Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Dwadzieścia lewów albo śmierć [Recenzja]

Motywem powracającym w kolejnych czterech opowieściach Gaussa jest przekład, czyli to jak tłumaczyć literaturę niemiecką na języki Europy Wschodniej, oraz to jak Europę Zachodnią zainteresować literaturą Europy Wschodniej. Bohaterami zaś są ludzie, których spotyka podczas różnego rodzaju konferencji i seminariów. Młode tłumaczki, badacze literatury, bardziej i mniej znani pisarze są pretekstem do opowieści, a podupadłe miasta wkraczające leniwie we współczesność stanowią tło tych historii. Niestety zarówno próby zainteresowania jak i przekładu najczęściej się kończą fiaskiem. Jednak może Gauss tylko kokietuje? Jemu przecież udaje się zainteresować Zachód Wschodem.

Mimowolnie (lub też celowo) Gauss stawia znak równości między Europą a kulturą Niemiecką, a jego podróże to poszukiwania “resztek cywilizacji” na Wschodzie. Piękny i modry Dunaj zaś wyznacza z jednej strony granice między tym co cywilizowane a co barbarzyńskie, z drugiej zaś jest potężnym nośnikiem kultury. Gauss jako erudyta i znawca regionu zabiera na w podtytułowe cztery podróże. Pokazuje nam jednak tylko tyle ile chce żebyśmy zobaczyli – takie jest święte prawo pisarza. Wcześniej Gaussowi udawało się wpuścić czytelnika na zaplecze, pokazać świat za dekoracjami. Tym razem tekturowa makieta wydaje się zbyt silna.

Strzępy kultury (czyli języka) Gauss odnajduje w Mołdawii, Chorwacji, Vojvodinie, czy Bułgarii. Tłumaczki ze wsi, kelnerki pracujące wcześniej w Reichu, dziadek pamiętający kilka zdań w języku Goethego. Siłą rzeczy od Gaussa dowiemy się kilku rzeczy o wpływie kultury niemieckiej na region, ale czasem odniesiemy złudne wrażenie, że nie było nic przed nią ani nic po niej. Większość historii przytaczanych przez Gaussa pochodzi z XIX wieku, z czasu kiedy na Bałkanach zaczęto kuć nacjonalistyczną stal. O rządzących kilkaset lat Osmanach dowiemy się tylko tyle, że byli oprawcami i okupantami, którzy zakazali budować kościołów wyższych niż meczety (co jest mocnym uproszczeniem), a narody bałkańskie (skądinąd zarażone duchem niemieckim) bohatersko zaczęły zrzucać jarzmo sułtana. Czasem można odnieść wrażenie, że istnienie Austro-Węgier było największym błogosławieństwem dla tego regionu.

Książka Gaussa jest zdecydowanie inna od poprzednich. Choć Gauss dalej stara się pisać o tej innej, zapomnianej Europie, to jednak ciężko już dzisiaj uznać Zagrzeb, Kiszyniów, czy Nowy Sad za miejsca zapomniane. Dzisiaj, kiedy żelazne kurtyny są co najwyżej w naszych głowach podróż to którejkolwiek z tych destynacji nie jest szczególnym wyzwaniem. Niemniej w dalszym ciągu nie można Gaussowi odmówić, że potrafi czarować językiem, a kolejne zdania chłonie się jak przysłowiowa gąbka. Z niemiecką skrupulatnością oddaje klimat miejsc, które opisuje. Z niemalże kunderowską finezją wplata w akcję swoich reportaży intelektualny esej. Pozwala sobie i czytelnikowi zatrzymać się i głębiej przyjrzeć się miejscu. Czasem tylko zbyt usilnie próbuje nadać im charakter “inności”. Tymczasem to co jest prawdziwym urokiem Zagrzebia, Kiszyniowa czy Nowego Sadu to ich autentyczność. Nie trzeba tym miejscom nic dorabiać, ich “inność” obroni się sama.

W książce tej jest dużo, czasem może zbyt wiele, obserwacji, ze zwykłego kręcenia się po ulicach miasta. Tym samym klimat jest przesadnie nostalgiczny, zwłaszcza, że notorycznie spojrzenia tubylców są “beznamiętne” a światła latarni “wyblakłe”, anturaż miasta zaś zbyt apokaliptyczny. Bezcelowość jest czasem zbyt oczywista. To co jednak jest zaletą reportażu Gaussa, to to, że pisze o miejscach, w których był w różnych epokach. Dlatego też na przykład Zagrzeb widzimy jako miasto ewoluujące, zmieniające się pod wpływem tąpnięć historii i ideologii, odrzucające jeden kult na rzecz drugiego.

Narody w czasach przejściowych

Czasami dobre opowieści urywają się. Tak jest w przypadku historii o Romach w Bułgarii, o tym jak wyglądają wschodnioeuropejskie slumsy i jak kształtują się relacje między Romami a Bułgarami. W tym fragmencie można znowu poczuć ten sam dreszczyk co w “Umierających Europejczykach”, jednak mija on równie szybko jak się zaczyna. A jednak Romowie powracają, przeczytamy o nich również w reportażu o Mołdawii. Dowiemy się jak Rom stał się jednym z najbogatszych Mołdawian, oraz o tym jaka jest geneza niezamieszkanych, a spektakularnych pałaców romskich. Wreszcie Gauss zdradzi nam sekretny związek między przedmieściami Salzburga z romską Bułgarią.

Z całą pewnością “Dwadzieścia lewów” jest zbiorem bardzo osobistych reportaży, czego autor nie ukrywa. Gauss szuka wspomnień i wyobrażeń, które pielęgnował w sobie od dziecka. Swoje intencje ujawnia już podczas drugiej podróży, kiedy przybywa do Vojvodiny, skąd pochodzi jego matka. Do Vojvodiny, do której zawsze wcześniej było mu nie po drodze; do Vojvodiny, która ciągle zmienia swój etniczny charakter. Wędrując po kolejnych destynacjach Gauss wystawia sobie i mieszkańcom rachunek sumienia z nienawiści. Z jednej strony autor odczuwa swojego rodzaju wstyd za holocaust, z drugiej strony piętnuje analogiczną nienawiść wśród tubylców. Wreszcie stawia on pytanie czy możliwe jest oswojenie traumy, czy możliwe jest życie względnie normalnie po zagładzie. Znamienne, że te pytania padają w trakcie podróży po Vojvodinie, krainie która nie tylko stanowi dom dla wielu europejskich narodów, ale co więcej wraz z nimi akumuluje ich cierpienie.

Opowieść Gaussa jest wyłożona wieloetniczną mozaiką. Narody może nie są już głównym bohaterem, ale stanowią niezwykle istotne tło dla opowieści. Nie tylko świątynie różnych wyznań spotykają się na jednym placu w Nowym Sadzie, ale również ich bywalcy, a każdy z nich ma swój własny, często odmienny bagaż doświadczeń. Jeden był ofiarą, inny oprawcą, trzeci wreszcie cichym obserwatorem, który później próbował zmyć z siebie skazę bierności.

 

 

Nic dziwnego, że Gauss kilkukrotnie przytacza postać Danilo Kiša. Obaj pisarze wydają się mieć podobne poglądy na naród i jego miejsce w strumieniu dziejów. Podobnie obaj nie dają się łatwo przypisać do jednego miejsca, jednej grupy, jednego czasu. Chyba najważniejsze zdanie w całej książce pada już na jej początku, kiedy pewna mołdawska żydówka mówi, że nie umie sprowadzić swojej tożsamości do jednego czynnika, że czuje się i Rosjanką i Żydówką, że jest też Mołdawianką i Kiszyniowanką, że wreszcie jest kobietą, matką, córką. Gauss kwituje to wyznanie następująco: swojej tożsamości nie należy redukować do jednej cechy, zwłaszcza w regionach gdzie narody mieszały się ze sobą od stuleci.

Książka Karla Markusa Gaussa „Dwadzieścia lewów albo śmierć. Cztery opowieści” ukazała się w sierpniu tego roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Facebook Comments
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY