Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Kamil Hyszka

Niebezpieczne gry graniczne

Dialog serbsko-kosowski od dłuższego czasu przypomina zaloty wstydliwych kochanków. Kiedy jest już blisko do zbliżenia, nagle obydwie strony robią krok w tył, wywołując przy tym niemałe poruszenie obserwatorów. Kiedy sytuacja lekko się uspokoi wszyscy zaręczają o swojej dobrej woli, puszczając przy tym bardziej oko do Brukseli niż do siebie wzajemnie. Oczywiście w przypadku relacji Belgradu z Prisztiną ciężko mówić o miłości, niemniej prezydent Vučić i Thaci stanowią zgrany duet regionalnych rozrabiaków, którzy kiedy trzeba pokażą paluchem na konkurenta zapewniając, że fiasko rozmów to jego wina. I nikt by się tą farsą szczególnie nie przejmował gdyby kochankowie ci nie mieli rodzin z zapasem amunicji.

Od ponad roku dialog Prisztiny z Belgradem jest dynamiczny, choć mało efektywny. Wybór Aleksandra Vučicia na prezydenta Serbii był z pewnością ważnym punktem zwrotnym. Prezydent postanowił przyjąć godną głowy narodu pozę gotowego do rozsądnych ustępstw przywódcy. “Otworzył” ogólnoserbską dyskusję o przyszłości relacji z Kosowem. Więcej jednak było w tym wszystkim politycznego marketingu niż rzeczywistych działań. Teraz prezydent Vučić “ratuje to co się da, bo przecież Kosowo jest stracone”.

W ostatnim czasie też nie brakowało momentów trudnych. Wystarczy wspomnieć chociażby zabójstwo Olivera Ivanovicia czy zatrzymanie ministra Marko Djuricia. Znamienna jest w obydwu sytuacjach reakcja władz Serbii z prezydentem na czele. Śmierć serbskiego polityka i działacza władze przyjęły zachowując trzeźwy umysł. Obyło się bez podsycania napięć etnicznych. Jednak już zatrzymanie Djuricia i kolejne reakcje Belgradu mogłyby przypominać przygotowywanie się do wojny, albo przynajmniej kolejnej wojenki. Różnica być może wynika z tego, że poszlaki po śmierci Ivanovicia prowadzą właśnie do belgradzkich salonów, a cała sytuacja z Djuriciem była w tychże salonach wyreżyserowana tak, żeby móc opóźnić trwające w Brukseli rozmowy Serbii z Kosowem.

Od jakiegoś czasu o Kosowie znowu jest głośno. Tym razem za sprawą pomysłu wymiany terytoriów. Ujmując rzecz skrótowo, Kosowo miałoby otrzymać dolinę Preszewa zamieszkaną przez Albańczykow w zamian za oddanie Serbii północnej części kraju. Jest to już kolejny pomysł na rozwiązanie impasu. Wcześniej próbowano utworzyć autonomię gmin serbskich (coś na kształt Republiki Serbskiej w Bośni), a minister spraw zagranicznych Ivica Dačić wysunął nawet śmiały pomysł przyznania specjalnego statusu eksterytorialnego miejscom serbskiego kultu religijnego w Kosowie.

Prezydent Serbii podczas wizyty na zaporze Gazivoda (Kosowo). Źródło: kim.gov.rs

Największym paradoksem jest chyba to, że Serbia chciała dokonać korekty granic z państwem, którego nie uznaje. Na fakt ten zwrócili uwagę przeciwnicy prezydenta Vučica od prawej do lewej. Ten jednak próbował wybrnąć z tego małologicznego przedsięwzięcia, zapewniając, że przecież Serbia Kosowa i tak nie uzna [ale rozmawiać jest zawsze gotowy]. A to właśnie uznanie niezależności rządu w Prisztinie i odblokowanie drogi do członkostwa w Organizacji Narodów Zjednoczonych jest tym na czym Kosowu zależy najbardziej. Serbia chcąc pogodzić zbyt wiele sprzecznych środowisk wewnętrznych próbuje zadowolić wszystkich, a Kosowo nabić w balon, wcale się z tym nie kryjąc.

Niebezpieczne gry graniczne

Idea wymiany terytoriów nie jest na obszarze byłej Jugosławii niczym nowym. Jak bumerang pomysł korekty granic wracał w procesie pokojowym Bośni czy negocjacjach macedońsko-albańskich w 2001 roku. Nigdy jednak się na taki wariant nie zdecydowano. I słusznie – rozwiązanie takie stworzyłoby niebezpieczny precedens, który mógłby rozerwać i tak słabe szwy, które trzymają region jako tako w całości.

Ciężko oprzeć się wrażeniu, że pomysł wymiany terytoriów, któremu dużo uwagi poświęcili zarówno politycy, jak i regionalne media służył przede wszystkim przedłużaniu rozgrywki. Przez chwilę naprawdę można było uwierzyć, że za szpalerami nagłówków prasowych kryje się jakaś rzeczywista idea.

Ewentualna wymiana terytoriów mogłaby otworzyć kolejne, jako tako wyciszone spory. Na pewno powróciłby temat zjednoczenia Republiki Serbskiej z Serbią. Z drugiej strony przyłączenia do Bośni i Hercegowiny mogliby sobie zażyczyć mieszkańcy sandżaku Novi Pazar.

Warto przypomnieć, że nie tak dawno zakończył się proces ratyfikacji granic między Kosowem a Czarnogórą. Obszarem spornym był śmieszny skrawek terytorium liczący około osiem hektarów głównie górzystego terenu. Jednak załatwienie tak prostej i w gruncie rzeczy technicznej kwestii okazało się żmudne. Nacjonaliści natychmiast uderzyli w swoje ulubione bębny wygrywając melodie o świętej ziemi przodków. W parlamencie w Prisztinie rozpylono gaz, a w Podgoricy protestowano. Chodziło o kilka, w gruncie rzeczy niezamieszkanych, kilometrów kwadratowych.

Tymczasem tutaj mówimy o wymianie o wiele większych obszarów, na których mieszkają ludzie. W północnej części Kosowa mieszka prawie 50 tysięcy Serbów. Jednak jest to dla Kosowa terytorium ważne przede wszystkim ze względu na złoża naturalne, oraz ulokowane w tej części kraju elektrownie pokrywające zdecydowaną większość kosowskiego zapotrzebowania na energię.

Albańczycy z Doliny Preszewa podczas dnia Flagi Narodowej

W Dolinie Preszewa mieszka podobna ilość Albańczyków. Co więcej terytorium to było już wcześniej areną działań UCK, zarówno w trakcie walk o Kosowo, jak i w trakcie późniejszego konfliktu w Macedonii. Koneksje lokalnych albańskich liderów z Armią Wyzwolenia Kosowa dały się we znaki również w tym miesiącu: weterani wojny o Kosowo uważają, że Dolina powinna być przyłączona do Kosowa, jednak Serbia nie powinna otrzymać nic w zamian. Lider Albańczyków z Doliny Preszewa, Riza Halimi popiera ideę przyłączenia do Kosowa, sam zresztą używa wobec Preszewa terminu “wschodnie Kosowo”. Niemniej Halimi pozostaje sceptyczny, żeby takie zjednoczenie było teraz możliwe, oraz widzi szereg problemów technicznych przy obecnych negocjacjach z Serbią. Co więcej zwraca on uwagę na słabą pozycję prezydenta Thaciego, który wyszedł z inicjatywą zjednoczenia, oraz o brak konsensusu po stronie kosowskich partii politycznych.

W ostatnim wywiadzie dla albańskiej telewizji premier Kosowa Ramush Haradinaj powiedział, że wyklucza jakąkolwiek wymianę granic z Serbią. Z ust kosowskiego rządu padły też ostre słowa, że granice wyznaczają żołnierze, a nie negocjatorzy przy stołach. Od dłuższego czasu widać, że Haradinaj i Thaci mają zupełnie inne koncepcje porozumienia z Serbią.

Zbyt wielu graczy na jednym boisku

Brak konsensusu co do przyszłości Kosowa to nie tylko domena polityków w Prisztinie. Podobnie w Serbii różne ugrupowania mają swoje pomysły na rozwiązanie tego problemu. Nawet w ramach rządu serbskiego można odnieść wrażenie, że poszczególnym osobom zostały przydzielone funkcję dobrego lub złego policjanta. Tak też Aleksandar Vučić stara się kreować na zwolennika dialogu, jednak kiedy w swoich skłonnościach do pojednania posunie się o krok za daleko natychmiast pojawia się albo premier Ana Brnabić albo minister Ivica Dačić, którzy zapewniają, że Serbia Kosowa nigdy nie uzna.

Serbowie podczas wizyty Vucicia. Źródło: kim.gov.rs

Kolejnym graczem w tej rozgrywce jest serbska cerkiew prawosławna, która sporem Belgradu z Prisztiną jest zainteresowana z dwóch powodów. Pierwszy możemy określić mianem ideologicznym: rzeczywiście wiele ważnych dla serbskiego prawosławia obiektów sakralnych znajduję się w Kosowie, a cerkiew od lat aktywnie podsyca i wykorzystuje historyczne mity o Kosowie jako świętej ziemi Serbów. Drugi powód jest bardziej banalny: chodzi o pieniądze. Paradoksalnie może być tak, że cerkwi serbskiej, która stoi na twardym stanowisku, że Kosowo jest serbskie i uznawać go nie należy, wcale nie zależy na zmianie statusu quo. Serbska cerkiew jako mniejszość ma zagwarantowaną prawnie pozycję w kosowskim państwie, a co więcej płyną do niej potężne pieniądze z Belgradu.

Jakby unia pytała to jesteśmy “za”, ale Slobo też jest spoko

Co będzie dalej w relacjach Serbii z Kosowem ciężko powiedzieć. Na początku września Serbia zbojkotowała kolejne rozmowy w Brukseli. Prezydent Vučić odwiedził północne Kosowo i w ramach “pojednania” postanowił pochwalić Slobodana Miloševicia. Nie da się ukryć, że cały proces rozmów Belgradu z Prisztiną jeszcze jako tako się trzyma tylko pod wpływem państw trzecich. Istotną rolę odgrywają tutaj USA, Unia Europejska, ale i Niemcy. Przywódcy Bałkańscy czują presje, zwłaszcza, że ostatnio komisarz Johannes Hahn stwierdził, że jeżeli Serbia i Kosowo chcą realnie być częścią planu rozszerzenia UE o Bałkany Zachodnie to porozumienie między sobą powinny zawrzeć do połowy przyszłego roku.

Jednocześnie to Kosowo jest bardziej zdeterminowane, aby zawrzeć porozumienie. Kosowo, które nie ma wyboru i nie może balansować między Moskwą a Brukselą. Z drugiej strony to prezydent Vučić musi ciągle balansować między “sprawą kosowską” a unijną integracją. Chcąc utrzymać władzę nie może zrezygnować z kursu na Europę. Odwrócenie się od Brukseli i jednoznaczne pójście na Wschód szybko zaowocowałyby powstaniem twardej proeuropejskiej opozycji, która miałaby w ręku niezwykle silne argumenty: ekonomiczne.

Facebook Comments
Kamil Hyszka
Redaktor sekcji Bałkany

Urodzony w Warszawie i zakochany we Wschodzie. Student Studium Europy Wschodniej UW oraz autor na portalu balkanistyka.org.

Kontakt: k.hyszka@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY