Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Całus

Granice bezkarności

Zwycięstwo w wyborach na mera Kiszyniowa odniesione przez Andreia Nastase, a następnie uznanie ich za nieważne przez mołdawskie sądy może doprowadzić do politycznego wstrząsu. Groźba utraty ważnego stanowiska na rzecz opozycji doprowadziła do przekroczenia granicy bezkarności przez ekipę rządzącą w Mołdawii.

19 czerwca, po kilkugodzinnej, późnowieczornej naradzie, Sąd Rejonowy w Kiszyniowie uznał przedterminowe wybory na mera mołdawskiej stolicy za nieważne. W rezultacie, Andrei Nastase, wspólny kandydat proeuropejskiej, antysystemowej opozycji, został pozbawiony możliwości objęcia urzędu, na który na przełomie maja i czerwca wybrało go niemal 53% mieszkańców miasta.

W rzeczywistości decyzję o anulowaniu wyników wyborów podjęli nie sędziowie, a Vlad Plahotniuc. Ten miliarder i oligarcha w ciągu ostatnich trzech lat podporządkował sobie rząd, większość parlamentarną i cały aparat administracyjny i sądowniczy stając się tym samym najpotężniejszym człowiekiem w Mołdawii. Nastase, który jako kandydat zjednoczonej opozycji rzucił wyzwanie oligarchicznemu establishmentowi już w pierwszej turze pokonał Silvię Radu, formalnie niezależną kandydatkę reprezentującą w istocie interesy Plahotniuca.

W drugiej turze zwycięsko zmierzył się z Ionem Cebanem, ubiegającym się o stanowisko mera z ramienia prorosyjskiej Partii Socjalistów, z której wywodzi się także obecny prezydent Igor Dodon. Oligarcha nie mógł zaakceptować wygranej Nastasego nie ze względu na stanowisko, które miał objąć, ale z dużo ważniejszych przyczyn. Wynik wyborów stanowił bowiem zagrożenie dla samych fundamentów władzy Vlada Plahotniuca.

Przejść czerwoną linię

Unieważnienie wyników wyborów powszechnych na istotne stanowisko publiczne było niezwykle radykalnym krokiem ze strony Plahotniuca. W niedługiej, niespełna trzydziestoletniej historii niepodległej Mołdawii na tego typu działanie nie poważył się jeszcze nikt, wliczając w to rządzących niepodzielnie krajem przez niemal całą pierwszą dekadę XXI wieku komunistów.

I to mimo tego, że tę kierowaną przez prezydenta Vladimira Voronina partię trudno było uznać za wzór szanującego standardy demokratyczne ugrupowania. Choć naginanie prawa, wykorzystywanie instytucji państwowych dla ochrony interesów biznesowych członków aparatu partyjnego, korupcja, nepotyzm czy uwłaszczanie się na majątku państwowym zdarzało się wówczas relatywnie często, to rezultaty wyborów były mimo wszystko szanowane.

Gdy w 2007 roku fotel mera Kiszyniowa zajął polityczny przeciwnik komunistów, reprezentujący prorumuńską prawicę Dorin Chirtoacă, Voronin nie zdecydował się wykorzystać praktycznie nieograniczonej kontroli nad aparatem administracyjnym i sądownictwem dla pozbycia się niewygodnego konkurenta z eksponowanego stanowiska.

Warto też przypomnieć, że zaledwie dwa lata później, w 2009 roku, komuniści uznali swoją wyborczą porażkę i bez większego oporu oddali całą władzę zwycięskiej, proeuropejskiej opozycji. Plahotniuc jednak nie zawahał się przekroczyć tej cienkiej, czerwonej linii, choć zapewne miał świadomość ryzyka, jakie musi za sobą pociągnąć nieuznanie wyniku demokratycznych wyborów. Wydaje się, że za decyzją oligarchy stało co najmniej kilka powodów. Przed ich omówieniem warto jednak przyjrzeć się temu, czego obóz rządzący oczekiwał od niedawnego głosowania.

Plan (prawie) doskonały

Przedterminowe wybory lokalne w Kiszyniowie, które były wynikiem aresztowania i rezygnacji dotychczasowego mera Dorina Chirtoaki, oskarżonego o korupcję i płatną protekcję, miały w zamyśle Plahtoniuca wzmocnić pozycję jego ugrupowania przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi, zaplanowanymi na koniec bieżącego roku.

Plahotniuc od dłuższego czasu zmaga się z ogromnym problemem wizerunkowym. Ten polityk i biznesmen powszechnie kojarzony jest z korupcją oraz zorganizowaną przestępczością. Zarzuca się mu także udział w kradzieży 1 mld USD z mołdawskiego sektora bankowego i oskarża o uczynienie z Mołdawii tzw. „państwa zawłaszczonego”. Zaufanie do niego oscyluje wokół 3-4%, a kontrolowana przez niego Partia Demokratyczna (PDM) ledwie przekracza 6-cio procentowy próg wyborczy.

Oligarcha był przekonany, że połączenie jego ogromnych zasobów finansowych oraz potężnego zaplecza medialnego, wspartego pomocą oraz radą drogich i doświadczonych specjalistów ds. wizerunku, umożliwi mu wypromowanie na stanowisko mera Kiszyniowa swojej reprezentantki, Silvii Radu.

Ta była managerka jednej z kluczowych spółek energetycznych w kraju formalnie startowała jako kandydatka niezależna. Chodziło bowiem o to, by na jej popularności nie położył się cieniem antyrating obozu rządowego i samego Plahotniuca. Nikt nie spodziewał się, że Radu od razu zdobędzie ponad połowę głosów.

Wystarczyło jednak, by dostała się do drugiej tury wyborów wraz z kandydatem socjalistów Ionem Cebanem. Wówczas niemal pewne zwycięstwo zapewniłaby jej tradycyjnie proeuropejska i niechętna wobec zbliżenia z Rosją postawa większości Kiszyniowian, którzy prędzej zagłosowaliby za merem powiązanym z nielubianym, lecz przynajmniej deklaratywnie proeuropejskim oligarchą, niż otwarcie sprzyjającymi Moskwie kandydatem socjalistów.

Wszystkie obiektywne sondaże sporządzone przed wyborami wskazywały, że ten scenariusz był wysoce prawdopodobny. Radu wyprzedzała Nastasego o dobrych kilka punktów procentowych i mogła liczyć na mocne drugie miejsce już w pierwszej turze. Na wypadek gdyby to się nie udało, Plahotniuc miał w zanadrzu także plan alternatywny. Było nim zwycięstwo kandydata socjalistów.

Choć nominalnie proeuropejski Plahotniuc oraz Igor Dodon i jego socjaliści oficjalnie rywalizują jako polityczni konkurenci, to w istocie w kluczowych decyzjach współpracują ze sobą. Obaj politycy tworzą swoisty kartel, symulując walkę w celu niedopuszczenia do władzy faktycznej opozycji i utrzymania obecnego modelu oligarchicznego.

Prócz umocnienia i legitymizacji swoich wpływów w Kiszyniowie, Plahotniuc liczył także, że rozpisanie przedterminowych wyborów lokalnych zaledwie na pół roku przed wyborami parlamentarnymi zwiększy i tak istniejące już napięcia między Nastasem, kierującym ugrupowaniem Godność i Prawda (DA), a drugą kluczową siłą opozycji proeuropejskiej, partią Działania i Solidarności (PAS), której przewodzi Maja Sandu.

Głosowanie zaostrzało relacje między obydwojgiem liderów, zmuszając jednego z nich do ustąpienia na rzecz drugiego. Co więcej, zwycięstwo Radu lub Cebana byłyby kolejnym ciosem dla niemogących się poszczycić żadnym wymiernym sukcesem ugrupowań antysystemowych i prawdopodobnie sprowokowałoby krytykę Nastasego w ramach obozu opozycyjnego.

Niemniej ważne było także sprawdzenie na ile skuteczna okaże się strategia wystawiania kandydatów PDM jako formalnie niezależnych. Tego typu zabieg będzie bez wątpienia powszechnie stosowany podczas wyborów parlamentarnych. To właśnie w tym celu w 2017 roku Plahotniuc, przy wsparciu socjalistów i mimo krytyki Komisji Weneckiej i partnerów zachodnich, zmienił system wyborczy kraju na mieszany. Wedle nowych regulacji, połowa posłów wybierana będzie w okręgach jednomandatowych, a druga połowa w systemie proporcjonalnym, z list partyjnych.

Gra warta świeczki?

Wobec powyższego planu niespodziewane zwycięstwo Nastasego musiało stanowić dla Plahotniuca – i szerzej dla całego kartelu – bolesną porażkę. Rodziło też szereg zagrożeń nie tylko dla PDM i socjalistów, ale także dla samych fundamentów systemu oligarchicznego.

Pierwszym i najbardziej oczywistym z nich było zajęcie przez opozycję bardziej dogodnej pozycji startowej przed wyborami parlamentarnymi. I to zarówno pod względem wizerunkowym, politycznym jak i administracyjnym. Kontrola nad stołecznym magistratem to bardzo poważny atut podczas każdej kampanii wyborczej. Szczególnie w kraju, w którym w stolicy mieszka ponad 30% całej jego populacji.

Nie był to jednak, wbrew pozorom, czynnik decydujący i gdyby chodziło tylko o to, Plahotniuc prawdopodobnie nie zdecydowałby się na złamanie podstawowych zasad systemu demokratycznego. Dużo ważniejszym był fakt, że sukces Nastasego stanowił ważny impuls dla mobilizacji opozycji, która wobec wspomnianego już braku wymiernych sukcesów i wyraźnych podziałów wewnętrznych, budziła w ostatnich miesiącach coraz większe rozczarowanie wśród społeczeństwa.

Mołdawianie zmęczeni nieefektywnymi, choć trwającymi od lat, masowymi antyrządowymi protestami i sfrustrowani porażką współpracującej z Nastase liderki opozycji Mai Sandu na wyborach prezydenckich w 2016 roku, niemal stracili już wiarę w to, że ich głos może w ogóle mieć jakikolwiek wpływ na sytuację polityczną w kraju.

Z perspektywy Plahotniuca wywołane rezultatem wyborów lokalnych rozbudzenie społecznych nadziei na zmianę, mogło wydawać się więc bardzo niebezpieczne. W tym kontekście unieważnienie wyników głosowania było bardzo korzystne dla władz, bo brutalnie łamało nadzieję rodzącą się w sercach Mołdawian i umacniało tylko ich wcześniejsze przekonanie o własnej bezradności, do którego zdołali już przywyknąć.

Plahotniuc chciał też zapewne zmusić liderów opozycji do kolejnych protestów ulicznych niebezpodstawnie licząc na to, że nie będą one ani zbyt liczne ani efektywne, a w rezultacie pogłębią tylko narastającą w społeczeństwie apatię. Do tego ma on zapewne nadzieję, że wypalą one i tak ograniczony potencjał mobilizacyjny opozycji na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi.

Wreszcie jednym z najważniejszych powodów, dla których Plahotniuc zdecydował o anulowaniu wyborów lokalnych, była chęć zachowania twarzy przed własnymi podwładnymi i współpracownikami. Oligarcha nie mógł dopuścić, by jego otoczenie mogło nabrać jakichkolwiek wątpliwości co do stabilności jego władzy. Unieważnienie zwycięstwa Nastasego pokazało wszystkim, że Plahotniuc kontroluje sytuację i nie cofnie się przed niczym, by utrzymać swoją pozycję. Nawet jeśli pociągałoby to za sobą poważne konsekwencje dla relacji z partnerami zachodnimi.

Była to również swoista kara dla Nastasego, który podczas ostatnich miesięcy w bardzo niewybrednych słowach wyrażał się o rządzącym Mołdawią oligarsze. Odebranie fotela mera kandydatowi opozycji stanowiło dowód na to, że Plahotniuc, choć nierychliwy, nie pozwala ujść płazem tym, którzy decydują się go publicznie obrażać.

Zachodni współwinowajcy

Erozja mechanizmów demokratycznych trwa w rządzonej przez oligarchę Mołdawii od kilku lat. Już w 2014 roku, zaledwie na parę dni przed wyborami parlamentarnymi, podległe Plahotniucowi sądy pod wątpliwym prawnie pretekstem usunęły z list wyborczych cieszącego się znaczną popularnością prorosyjskiego, populistycznego Renato Usatiego (stanowiącego konkurencję dla PSRM).

Wykorzystywanie sądowego szantażu dla pozbywania się przeciwników politycznych w Mołdawii stało się w ostatnim czasie swoistą normą. Zachód jednak nie wyciągał wobec mołdawskich władz, dopuszczających się tych nadużyć, żadnych faktycznych konsekwencji. W zasadzie najmocniejszą do tej pory odpowiedzią UE na nieprzestrzeganie przez Kiszyniów zasad państwa prawa było wstrzymanie wypłaty 100 mln Euro pomocy makrofinansowej, przyznanej Mołdawii w 2017 roku.

Choć decyzja ta jest odczuwalna dla budżetu mołdawskiego, to podjęta została relatywnie późno. Wedle dostępnych informacji rząd mołdawski, spodziewając się tego typu problemów, zdołał przygotować poduszkę finansową, pozwalającą zamortyzować unijne sankcje.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie dotychczasowe, łagodne i głównie retoryczne reakcje Zachodu na nadużycia władz mołdawskich, ośmieliły Vlada Plahotniuca do zanegowania wyników wyborów w Kiszyniowie. Ta faktyczna bezczynność pozwoliła Plahotniukowi nabrać przekonania, że groźbami ze strony UE i USA nie warto się zbytnio przejmować. Wydaje się więc, że złożone przed kilkoma dniami przez Frederikę Mogherini, Johannes Hahna, oraz amerykański Departament Stanu deklaracje krytykujące decyzję w sprawie Nastasego nie zrobią na mołdawskich władzach, a szczególnie Vladzie Plahotniucu, szczególnego wrażenia.

Gasnąca nadzieja

Mołdawskie społeczeństwo stoi obecnie przed bardzo ważną próbą. Jeśli zanegowanie wyników wyborów nie zdoła skłonić go do działania, to prawdopodobnie nic już nie będzie w stanie tego uczynić. DA i PAS mają obecnie prawdopodobnie ostatnią szansę by skutecznie zmobilizować zmęczony protestami elektorat i udowodnić obywatelom, że mają oni jakikolwiek wpływ na sytuację polityczną w kraju. W przeciwnym razie bezczynność obywateli, połączona z brakiem stanowczej odpowiedzi Zachodu, stanie się jasnym sygnałem dla Plahotniuca i jego ekipy. Sygnałem, że może ona sobie pozwolić właściwie na wszystko.

Facebook Comments
Zdjęcie główne: By Accent TV (https://www.youtube.com/watch?v=McfmnD0t0kc) [CC BY 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/3.0)], via Wikimedia Commons
Kamil Całus

Kamil Całus, analityk ds. Mołdawii w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie. Dziennikarz, podróżnik, absolwent poznańskiego Wschodoznawstwa i Dziennikarstwa. Doktorant w Instytucie Wschodnim Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY