycji oraz wspierające do tej pory rząd ugrupowanie Kwitnąca Armenia (większość jego członków zagłosowało za kandydaturą Sarkisjana na premiera kraju). Liderem tej partii jest oligarcha Gagik Carukjan, który opowiedział się po stronie protestujących zaledwie kilkadziesiąt minut przed dymisją Sarkisjana, kiedy najpewniej wiedział już o rezygnacji szefa rządu. Poparcie ze strony Carkujana zostało jednak jak do tej pory negatywnie przyjęte przez uczestników protestów.

Podobnie niepewna pozostaje perspektywa potencjalnych ustępstw ze strony władz. Czym innym jest bowiem odsunięcie dotychczasowego lidera przy zachowaniu istniejących „reguł gry”, a czym innym możliwość szerzej zakrojonej wymiany elit i rewizji panującego systemu oligarchicznego. P.o. premiera Karapetjan dobitnie zresztą stwierdził, że planowane rozmowy z Paszinjanem zostały zerwane, gdyż lider opozycji miał nie dopuszczać jakichkolwiek negocjacji wokół formułowanych przez siebie żądań.

W pewnym sensie sytuacja wróciła więc do punktu wyjścia, w którym to wciąż trzeba brać pod uwagę najróżniejsze scenariusze. Niezależnie jednak od biegu dalszych wypadków można przypuszczać, że pat polityczny w Armenii nie zostanie szybko przezwyciężony. Przedłużająca się destabilizacja kraju będzie natomiast automatycznie prowokowała pytania o ryzyko ponownego „rozmrożenia” konfliktu o Górski Karabach (już w poprzednich dniach Azerbejdżan miał zresztą przesuwać swoje wojska, sprawdzając gotowość bojową Ormian). Powtórka z wojny czterodniowej z 2016 roku wcale nie musi być przesadzoną fikcją.

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY