Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paulina Siegień

Rewizyta. Jak Kaliningrad radzi sobie z mundialem

W niepiłkarskich komentarzach o trwającym w Rosji mundialu dominuje analiza społecznych efektów. Zwłaszcza dla miast regionalnych, które nigdy w swojej historii nie organizowały imprezy masowej dla międzynarodowej publiczności. Przyjazd dziesiątków tysięcy kibiców ma zdaniem jednych zburzyć propagandowy obraz, którym telewizyjna zatruwa Rosjan. Albo pokazać światu, że Rosja nie jest wcale zła, że jest gościnna i serdeczna, jak twierdzą inni. Dla Kaliningradu, miasta niewątpliwie prowincjonalnego, efekt będzie inny – głębszy, bo dotknie kolektywnego „ego” miasta.

W przededniu pierwszego meczu Facebookowe profile mieszkańców Kaliningradu zapełniły się zdjęciami nigeryjskich i chorwackich kibiców. Jak siedzą w restauracyjnym ogródku na pl. Pobiedy, jak stoją w kolejce do McDonaldsa, jak piją piwo w strefie kibica na tle Domu Sowietów. Ktoś pisze w swoim poście, że oni mówią, że jest fajnie, a kto inny, że obsługa hoteli w Kaliningradzie nie mówi po angielsku.

Pojawiają się jeszcze zdjęcia ludzi, którzy przyjechali do Kaliningradu z Nowej Zelandii, Australii, USA, Niemiec. Tydzień później mieszkańcy Kaliningradu robili zdjęcia Serbów i Szwajcarów, tych pierwszych także jak płaczą po przegranym meczu. Hiszpanie nie byli zbyt liczni w porównaniu z Marokańczykami. Ci ostatni nie przestawali śpiewać, więc Kaliningrad przestał robić zdjęcia, zaczął nagrywać. Marokańscy kibice, którzy przeważali nad hiszpańskimi, świętowali remis hucznie, nawet jeśli powtarzali cały czas, że ostatni hiszpański gol został uznany niesprawiedliwie. 28 czerwca już ostatnia edycja wielkiego kaliningradzkiego święta i zarazem najbardziej niepokojąca. Zmierzą się drużyny Anglii i Belgii. Kaliningrad zmierzy się z angielskim kibicami.

Ile łącznie? Według szacunków władz obwodu kaliningradzkiego, do Kaliningradu w czasie mundialu przyjedzie od 250 do 400 tys. kibiców – w Kaliningradzie wg danych za 2012 mieszka 437 tysięcy ludzi. Na cztery mecze fazy grupowej, które zostaną tu rozegrane, 91 tysięcy biletów sprzedano obcokrajowcom. Pierwszy mecz odbył się 16 czerwca, zagrały Nigeria z Chorwacją. Potem niespełna tygodniowa przerwa i mundial w Kaliningradzie nabierze tempa, atmosfera się zagęści. W piątek 22 czerwca zmierzyły się reprezentacje Serbii i Szwajcarii, w poniedziałek 25 – Hiszpanii i Maroka. Na koniec kaliningradzki headliner, czyli mecz Anglia-Belgia, 28 czerwca.

Region inny niż wszystkie

Obwód kaliningradzki to dziwny region Rosji. Enklawa albo eksklawa zależy, kto patrzy i z której strony. To skupisko przesiedleńców, ich potomków, którzy lubią określać się mianem „rdzenni kaliningradczycy”, migrantów doby postsowieckiej, którzy sami w którymś tam pokoleniu też byli przesiedleńcami. Może to nawet trochę nieładnie, ale chciałoby się powiedzieć, że mobilność mają we krwi, ale tak naprawdę mobilność zawdzięczają mapie. Do Gdańska – 150 kilometrów, do Wilna – 350, do Warszawy – 400, do Berlina – 600 km. Z Kaliningradu do Petersburga – 1000 km, do Moskwy – 1200 km.

Paszporty posiada ok. 30 procent Rosjan. Reszta – albo nigdy nie była, albo od dawna nie jeździ za granicę. Kaliningrad na tym tle prezentuje się jak lustrzane odbicie reszty kraju, odbicie w krzywym zwierciadle. Tutaj około 70 procent mieszkańców ma paszport, a większość ma w tym paszporcie ważną wizę Schengen.

Na przykład taka Tatiana, która mieszka koło Dworca Południowego. Właściwie nie wiem, czy jest kraj w Europie, gdzie nie była. Albo Siergiej – ten był na wszystkich kontynentach, chociaż nie pamiętam już teraz, czy był w Australii. Chyba był, a jak nie, to na pewno jeszcze będzie. Julia z mężem – wrócili niedawno z Kostaryki, Julii podobało się tam bardziej niż w Wietnamie.

Jest wieczór, w jednym z kaliningradzkich pubów, opowiadam o swoich wycieczkach do Jekterynburga i Nowosybirska. Kaliningradzcy znajomi proszą, by pokazać zdjęcia. Z autentycznym zaciekawieniem oglądają kadry z placem 1905 roku i Krasnym Prospektem. Nigdy tam nie byli.

Kaliningradczycy to ludzie światowi, tak siebie postrzegają. W swoich zagranicznych podróżach na pytanie, skąd są, raczej odpowiedzą, że z Kaliningradu, rzadziej, że z Rosji. Bo obwód kaliningradzki to, owszem, Rosja, ale inna, specyficzna, w środku Europy. Co z tego, że inni Rosjanie, np. z Syberii uważają, że Kaliningrad zadziera nosa, że kaliningradczycy to obrzydliwe snoby, co z tego, że dla Moskwy i tak są zapadłą prowincją. Do granicy Unii Europejskiej z Kaliningradu jest 30 kilometrów, lodówki kaliningradczyków wypełnione są polskimi serami i litewskim piwem, samolotami latają z gdańskiego lotniska. Uważają, że są Europejczykami.

Dlatego przestraszyli się mundialu. Nadszedł w końcu moment historyczny. Jak ktoś to zgrabnie ujął: „Tylu obcokrajowców ostatni raz było w tym miejscu w czasie wojny”. Zatem po raz pierwszy w najnowszej historii miasta o spornej nazwie następuje…

Rewizyta

Kaliningradzki autostereotyp właśnie konfrontuje się z rzeczywistością – ze spojrzeniem z zewnątrz, zwłaszcza ze spojrzeniem tych Europejczyków, do których mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego tak chętnie jeżdżą.

W ciągu niespełna 30 minionych lat, po tym, jak skutkiem ubocznym rozpadu Związku Radzieckiego stał się oderwany od Rosji region, wciśnięty między Polskę i Litwę, koncepcji tego, czym obwód kaliningradzki powinien być, powstało wiele i wiele odeszło do lamusa.

Kaliningrad miał być np. Hong-Kongiem, dzięki specjalnej strefie ekonomicznej miał się bogacić i rozwijać. Miał być zachodnią bramą Rosji, miał być pilotażowym regionem współpracy Unii Europejskiej i Federacji Rosyjskiej. Ostatnio stał się koncepcyjnie przedmurzem prawosławia w Europie, forpocztą ruskiego miru, w końcu rosyjskim lotniskowcem w NATO.

Czym Kaliningrad jest dzisiaj? Jaką twarz Kaliningrad, stolica zmilitaryzowanego regionu, który przez kilkadziesiąt powojennych lat był niedostępny dla obcokrajowców, pokaże kibicom mundialu?

Protokół albo follow the red line

Przygotowania do mundialu w Kaliningradzie trwały nadspodziewanie krótko. Od czasu ogłoszenia gospodarza mistrzostw i poszczególnych miast-gospodarzy czas mijał leniwie, żadne poważne zmiany w mieście nie następowały. Przełom nastąpił w tamtym roku, miasto zaczęło się zmieniać nagle, przynajmniej podług protokołu.

Trasa protokolarna (протокольный маршрут) – tak nazywa się droga, którą wedle założenia organizatorów będą pokonywać kibice, którzy przybędą do Kaliningradu. Prowadzi między głównymi obiektami infrastruktury: od Dworca Południowego, wzdłuż prospektu Lenina na plac Centralny, gdzie w cieniu niszczejącego Domu Sowietów zorganizowano strefę kibica, stamtąd odbija na Kaliningrad Stadium (tak oficjalnie nazywa się nowa arena) w jedną stronę albo prowadzi dalej do centrum miasta. Od kilku miesięcy wzdłuż tej czerwonej linii mieszkańców cieszą nowy asfalt, ławki, kosze na śmieci i wiaty przystankowe.

Dzięki mundialowi pojawiła się w Kaliningradzie także zupełnie nowa infrastruktura – zjazdy z mostów na wyspę Lomse, na której powstał nowy stadion (o nim jeszcze powiemy), fragment od wielu lat planowanej Wschodniej Estakady, która na razie, co prawda, prowadzi „znikąd donikąd” – jak ujął to kaliningradzki dziennikarz Aleksiej Miłowanow. Obecnie jej funkcja to wyprowadzenie ruchu z wyspy stadionowej do Prospektu Moskiewskiego. Z punktu widzenia codziennego życia w mieście nie jest to trasa zbyt uczęszczana, ale fakt jest faktem, została zbudowana.

– Mundial dla Kaliningradu to przede wszystkim sposób na wydanie środków, które na projekty infrastrukturalne daje Moskwa, z zachowaniem konkretnych, ustalonych przez Moskwę terminów – mówi Aleksiej Miłowanow. – Bo jak pokazuje praktyka, jeśli nie mamy w Kaliningradzie konkretnego deadline’u, to możemy budować nie tyle latami, ile dekadami. Tak zwana Druga Estakada była budowana przez 40 lat, dłużej niż ja żyję na tym świecie. Więc uważam, że kiedy podejmowano decyzję o tym, że Kaliningrad będzie jednym z miast gospodarzy, podejmowano ją właśnie z uwzględnieniem tej sytuacji. Moskwa musi wydawać pieniądze, które najpierw zbiera z regionów dzięki naszemu wspaniałemu systemowi podatkowej supercentralizacji. I asygnuje je na różne projekty infrastrukturalne w regionach. Bez wyznaczenia nieprzekraczalnego terminu te pieniądze mogłyby utknąć w regionach na wiele lat.

Aleksiej jest daleki od piłkarskiej euforii, a wobec inwestycji, mimo że zrealizowanych w terminie zachowuje sporą dozę sceptycyzmu. Nie planuje brać udziału w „piłkarskim święcie”, które nawiedza Kaliningrad. – Chyba jestem jedyną osobą w tym mieście, która nie zarabia na mundialu – mówi. I dodaje, że w dni meczów wybierze się w jakieś ustronne miejsce, z dala od tłumu.

Lepiej niż było, ale…

Miłośnikiem futbolu jest za to inny kaliningradzki dziennikarz, Denis Tugołukow, redaktor naczelny portalu New Kaliningrad.

– Dla Kaliningradu przyjmowanie meczy Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej to wielki sukces – mówi Denis. – W Rosji wszystko działa tak, że jakikolwiek ruch ma miejsce w stolicy, w Petersburgu, no może jeszcze w Kazaniu. A inne regiony – to daleka prowincja i zapadła dziura. I Kaliningrad, jakby nie patrzeć i jak bardzo byśmy tutaj sami siebie nie pozycjonowali jako centrum Europy, to też prowincja. Ostatni taki prezent od federalnego centrum dostaliśmy w 2005 roku, z okazji jubileuszu 750-lecia miasta. Wtedy też pieniądze z Moskwy popłynęły szerokim strumieniem, miasto bardzo się zmieniło. Mundial dla Kaliningradu to taki sam kop w tyłek jak wtedy jubileusz. Pewnie, że kiedy rozglądasz się na boki to widać, że wyremontowano tylko główne trasy, że wszystko to robi się bardzo szybko i być może długo ten remont nie przetrwa, ale tak czy siak, miasto zostało doprowadzone do ładu.

W ciągu kilku dniu przed pierwszym mundialowym meczem w Kaliningradzie najczęściej można usłyszeć właśnie tę frazę: „Doprowadzono miasto do ładu”. Mówią to taksówkarze, obsługa restauracji, moi znajomi.

Potem pojawia się dyskretna krytyka: „Wszystko robione na chybcika, na ostatnią chwilę”. Rozwijane są wcale nie żartobliwe koncepcje: „Remonty zaczęli robić pół roku temu, żeby wytrzymały mundial, potem wszystko zacznie się sypać. W tym sensie to bardzo racjonalne, że tak długo zwlekali”. W rozmowach o mundialu, przygotowaniach i Kaliningradzie padają mniej lub bardziej wyrafinowane metafory: „Rosja nie potrafi już nawet zbudować potiomkinowskiej wioski”, „wystarczy odejść trochę dalej od głównych ulic, a zaczyna się „ruskij mir””, „desperacka próba przykrycia gołej d***”. W końcu następuje konsensus, który brzmi: „Oczywiście, że jest lepiej niż było, ale…”. Kaliningrad najwyraźniej nie wierzy w siebie.

Miejska aktywistka Anna Alimpijewa już widzi to, co się sypie. Od ubytków w nowo położonej kostce brukowej, przez niezbyt estetyczne słupy latarniane, po uschnięte drzewa. Te ostatnie, najwyraźniej sadzone w upał rzadkim szpalerkiem przy pieszej trasie prowadzącej na stadion już przed pierwszym meczem prezentowały się żałośnie.

W końcu istotę problemu dobitnie wyraża Witalij Gut, biznesmen, który od wielu lat wynajmuje mieszkania na doby i mimo dramatycznego wręcz braku miejsc noclegowych w Kaliningradzie, nie uważa, że mundial przyniesie jego biznesowi szczególny profit.

– Oczywiście, nie można być zbytnim pesymistą – rozważa Witalij. – Są w tym wszystkim pozytywy, ale wyobraźmy sobie, że zapraszam gościa do domu, jeden pokój jest odnowiony i wysprzątany, a w pozostałych jest brud i bałagan. To podobna sytuacja wystarczy zboczyć z głównej trasy, wejść na podwórka, by zobaczyć dziurawe drogi i chodniki, stare fasady. Jakoś tak wstyd się robi, że nie żyjemy tak, jakbyśmy chcieli pokazać, że żyjemy.

Ten jeden wysprzątany pokój, o którym mówi Witalij, to na pewno Prospekt Lenina, na odcinku od Domu Sowietów do pl. Zwycięstwa. To, co się tam wydarzyło, można opisać tylko jednym słowem – magia. Chruszczowki, budowane w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wzdłuż tej głównej i reprezentacyjnej dla Kaliningradu ulicy przeistoczyły się w ciągu minionego roku w cudowny sposób w… coś innego. W to, co w Kaliningradzie określa się często zbitką słowną „Staryj Kienigsbierg”, a stary Koenigsberg to nie tyle jakiś przedwojenny, przedkaliningradzki Królewiec, ale obecne, rosyjskie o nim wyobrażenie. Styl, który ostatecznie ochrzczono mianem kaliningradzkiego baroku, najbliższy jest retrowersji – znanej z polskich miast, choćby sąsiedzkiego dla Kaliningradu Elbląga. Kiedy pytam kaliningradczyków, jak im się podoba nowa twarz Prospektu Lenina, powtarzają swoje: „Oczywiście, że lepiej niż było, ale…”. Akurat w tym przypadku brzmi to jednak bardziej stanowczo, z akcentem na lepiej i wyciszonym „ale”.

fot. Siergiej Ryżow ©

Witalij Gut martwi się także o biznesowy aspekt turnieju. Ma słuszne obawy, że wobec dalece niewystarczającej liczby miejsc noclegowych, kibice będą zdani na mniej lub bardziej uczciwych miejscowych mieszkańców. Serwisy pośredniczące w wynajmie noclegu zapełniły się prywatnymi mieszkaniami. Mundial to jednorazowa okazja, żeby zarobić. Nie zawsze uczciwie.

Kaliningradczycy nie chcieli uwierzyć, że grupie kibiców wynajęto pokój w starych pruskich koszarach. Łazienka i toaleta na korytarzu, wspólne dla całego piętra, prezentowały się tragicznie, ale miejscowi mówią, że to nie prawda, że to nie możliwe, że to próba dyskredytacji Kaliningradu i całej Rosji. Fejk. Wielkościowy obraz siebie nie pozwala przyjąć do wiadomości, że jacyś obcokrajowcy wyjadą z takim właśnie obrazem Kaliningradu.

– Z punktu widzenia mojego biznesu rezultat poznamy dopiero potem, po mundialu podkreśla Witalij. – Zobaczymy, czy dzisiejsi kibice wrócą jako turyści. Teraz mamy do czynienia z jednorazowym wzrostem popytu, a ja uważam, że dla biznesu od takich nagłych skoków lepszy jest stabilny wzrost.

Kaliningrad-Kienigsbierg, stare i nowe

Kaliningradzka artystka Olga Dmitriewa, która z pasją oprowadza chętnych po niewidzialnych, przedwojennych ulicach wyspy Knipawy – tej, na której wznosi się królewiecka katedra z mogiłą Immanuela Kanta – sądzi, że ci kibice, którzy posiadają choć pobieżną wiedzę o historii miasta, mogą przerazić się tym, co zobaczą. Koenigsbergu, mimo pseudohanzeatyckich fasad budynków na Leninina nie ma i wybór miejsca na strefę kibica dobitnie to podkreśla. Plac Centralny to pusta przestrzeń przed Domem Sowietów. Trudno o tym monumentalnym budynku powiedzieć, że stoi opuszczony, bo nigdy nie było w niż życia. Zanim został ukończony, przestał być potrzebny.

Przez niespełna 30 lat od upadku ZSRR, kolejne władze miasta nie miały pomysłu, jak rozwiązać problem tego „dołgostroja”. Z okazji piłkarskich mistrzostw zaczepiono na nim banery, jednak zbyt mało, by pokryć gigantyczną bryłę z powybijanymi oknami. Dla wielu kaliningradczyków to symbol upadku i nie wszyscy rozumieją, dlaczego to wokół tego symbolu mają bawić się kibice. Chociaż są i tacy, którzy go kochają i sami biorą go na sztandary.

Na tym samym placu, na którym stoi Dom Sowietów sterczą ruiny – fundamenty królewieckiego zamku. Jeszcze dwa lata temu jego odbudowa wydawała się bardzo realna, poprzedni gubernator zapowiadał, że do mundialu gotowe będzie zachodnie skrzydło. Nowy gubernator Anton Alichanow rozwiał te nadzieje. Zamku nie będzie, dopóki on jest bramkarzem zachodniej bramy Rosji.

Kibice, którzy odwiedzą miasta, raczej niewiele zdążą z tego zrozumieć. Być może, kiedy spojrzą w strefie kibica na brudnoniebieski Dom Sowietów, a potem ich wzrok przeniesie się na mundialowe billboardy, gdzie z już symbolem miasta jest knipawska katedra, poczują symboliczną konfuzję. To przemieszanie symboli to dzisiaj istota Kaliningradu-Koenigsberga.

W całym zamieszaniu najbardziej oczywista staje się synagoga. To pierwsza i z dużym prawdopodobieństwem ostatnia rekonstrukcja przedwojennego budynku, możliwie wierna jego historycznemu kształtowi. Wspólnota żydowska Kaliningradu pokazała klasę. Kibice synagogi nie mogą nie zauważyć – budynek leży na trasie protokolarnej na wyspie Oktiabrskij, czyli Lomse, tej samej, na której wzniesiono Kaliningrad Stadium.

Protokół nie prowadzi kibiców tam, gdzie kryją się prawdziwe skarby, dalej od placu Zwycięstwa wzdłuż Prospektu Mira do willowej dzielnicy Amalienau, gdzie ostało się najwięcej przedwojennej architektury i sporo z układu urbanistycznego Królewca. Przy Prospekcie Mira znajduje się dotychczasowa piłkarska stolica miasta i regionu. Stadion lokalnego klubu „Bałtika”. Kibice Bałtiki też przygotowywali się do mundialu, przynajmniej niektórzy. Na murach i ścianach w całym mieście pojawiły się odbite z szablonów błękitne godła klubu. Być może to desperacka próba zaznaczenia swojej obecności przez kibiców Bałtiki, która gra w drugiej lidze i nie zbiera zbyt wielu fanów na stadionie.

Piłkarski Kaliningrad czeka tylko na Serbów

Nikita Zacharow, który kibicuje Bałtice od 10 roku życia, ma nadzieję, że sytuacja klubu zmieni się dzięki mundialowi. Klub w spadku po turnieju dostanie nowy stadion. Teraz gra na starym, przedwojennym stadionie, który w wyniku wojennej zawieruchy, paktów pokojowych i rozpadu ZSRR stał się najstarszym stadionem Rosji.

– To najstarszy stadion w Federacji Rosyjskiej – mówi Siergiej Kandałow, rzecznik prasowy klubu Bałtika. A ten, który powstał na wyspie to najnowszy stadion. Oficjalne otwarcie odbyło się 12 maja, już po tym, jak otwarto inne budowane na mundial stadiony. Przerzucono w ten sposób taki historyczny most, tutaj najstarszy, tam najnowszy, a dzieli je tylko pięć kilometrów. Koniecznie trzeba o tym napisać – podkreśla.

Siedząc z Nikitą i Siergiejem w biurze klubu Bałtika, dowiaduję się jeszcze, że kaliningradzkie mecze ich nie interesują. Siergiej tłumaczy, że kibicować to jedno, a oglądać futbol to drugie. Kibice aktywnie kibicują, a kibicować można tylko swojej drużynie. Dlatego kibicować będą ci, którzy pojadą na mecze rosyjskiej reprezentacji do innych miast. W Kaliningradzie wyjątek można zrobić tylko dla braci Serbów, oni są swoi.

Siergiej Kandałow prosi jeszcze na koniec, żeby napisać, że kaliningradzcy kibice będą trzymać kciuki za wszystkich Słowian – Polaków, Chorwatów i Serbów.

W Kaliningradzie ultrasów Bałtiki jest mniej więcej tylu, co separatystów, czyli żadnego. Kiedy rozpytuję znajomych, ci machają ręką: „Co to za ultrasi, nigdy się z nikim nie bili, mogą co najwyżej piwa wypić”. Rzeczywiście, kiedy próbowałam porozmawiać z pewnym legendarnym fanem Bałtiki, musiałam zrezygnować. Na umówione spotkanie, o godz. 13, przyszedł pijany w sztok.

Mimo to, rosyjskie służby prowadziły profilaktyczne rozmowy z kibicami. Bo w Kaliningradzie z największą obawą czeka się na Anglików. Nie chodzi tylko o regularną bitwę między angielskimi i rosyjskimi kibicami w Marsylii sprzed dwóch lat, nie chodzi nawet o sprawę Siergieja Skripala.

Kaliningrad ma z Anglią inne rachunki do wyrównania. Po losowaniu grup w grudniu 2017, kiedy okazało się, że reprezentacja Anglii zagra w Kaliningradzie, w brytyjskich tabloidach wyszło kilka, delikatnie mówiąc, niepochlebnych artykułów o mieście. Że szaro, że brzydko, że czarna dziura, raj przemytników, generalnie – miasto upadłe. Może gdyby to był inny kraj i inna prasa, to kaliningradczycy znieśliby tę obrazę z godnością, ale w tym przypadku zadra pozostaje.

Kiedy przemierzam nabrzeże wzdłuż wioski rybnej (nieco starszego od hanzeatyckich chruszczowek na Prospekcie Lenina architektonicznego symulakrum), słyszę jak ktoś po angielsku, z silnym rosyjskim akcentem tłumaczy swojemu towarzyszowi-kibicowi, pokazując ręką na pustą przestrzeń Knipawy: „Te budynki zostały zniszczone przez naloty brytyjskie w 1944 roku”. Sama słyszałam to setki razy, bo wedle lokalnej wersji historii, Kaliningrad jest szary i sowiecki przez Anglików.

Stary stadion Bałtiki, który pokazuje mi Nikita Zacharow, nie wygląda szczególnie zabytkowo. Przez postsowieckie lata podupadał klub, a stadion razem z nim. W latach 90-tych rozmontowano nawet jedną z trybun, bo przeszkadzała działaniu giełdy samochodowej. Po rozpadzie ZSRR w całej Rosji stadiony przekształciły się z obiektów sportowych w handlowe i Kaliningradu nie ominął ten los. Zresztą brzmi to znajomo, przynajmniej dla warszawiaków.

Powiew historii czuć jedynie przed główną bramą. Niedługo stadion Bałtiki ma stać się siedzibą „Akademii Futbolu”, piłkarskiej szkółki dla młodych talentów. Piłkarze i kibice przeniosą się na Kaliningrad Stadium.

Wokół budowy nowej kaliningradzkiej areny wybuchło kilka skandali. Wszystko zaczęło się od wyboru miejsca, bo miejska legenda mówi, że na wyspie Oktiabrskij, którą wielu mieszkańców Kaliningradu nazywa jej wdzięczną przedwojenną nazwą Lomse, „nawet Niemcy nigdy nie budowali”. Wyspa jest podmokła, jeszcze rok temu to było właściwie bagno. Pod budowę stadionu latami wożono piasek, zabijano betonowe pale w ziemię.

Przygotowanie gruntu przedłużało się, budowa bryły nie mogła ruszyć z miejsca, interweniowało ministerstwo sportu, które zagroziło Kaliningradowi odebraniem organizacji meczów. W międzyczasie zbankrutował główny wykonawca, omskie konsorcjum budowlane „Mostowik”, które budowało obiekty dla olimpiady zimowej w Soczi. Czas leciał, sytuacja była nerwowa, mieszkańcy zaczęli wątpić, że stadion w ogóle powstanie.

– Wszystko budowano na ostatnią chwilę, budowa stadionu zaczęła się jako ostatnia w kraju – wspomina Denis Tugołukow z New Kaliningrad. – To w ogóle cud, że go zbudowano. Szczerze mówiąc, kiedy budowa się zaczynała, ja sam nie wierzyłem, że zdążą…

W końcu wybrano nowego wykonawcę, który zaproponował uproszczony projekt. Budowa ruszyła z kopyta, bryła pięła się do góry zaledwie kilka miesięcy. Kolejne miesiące zajęło porządkowanie terenu, jeszcze jesienią minionego roku wokół stadionu niezależnie od pogody stały ogromne kałuże.

Kolejny skandal wybuchł na chwilę przed otwarciem. W Moskwie zatrzymano dwóch biznesmenów, braci Mogamiedow. Ich firma zajmowała się dostarczaniem piasku na budowę stadionu. Okazało się, że surowiec, który dostarczyli, nie odpowiadał normom – w piasku było zbyt dużo gliny.

Dlatego wciąż, powtarzając historię o tym, że nawet Niemcy tam nie budowali, mieszkańcy mówią, że prędzej czy później stadion zapadnie się pod ziemię.

Siergiej Kandałow z klubu Bałtika prosi, by nie wierzyć w plotki.

– Od ludzi, którzy budowali stadion wiem, że grunt został tak umocniony, wbito tyle betonowych pali, że nawet jeśli ta wyspa gdzieś nagle odpłynie, to stadion popłynie razem z nią.

Dzień próby

W końcu nastał dzień próby. W piątek 16 czerwca w Kaliningradzie odbył się pierwszy mecz. Chorwacja wygrała z Nigerią. Stadion Kaliningrad nie utonął, a może jednak utonął – w morzu biało-czerwonej chorwackiej szachownicy. Przyjechali nie tylko Nigeryjczycy i Chorwaci, którzy pili piwo, śpiewali, tańczyli i ku uciesze miejscowych rozwinęli na pl. Zwycięstwa stumetrową flagę. Przyjechali także inni, ludzie z całego świata, ze wszystkich kontynentów. W centrum miasta, w barach i restauracjach, w strefie kibica słychać mieszankę języków. Facebookowe profile kaliningradczyków zapełniają się coraz szybciej zdjęciami i filmami. Lokalne media ledwo nadążają za tym, co się dzieje. Wszyscy chcą wiedzieć jedno: „Jak wypadliśmy? Czy im się podoba?”

Może nie wszystko im się podoba, organizacja nie jest perfekcyjna, są wpadki, takie jak brak transportu publicznego po meczu, ale piłkarskie emocje i radość kibicowania są ważniejsze niż organizacyjne braki. Jeśli coś dało kibicom w kość, to problemy w porozumiewaniu się po angielsku. Kiedy kelnerka w restauracji w Rosji na widok obcokrajowca mówi: „Przepraszam, ale angielskiego uczyłam się w szkole”, to trzeba wiedzieć, że to idiom. Oznacza, że angielskiego nie zna w ogóle.

Na następne mecze napływają kolejne fale kibiców. Są głośni, dużo się śmieją, gestykulują rozemocjonowani. Wytwarzają przestrzeń dawno niewidzianej wolności, organizują to, co w Rosji nazywa się niesankcjonowaną demonstracją. A mimo to, nikt nie jest karany. Policjanci co najwyżej zwracają uwagę, że nie można palić w miejscach do tego niewyznaczonych. Mówią: „Dzień dobry. Przepraszam, ale tu nie można palić, tam jest kosz na śmieci, przy nim można”. Kibic odpowiada: „Dziękuję”. Policjant rzuca na koniec: „Proszę”. A potem kibice fotografują się z policjantami, którzy nie oponują, grzecznie uśmiechają się do zdjęcia. Nic się nie dzieje, świat się nie wali. Odrobina chaosu i anarchii nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

„To inny kraj!!!”, mówi mi zafascynowana niesubordynowanym tłumem znajoma.

W tym tłumie w centrum miasta, w strefie kibica, na stadionie w czasie meczu cały czas słyszę wokół siebie polski. Przyjechała rodzina z Łodzi, grupa znajomych z Warszawy, kibic Arki Gdynia. Pytam, jak wam się podoba miasto: „Super! Bardzo fajnie. I świetni ludzie” – odpowiadają. Mały ruch graniczny nie zdołał odczarować dla Polaków Kaliningradu, odczarowała go dopiero piłka nożna. Julia Dunaj, która mieszka w Kaliningradzie, ale doktorat z socjologii robi w Polsce, obserwuje z uwagą i mówi: „Kaliningrad właśnie żegna się z mitem o zamkniętym regionie”.

Nie mam złudzeń, że mundial dogłębnie zmieni Rosję, że pozostawi po sobie trwały efekt, inny niż państwowa propaganda sukcesu. A jednak w Kaliningradzie coś drgnęło.

Jeśli wciąż niektórzy nazywają Kaliningrad reliktem zimnej wojny, to właśnie opada żelazna kurtyna. Przekonamy się, czy na trwałe.

Facebook Comments

***

Artykuł powstał w ramach projektu „Rosyjskie społeczeństwo obywatelskie piórem dziennikarzy.” dzięki wsparciu Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia przyznanemu w drodze VII Otwartego Konkursu.

Wszystkie zdjęcia, jeśli nie wskazano inaczej, autorstwa Pauliny Siegień ©.
Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka

Etnografka, filolożka, tłumaczka, absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim, doktorantka na Wydziale Filologicznym UG. Dla Gazety Wyborczej Trójmiasto pisze o obwodzie kaliningradzkim. Dzieli życie między Gdańsk, Kaliningrad i dziesiątki innych miejsc w Europie Środkowej i Wschodniej. Miłośniczka dziejów Hanzy, Morza Bałtyckiego, polityki i literatury.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY