Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Never make Balkans great again

Widmo megalomanii krąży nad Bałkanami. Wielkości zawsze towarzyszy strach: strach przed upadkiem oraz strach tych małych przed staniem się kurhanem, na którym wznoszone będą pomniki wielkości. Cyniczne gesty polityków wskazują kierunek, w którym popłyną rzeki krwi. Nie ma znaczenia, czy będzie to krew obywateli czy wrogów. Krew użyźnia ziemię, na której i tak nie wyrośnie nic oprócz pustej, narodowej dumy.

Chorwaci, Boszniacy i Albańczycy boją się Wielkiej Serbii. Serbowie i Macedończycy boją się wielkiej Albanii, a Grecy Wielkiej Macedonii. Wszystkie te pomysły na wielkość skutecznie paraliżują wzajemne relacje i dialog, nie tyle na poziomie politycznym, co społecznym. Politycy zawsze się dogadają. Oni wiedzą, że to tylko gra. Rok 2018 to czas szczególnie intensywny dla dialogu serbsko-kosowskiego i grecko-macedońskiego. Choć do osiągnięcia porozumienia w tym drugim przypadku jest wyjątkowo blisko to w dalszym ciągu znajdzie się wielu Greków, którzy wierzą, że ten mały kraj znad Wardaru zechce któregoś dnia naruszyć grecką integralność terytorialną. Wielu Macedończyków nie zamierza ulec greckim naciskom odzierającym ich z narodowej godności.

Twierdzenie, że czas wielkich ideologii przeminął, zdaje się dzisiaj być szyderczym echem niedalekiej przeszłości. Triumf nacjonalizmu nad postmodernizmem wydaje się faktem, szczególnie w obliczu bierności sił liberalno-demokratycznych (o ile w ogóle istnieją). Nie jest to jednak specyfika Bałkanów. Wystarczy śledzić wiadomości z Niemiec, Węgier, czy nawet bacznie obserwować to co się dzieje w Polsce.

Historia lat 90. uczy nas smutnej prawdy: możemy żyć koło siebie całe życie, ale to w niczym nie przeszkadza, żeby któregoś dnia zacząć się mordować.

Bałkańskie konflikty opisywane są przez pryzmat etniczności. Slavenka Drakulić w swojej książce “Oni nie skrzywdziliby nawet muchy” wspomina o przyjaźni między osadzonymi w haskim areszcie zbrodniarzami wojennymi. Dawni przeciwnicy, których dzieliły okopy i pasy kolczastych drutów nagle klepią się po ramieniu. Radovan Karadžić po spektakularnym samobójstwie Slobodana Praljaka płacze. Nazywa go przyjacielem. Serb, który posłał do masowych grobów tysiące nie-serbów, płacze nad śmiercią jednego Chorwata. Być może żaden z nich nigdy nie wierzył w supremację swojego narodu.

Jednak ten ponury nacjonalizm wciskali ludziom do gardeł, aż zaczęli się nim dławić, aż przeniknął głęboko do środka i nie pozwalał im żyć dopóki nie wyruszyli na swoją świętą wojnę. Serbscy i Albańscy gangsterzy piją razem rakiję i robią swoje. Zwykli ludzie nakarmieni dumą zapewniają im chaos, którego tak bardzo potrzebują. Zimą mieszkańcy Sarajewa i Prszitniny rąbią drzewa na opał. Miasta giną w smogu. Z domowych pieców leci siwy dym.

Teraz jest normalniej. W tym tygodniu podczas festiwalu kultury kosowskiej w Belgradzie doszło do utarczek między policją a akolitami wojennego zbrodniarza Vojislava Šešelja. Serbscy faszyści wyzywają serbski rząd od faszystów, którzy tłumią wolność słowa. W sumie wszyscy mają rację.

Kilka dni wcześniej w Kosowie obrzucono kamieniami serbską pielgrzymkę do jednego z monastyrów. 6 czerwca w wielu greckich miastach mają się odbyć manifestacje w obronie “greckiego charakteru” Macedonii. Nie tak dawno greccy nacjonaliści pobili burmistrza Thessalonik. Tymczasem w Sarajewie turecki prezydent Recep Erdogan urządza sobie wiec wyborczy. Tureckie flagi znów załopotały nad bośniacką stolicą.

Jedni boją się islamizacji, drudzy etnicznego nacjonalizmu. Wszyscy jednak są tak samo przekonani, że są “obrońcami”. Agresorem zawsze jest ten drugi. Każdy nosi w sobie powołanie do zaprowadzenia sprawiedliwości. Misję tę uświęcają swoimi przemowami politycy, a błogosławią jej duchowni. Wolnością słowa jest wzywanie do “oczyszczenia narodu”, z kolei wezwania do pojednania w oparciu o współistnienie różnych kultur, zostaje sprowadzone do “komunistyczno-unijnej propagandy”. W Polsce jest na to ładne określenie „pedagogika wstydu”. Jeszcze niedawno wezwanie w Macedonii do demokratyzacji i dialogu z Albańczykami oznaczało zakwalifikowanie do grona sorosoidów – nikczemnych agentów wpływu węgierskiego żyda, który nie śpi po nocach próbując unicestwić ducha narodów Europy.

Wardar szumi niepewnością

W obliczu fiaska rozmów serbsko-kosowskich, które jeszcze kilka miesięcy temu pozwalały mieć nadzieję, że porozumienie zostanie osiągnięte, ostatnim światełkiem w tym tunelu donikąd pozostaje dialog grecko-macedoński.

Macedonia jest krajem biednym, z wysokim bezrobociem. Sytuacje dodatkowo komplikuje antagonizm albańsko-macedoński (wewnętrznie) i grecko-macedoński (zewnętrznie). Po dekadzie panowania nacjonalistów z VMRO-DPMNE, po latach protestów opozycji i społeczeństwa, u sterów władzy znaleźli się ludzie gotowi poświęcić dumę. W zamian za dumę Macedonii obiecano normalność.

Integracja z Unią Europejską, a co za tym idzie potężne fundusze na rozwój państwa są silnym motorem zmian. Ostatnie badania pokazują, że rządzący socjaliści mają wysokie poparcie społeczne, ale wciąż czują na plecach oddech starej ekipy. Jedną z największych tragedii wszystkich naszych społeczeństw jest oczekiwanie na mesjasza. Macedońskim mesjaszem miał być Nikola Gruevski. Okazał się być megalomanem i zwykłym kryminalistą. Zoran Zaev nie jest politykiem bez skazy. Jak cała macedońska klasa polityczna ma swoje za uszami. Swoje ma również w kieszeniach.

Zasadniczym pytaniem jest jak długo Macedończycy wytrzymają. Słowa “jesteśmy coraz bliżej kompromisu” słychać od wielu miesięcy. Powtarzają je politycy, dziennikarze, eksperci. Bycie coraz bliżej nie jest dla Macedończyka atrakcyjne. Macedończyk stoi w miejscu i z coraz większym znudzeniem słucha zapowiedzi o rychłym kompromisie. Zoran Zaev ma jeszcze dwa lata do kolejnych wyborów. Macedończycy wyboru nie mają: albo nacjonaliści albo postkomuniści przefarbowani na euroentuzjastów. Na horyzoncie widać flagę Unii i NATO. Alternatywą jest powrót do izolacji.

Na razie jest jednak stabilnie. Macedończycy rozmontowują ślady Wielkiej Przeszłości, która została im darowana przez nacjonalistów. Przerośnięte pomniki i gmachy wybudowane zaledwie kilka lat temu miały być dowodem antycznych korzeni narodu macedońskiego. Macedończyk mógł zarabiać mniej niż 300 euro miesięcznie, ale to nic w obliczu bycia potomkiem Aleksandra. Macedończyk mógł być bezrobotny, ale dzięki temu miał więcej czasu na bronienie kraju przed Albańczykami. Nowa ekipa socjalistów “zdradza” Wielką Macedonię, nadając językowi albańskiemu status drugiego języka urzędowego. Macedończyk nie zna Albańskiego. Albańczyk zna macedoński bo musi, ale nigdy nie stanie się Macedończykiem. Dla Albańczyków tożsamość macedońska nie jest atrakcyjna. Jest o wiele bardziej niepewna niż tożsamość albańska, której istnienia nikt nie neguje.

Kolejne rządy Macedonii nie zrobiły nic, żeby Albańczycy poczuli się jak “u siebie”. Do dzisiaj wdrażane są postanowienie porozumienia ramowego z Ochrydu. Powiedzenie: “wracajcie do siebie” jest szczytem głupoty. Bałkany mają to do siebie, że tam każdy jest u siebie. 500 lat osmańskiego panowania, pod którym nie istniało pojęcie narodu zrobiło swoje. Wracanie do granic sprzed podboju osmańskiego i na ich podstawie wyznaczanie, który naród gdzie przynależy jest już zwykłym fetyszyzmem.

Największym wyzwaniem dla Macedonii jest jednak zmiana nazwy kraju. Po serii propozycji z cyklu Macedonia Północna, Wardarska, Górska, wreszcie zaproponowano coś, co pozwoli zachować namiastki dumy. Macedonia Ilindeńska. Nazwa odwołuje się do macedońskiego powstania z 1903 roku przeciwko Osmanom. Był to pierwszy zryw macedoński (choć de facto należałoby go nazwać macedońsko-bułgarskim). Powstanie miało swoje spektakularne momenty. Takie jak ogłoszenie Republiki Kruszewskiej, która przetrwała 10 dni. Dalej była już tylko klęska, która osłabiła macedoński ruch narodowowyzwoleńczy.

Nacjonaliści macedońscy chętnie odwołują się do powstania Ilindeńskiego. Całkowicie ignorują fakt, że Macedonia na początku XX wieku była areną wielu powstań, w tym albańskich. Właściwie od 1878 roku, od czasu powstania Ligi Prizreńskiej, tereny dzisiejszego Kosowa i zachodniej Macedonii, ze Skopje włącznie, były matecznikiem albańskiego ruchu narodowego. To sprawia, że Macedończyków boli głowa i mają nagłe napady historycznej amnezji.

Nacjonaliści często mówią, że były trzy powstania ilindeńskie: pierwsze to właściwie w 1903 roku, drugim była walka narodowowyzwoleńcza w ramach sił komunistycznych podczas drugiej wojny, a trzecim Ilindenem był konflikt macedońsko-albański w 2001 roku. Kwestia nowej nazwy państwa znajdzie swój finał w ogólnonarodowym referendum. Będzie to czas gorący zarówno nad Wardarem, jak i w sąsiedniej Grecji.

Kosowo nie jest serbskie, Macedonia nie jest grecka

Krym jest rosyjski. Białoruś jest rosyjska. Ukraina jest rosyjska. Alaska jest rosyjska. Cały świat jest rosyjski, oprócz Kosowa. Kosowo jest serbskie. Ten dowcip jest dosyć dobrą ilustracją braterstwa rosyjsko-serbskiego. Hasło powtarzane jak mantra, że Kosowo jest serbskie jest idealnym przykładem, że kłamstwo powtórzone wystarczającą ilość razy staje się prawdą. Dla serbskich nacjonalistów prawdą świętą.

Dla nacjonalistów najgorsza jest niepewność. Ich prosta wizja świata nie cierpi wątpliwości. Wątpliwości trzeba zakrzyczeć. Bezmyślnie, ale z przekonaniem. Kiedy krzyk już nie wystarcza, pojawią się hałas karabinów i bomb.

Macedonia Egejska, czyli ten kawałek historycznej Macedonii, który obecnie znajduje się w granicach Grecji jest de facto najmniej grecką częścią całego państwa. Do odrodzonej Grecji trafił dopiero w 1912 roku. W samych Thessalonikach znaczną część ludności stanowili Żydzi. Byli też Turcy i Słowianie. Greckość Macedonii rodziła się w bólach XX wieku, a u jej podstaw leżą dwie światowe wojny, masowe migracje i ludobójstwo. Grecy wiedzą, że ich historyczne prawo do Macedonii jest łatwo zakwestionować. Dlatego tak głośno krzyczą o swoim prawie do tej ziemi.

Kosowski prezydent Hashim Thaci pytano ostatnio o możliwość powstania Wielkiej Albanii, powiedział: wywołujecie wilka z lasu, a on może wreszcie się pojawić. Wielka Albania istniała krótko, w czasie drugiej wojny światowej jako faszystowski protektorat. Wielkość innych bałkańskich państw sięga dalekiej historii i ma efemeryczne przebłyski w pierwszej połowie XX wieku i krwawy finał na koniec stulecia.

Facebook Comments
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY