Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Adrian Bąk

W bibliotece dyktatora

Żyli w tych samych czasach, ale w jakże różnych światach. Z pewnością wiedzieli o swoim istnieniu, choć nie mieli okazji się spotkać. Pierwszy, dzięki smażalnikom ciśnieniowym, dorobił się sieci restauracji sprzedającej potrawy z kurczaka i stał się jedną z najbardziej znanych twarzy w kapitalistycznym świecie. Drugi, dzięki wyzwoleniu kraju spod włoskiej i niemieckiej okupacji, został najpierw bohaterem narodowym, a później okrutnym komunistycznym dyktatorem, który doprowadził kraj do stanu całkowitej izolacji.

Dziś, na ulicy Ivana Rugovy w Tiranie, Harland Sanders, założyciel sieci Kentucky Fried Chicken, uśmiecha się w stronę Envera Hodży ironicznie, a może nawet prześmiewczo. Po drugiej tronie ulicy stoi bowiem dwupiętrowa willa, w której dyktator spędził większość życia. W tym czasie, do jednego jak i do drugiego ciągną tłumy, szczególnie młodych ludzi. Do Sandersa po to, żeby zamówić flagowy kubełek, do Hodży po to, żeby zobaczyć jak żył człowiek, który przez wiele lat dla Albańczyków był wielką zagadką.

Podobnie jak jego willa, położona w dzielnicy Blloku, w której w czasach komunizmu mieszkały tylko elity rządowe i która była oddziela od reszty miasta murem. Dziś Blloku jest najbardziej ekstrawagancką częścią miasta – z drogimi restauracjami, barami i klubami nocnymi. Mówiąc inaczej – Blloku jest dziś centrum imprezowym stolicy. W Blloku mieszka nawet wspomniany Harland Sanders, nazywany pułkownikiem Sandersem, którego podobizna widnieje na logu sieci KFC. Enver Hodża z pewnością nie wpuściłby pułkownika Sandersa do Blloku. Tak jak nie chciał wpuścić do Albanii samej Matki Teresy, tworząc pierwsze na świecie państwo bez Boga, w którym praktykowanie religii było karane, a ateizm nauczany w szkołach. W tym roku willę Envera Hodży, a właściwie część parterową, otwarto po raz drugi w historii, i to tylko na kilkanaście dni, z uwagi na święto Jerzego Kastrioty Skanderberga, albańskiego przywódcy, powstańca i bohatera narodowego. Wcześniej, w 2014 roku, na chwilę, część rezydencji można było zwiedzać dzięki grupie młodych artystów, którzy urządzili tam galerię sztuki.

Sama willa Envera Hodży dziś już nie robi na nikim wrażenia, zresztą według wielu – nigdy nie wyróżniała się niczym szczególnym. Także dlatego, że sam Enver Hodża, podczas jej budowy wciąż zgłaszał swoje zastrzeżenia, a główni architekci Sokrat Mosko i jego asystent Klement Kolaneci– mieli go po dziurki w nosie. Przestrzenna rezydencja, podzielona na główną część trzypiętrową i dwupiętrową dobudówkę, w pastelowych kolorach z szerokimi oknami, drewnianymi okiennicami i kamiennymi kolumnami podtrzymującymi część balkonową. Zgrabny, choć trochę zaniedbany, ogród. W samej Tiranie, podobnych domostw można znaleźć więcej. Enver Hodża nie miał też talentu do aranżacji wnętrz i – co ciekawe – jak na dyktatora, nie lubił przepychu. Mimo tego, ze większość mebli i inne wyposażenie było sprowadzane z zagranicy, między innymi z Francji, Włoch czy Austrii, zaskakują prostotą i szablonowością. Może poza dywanami, z których część to ręczne wyroby krajowe z ludowymi wzorami, choć te także nie powalają jakością czy wykończeniem i są dalekie od dywanów perskich, które rodzina Hodżów miała w poprzednim domu w Gijokastrze.

W przedsionku willi ostała się elegancka dębowa komódka odmalowana ciemnobrązową farbą z pistacjowym dzbankiem i dużym lustrem górującym nad nią. W lustrze odbija się postać wyrosłego ochroniarza pilnującego wejścia do reszty domostwa. Obok komody wielka albańska flaga, z kolei naprzeciwko plazmowy telewizor, na którym przedstawiana jest historia albańskiego komunizmu. (Rzecz jasna, czasy Envera Hodży, plazmowego telewizora nie znały). W środku panuje półmrok, mający eksponować najważniejszą część – muzealną.

Przy ścianach, na drewnianych, ręcznie robionych importowanych z Austrii szafkach, poupychane książki. Większość stojących, niektóre leżące. To tylko skromna część biblioteki, którą zgromadził przez całe życie Enver Hodża. Na jednym z archiwalnych filmów, na którym można zobaczyć willę w całej okazałości, widać też jego gabinet. Na ścianie głównej, przy której ustawione jest biurko dyktatora, kolejne opasłe regały książek, które wyglądają tak, jakby za chwilę miały runąć pod ciężarem stosu woluminów. Poza tym, dyktator miał także oddzielne pomieszczenie przeznaczone na bibliotekę – z dużym oknem wmontowanym w sufit, trójstronnymi półkami z książkami i wygodną kanapą w kolorze ecru stojącą na samym środku. Zresztą, właściwie w każdym innym pomieszczeniu, z wyłączeniem kuchni i łazienek, można było znaleźć też pomniejsze biblioteki. Łącznie, Hodża zgromadził około 22 tysięcy książek. Właściwie cały jego dom był wielką biblioteką.

Enver Hodża miał bzika na punkcie książek. Zaświadczają o tym także niektóre notatki medyczne: „Doznał bolesnego skurczu pleców około godziny pierwszej w nocy, podczas gdy czytał książkę w łóżku” – brzmi jedna z nich, cytowana w książce Blendiego Fevziu „Enver Hodża – żelazna pięść Albanii”. Pewnego poranka jego żona Nedżmije zgłosiła nawet zaginięcie męża, po tym jak nie odpowiadał na wezwanie na śniadanie. Ochroniarze Hoży znaleźli go jednak w pokoju bibliotecznym siedzącego z książką w ręce i kocem na ramionach. Podobno czytał wówczas jeden z kryminałów Agaty Christie, której był wielkim fanem. Uwielbiał też inne książki detektywistyczne. No i prawdziwy konik Envera Hodży, którego do dziś zainteresowani jego życiem, nie mogą rozgryźć: dyktator zaczytywał się w książkach o wampirach, zgromadził ich całe mnóstwo, przez książki o wampirach zarywał noce. A oprócz tego klasyka literatury: tłumaczenia Szekspira, Dostojewskiego, Prousta, Nietszechego, Stendhala, Hugo. Książki historyczne, polityczne, biografie – najczęściej wybitnych komunistów i rewolucjonistów. Publikacje Lenina, Machiavellego czy Josepha Fouche (ministra policji podczas panowania Napoleona, odpowiedzialnego za masowe mordy w Lyonie podczas rewolucji.) Większość pozycji dostarczali mu francuscy wydawcy. Języka francuskiego nauczył się jeszcze w Albanii, w liceum w Gijokastrze, gdzie jego nauczycielami byli głównie Szwajcarzy i Belgowie. Później wyjechał na studia na Uniwersytet w Monpellier, studiować biologię, ale studiów tych nie ukończył. We wspomnianej książce Blendiego Fevziu, która kilka lat temu stała się bestsellerem w Albanii, a niedawno została przetłumaczona na język angielski, dyktator opisywany jest jako przeciętny student, bez talentów i zainteresowań, poza jednym – smykałką do polityki.

Tymczasem kolejne pomieszczenie, które było zapewne salonem oraz miejscem gdzie Enver Hoża przyjmował gości. Na podłodze duży czerwony dywan z jasnymi wzorami ludowymi imitującymi kwiaty. Po prawej stronie kominek, a nad kominkiem zegar, który zatrzymał się na godzinie wpół do siedemnastej. Po lewej – podłużny kredens z płyty wiórowej, z dwiema szafami i szklaną częścią wypełnianą kilkudziesięcioma pustymi kielichami do wina. Nad barkiem kolejne lustro, mające kształt prostokąta w poziomie, w którym odbija się regał z książkami. Na pierwszej półce popularna niegdyś seria książek wydawnictwa Hachette o życiu codziennym w różnych krajach świata podczas ważnych wydarzeń w historii. I tak Enver Hodża czytał m.in. o tym jak radzili sobie Grecy za czasów Peryklesa, Egipcjanie w czasach faraona Ramzesa, Aztekowie w przededniu hiszpańskiego podboju czy Francuzi w czasach baroku. Dalej „Schyłek Białej Rosji” o czasach wojny rosyjsko-japońskiej i chaosie, który doprowadził do rewolucji z 1917 roku, Paul Erdman „Kryzys naftowy 1979”, „Historia Arktyki” (dlaczego dyktator interesował się Arktyką?), Jean Michel „DORA” (o tym jak funkcjonował nazistowski obóz koncentracyjny, w którym zginęło 30 tysięcy więźniów – tu już przyczynę zainteresowań można wskazać bez namysłu).

– Podły dyktator! To trzeba spalić! Spalić i już! Krzyczy młody chłopak w bluzie adidasa, który przyszedł obejrzeć willę Hodży z grupą kolegów ubranych też na sportowo. W przejściu pojawia się ochroniarz, przyciągnięty okrzykiem, który zaczyna lustrować krewkiego Albańczyka wzrokiem, a za nim kuratorka muzeum, która do tej pory siedziała niczym zaczarowana na jednym z foteli dyktatora. Chłopak, ujrzawszy ochroniarza, milknie niczym odpustowa zabawka, której nagle wyczerpały się baterie, po czym lotem błyskawicy przechodzi z jednego pomieszczenia do drugiego beznamiętnie spoglądając raz w jedną raz w drugą stronę. Przede mną tymczasem wyrasta dwóch innych młodych chłopaków w wieku szkolnym, będących częścią wycieczki klasowej.

– Kto tu mieszkał? Pytam, udając Greka: – Enver Hodża. Nasz dyktator. Bardzo zły człowiek. Nie warto dużo o nim wiedzieć. – To dlaczego tu przyszliście? Dopytuję – Przyszliśmy z ciekawości. Zobaczyć jak żył. Bo Albańczycy w jego czasach żyli bardzo biednie. A on? Sam zobacz… Może nie ma tu dużych luksusów, ale w porównaniu do innych żył jak król. Izolował się od wszystkich, nie wiedział jak żyje społeczeństwo. To mieszkanie i ta dzielnica były jak wyspa – dodaje jeden z uczniów o imieniu Ardit.

O wyspie, w tym wypadku położonej u zbiegu ujścia rzeki Gargonne przechodzącej przez Bordeaux, pisał francuski pisarz Pierre Sire. Na wspomnianej wyspie dorastał chłopiec, marzyciel i poeta, szukający swojej tożsamości i sensu życia. Książka „Beznamiętna rzeka” Pierra Sire leży na kolejnej półce regałowej w zbiorach Envera Hodży. Poczucie odosobnienia, samotność, to tematy bliskie dyktatorowi. Bliskie, także ideologicznie. Półkę niżej, pod „Beznamiętną rzeką” stoi książka „Alienacja. Od Marksa do współczesnej socjologii. Socjologia porównawcza.”. Pojęcie alienacji wprowadzone zostało przez George’a Hegla, a rozwinął je Marks, który pisał o tym, ze człowiek z natury twórczy pod wpływem tego, że staje się częścią machiny dziejowej, zatraca swoją wolność i możliwości twórcze, poprzez co izoluje się od rzeczywistości społecznej. Panaceum na ten stan miał być rzecz jasna komunizm, który znosząc własność prywatną, podział pracy i instytucje stosujące przymus, miał doprowadzić do zniesienia stanu alienacji.

Problem w tym, że Albania za czasów Envera Hodży stała się najbardziej wyalienowanym i represyjnym krajem na świecie. Bo Hodża, w swoim mniemaniu był nie tylko najlepszym komunistą na świecie, ale jedynym prawdziwym. Komunistą, który obraził się najpierw na Josipa Broza Tito (i zerwał stosunki z Jugosławią), później na Chruszczowa (zrywając stosunki dyplomatyczne z ZSRR), wreszcie na komunistyczne Chiny, niedługo po śmierci Mao Zedonga. Albania była też krajem terroru, bo podczas rządów komunistycznych w czterdziestu ośmiu obozach pracy przebywało czterdzieści tysięcy Albańczyków, a ponad trzydzieści tysięcy trzymano w więzieniach. Rozstrzelanych zostało bądź zmarło w odosobnieniu – sześć i pół tysięcy osób. W 2012 roku na otwarciu nowej wystawy w Muzeum Historii w Tiranie ówczesny premier kraju Sali Berisha powiedział: – Choć Europa miała w swej historii wielu dyktatorów i dyktatur, zachowała w swej pamięci dwóch największych – Adolfa Hitlera i Envera Hodżę.

– Hodża był, Hodży nie ma, a Albania była i będzie – mówi mi 35-letni Gazi, przedsiębiorca z Tirany, który przyszedł obejrzeć willę. – Dla nowych pokoleń Albańczyków Hodża jest reliktem, ciemną kartą z historii, wspomnieniem złych czasów. Teraz mamy nową Albanię, otwartą na świat i to jest najważniejsze – podkreśla Gazi i dodaje, że wizyta w domu Hodży nie wywołuje w nim większych emocji. Uśmiecha się jednak szeroko na widok kolejnych starodruków ksiąg religijnych, w tym świętych ksiąg chrześcijaństwa, judaizmu czy islamu.

Są one centralną częścią ekspozycji. To właśnie między półkami z książkami, zabytkowymi fotelami czy starym pianinem urządzono muzeum starodruków ksiąg religijnych. Jak na złość dyktatorowi, który wszelką religię zwalczał, ogłaszając Albanię pierwszym na świecie ateistycznym krajem. Krajem, do którego wstępu nie miała nawet Matka Terasa z Kalkuty, urodzona w albańskiej rodzinie w Skopje, związana z krajem przez całe życie. Enver Hodża, nie zezwolił nawet Matce Teresie na wjazd do kraju, gdy umierała jej matka, choć ta prosiła o to wielokrotnie, zyskując wsparcie m.in. prezydenta Francji De Gaulle’a i Jaqueline Kennedy. Hodża wyznawał hasło: „socjalizm buduje się znojem, nie modlitwami”, i był mu wierny aż do śmierci.

Ale choć Enver Hodża potępiał religię, sam sporo o niej czytał. Niedaleko od książek Karola Marksa można znaleźć także m.in. książkę o islamie, słownik pojęć religijnych, czy antychrześcijańską (ale jednak) powiastkę filozoficzna Anatolego France’a „Tais”. Hodża był jedną z niewielu osób, które wówczas w Albanii mogły czytać książki o religii – dla reszty społeczeństwa pozycje te znajdowały się na liście ksiąg zakazanych. Podobnie jak inne tematycznie książki, które można znaleźć w bibliotece dyktatora, mówiące o spiskach i intrygach i teoriach spiskowych dotyczących znanych polityków, w tym o zabójstwie prezydenta Johna F. Kennediego czy zamachach na Adolfa Hitlera. Hodża lubił o tym czytać, a jednocześnie wprawiało go to w wielki niepokój. Bo jakkolwiek by dyktatora nie opisywać, chyba najwłaściwszym stwierdzeniem będzie to, że był władcą paranoicznym. Symbolem wybujałego strachu o siebie i o przetrwanie kraju jest zresztą sieć około sześciuset tysięcy bunkrów, które rozkazał wybudować w całym kraju na wypadek ataku nuklearnego – dziś, wspomniane bunkry, są paranoidalnym reliktem komunistycznej przeszłości i gorzkim wspomnieniem o samym Hodży.

A teraz kolejny pokój, kolejny salon. Enver Hodża miał ich w mieszkaniu kilka. Szczególnie na parterze, części otwartej dla zwiedzających. W pomieszczeniu uwagę przyciągają dwa fotele i duży obraz z cienką drewnianą ramą przedstawiający trzech albańskich górali wymachujących szablami i uderzających w bęben w akcie szaleńczego tańca. Między fotelami duże wolnostojące drewniane radio. Po drugiej stronie, ciemnobrązowa komoda, w niej porcelanowy czajnik, a na półkach kolejny zestaw kieliszków do wina. I kolejne regały książek. Jest też polski akcent: „Sosnowski, szpieg z Berlina” autorstwa Michela Soltikova, o słynnym agencie i oficerze Jerzym Nałęczu-Sosnowskim. Co ciekawe z książką o Sosnowskim sąsiaduje „Historia komizmu,”, a dalej „Teoria nauk ścisłych” i „Czarny Attila” – książka o afrykańskim wodzu Mzilikazim, założycielu królestwa Ndebele. Pomieszanie z poplątaniem. Zastanawiam się czy po śmierci Hodży, a później wyprowadzce jego żony, która mieszkała w willi do 1985 roku, ktoś miał dostęp do jego biblioteki, czy jednak obecny chaos tematyczny to efekt niedbałości dyktatora, który podobno nie należał do ludzi lubiących porządek.

Na jednej z ostatnich półek znajduję książkę „Etnografia Albanii”. I kolejna myśl, która krąży po głowie – czy dyktator zapoznał się ze wszystkimi grupami etnicznymi Albanii? Czy czytał o tym, że dla największych grup – Albanów i Ilirów – religia była podobnym czynnikiem spajającym naród przez dziesięciolecia, jak dla Ormian i Żydów, a chrześcijaństwo nadało grupom albańskim wewnętrzną tożsamość? Albo czy dyktator spotykał się chociażby z klepiącymi często biedę góralami z północy kraju? Czy miał ich okazję poznać, gdy wyjeżdżał czasem w okolice Valbony, małej wsi położonej między Theth a Bajram Curri, nazywanej „zapomnianą wioską”, podziwiać krajobraz Gór Przeklętych?

(Jeśli zaś chodzi o zainteresowanie dyktatora ubogimi, to po Albanii krąży plotka o rozmowie przeprowadzonej między Matką Teresą a prezydentem Hodżą, a właściwie członkiem jego gabinetu. Matka Teresa miała zadzwonić kiedyś do biura rządowego i zapytać o możliwość otwarcia w Albanii ośrodka dla ubogich. Gdy członek gabinetu przekazał tę wiadomość dyktatorowi, ten zaskoczony odrzekł: – Ale po co, skoro my nie mamy osób ubogich?)

22 tysiące woluminów. Setki tysięcy stron, kilkadziesiąt półek, kilkanaście pomieszczeń. Zastanawiam się ile z tych książek Enver Hodża przeczytał do końca, a ilu nawet nie dotknął, albo tylko przekartkował. (Myśl ta jest tym bardziej uzasadniona, że dyktator miał zwierzyć się zmarłej w kwietniu tego roku Liri Belishovej, albańskiej polityk komunistycznej i więźniarce politycznej, że zwykle czyta kilka stron z początku, kilka ze środka i kilka z końca.) Swoją drogą, dyktator nie tylko książki czytał, ale też pisał. W ostatnich siedmiu latach swojego życia wydał kilkanaście tomów swoich wspomnień, publikując średnio dwie książki na rok. Wśród nich: „Czasy młodzieńcze”, „Kiedy narodziła się partia”, „Budowanie nowej Albanii”, „Anglo-amerykańskie zagrożenie dla Albanii”, „Titoiści”, „Refleksje o Chinach”. Jedynym edytorem jego publikacji była jego żona Nedżmije. Żaden inny dyktator na świecie, a tym bardziej żaden inny komunistyczny lider z bloku wschodniego nie napisał tyle książek, ile wydał Enver Hodża.
Tak więc książki w życiu Envera Hodży odgrywały rolę zasadniczą – dzięki książkom Enver Hodża poznawał Albanię, poznawał świat. Wolał go zresztą poznawać z perspektywy własnej biblioteki, niż z perspektywy ulicy. Dyktator od 1961 roku nie wystawił nosa poza Albanię, bardzo rzadko wystawiał zresztą nos poza dzielnicę Blloku, a rządził przecież do 1985 roku. Prawie dwadzieścia pięć lat na przestrzeni niecałego kilometra kwadratowego!

W książce Blendiego Fevziu „Enver Hodża: żelazna pięść Albanii” czytam, że dyktator w ostatnich dniach swojego życia zaskoczył całą swoją świtę tym, że postanowił wyjść ze swojej rezydencji i spędzić kilka godzin w przydomowym ogrodzie, żeby zobaczyć początek wiosny. Został więc wyprowadzony przez swoją żonę na wózku inwalidzkim. Nedżmije Hodża nałożyła mężowi okulary słoneczne, żeby ten – nieprzyzwyczajony do światła słonecznego – nie popsuł sobie wzroku. Był już wówczas sędziwym niedołężnym staruszkiem, który na koniec żywota zapragnął na chwilę wyrwać się ze swojej biblioteki i zobaczyć jak jego kraj budzi się z zimowego snu. Zrobił to przez okulary przeciwsłoneczne i na wózku inwalidzkim.

Obraz ten zapadł mi w głowie na dłuższy czas po lekturze wspomnianej książki o dyktatorze, bo jest obrazem szczególnym. Enver Hodża, umierając, stał się bowiem w pewnym sensie władcą absolutnym, personifikacją kondycji państwa. Gdy umierał Albania była krajem o zrujnowanej gospodarce – krajem niedołężnym i słabym, jak niedołężny i słaby fizycznie był na końcu swojego żywota sam Enver Hodża. Gdy umierał Albania była też krajem kompletnie odizolowanym od świata, tak jak od świata Hodża odizolował również samego siebie. Choć jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej Albania, choć wykrwawiona wojną i okupacją, zaczynała swój własny marsz z pozycji kraju pełnego wigoru i nadziei, które to wigor i nadzieja biły też od młodego Envera Hodży, przywódcy ruchu rewolucyjnego, a później I sekretarza Albańskiej Partii Pracy. Gdy wychodziłem z willi Envera Hodży w Tiranie na ulicy Ivana Rugovy spojrzałem na jego ogród – trochę zapuszczony, z kępkami nieskoszonej trawy i nieczynną fontanną. Oczami wyobraźni zobaczyłem dyktatora siedzącego na wózku i patrzącego na Albańczyków sunących z ciekawością głównym chodnikiem do jego willi.

Ciekawe co dziś powiedziałby Enver Hodża, gdyby ich wszystkich zobaczył. Gdyby mógł wybrać się na wycieczkę po dzielnicy Blloku. Gdyby przeczytał (a przynajmniej przekartkował) stos innych książek dostarczonych mu przez europejskich wydawców. Gdyby usłyszał, że jego kraj ma status państwa kandydującego do Unii Europejskiej, a wkrótce może rozpocząć formalne negocjacje w sprawie przystąpienia do Wspólnoty. Może okazałby skruchę? A może zgodziłby się z żoną Nedżmije, która w setną rocznicę urodzin męża, stwierdziła w wywiadzie dla AFP, że niczego nie żałuje i nie ma za co przepraszać. Niemal z pewnością można jednak stwierdzić, że Enver Hodża nie byłby szczęśliwy, gdyby naprzeciwko swojej rezydencji zobaczył uśmiechającego się do okna pułkownika Harlanda Sandersa, promującego sieć barów szybkiej obsługi, ze stanu Kentucky.

Facebook Comments
Adrian Bąk

Dziennikarz redakcji międzynarodowej Polskiego Radia.

Tematy: Bałkany,
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY