Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Małgorzata Kulbaczewska

Cerkiew na Ukrainie: przełom czy nowa faza rozłamu?

  • Bez kategorii
Przybycie wysłanników Patriarchatu Konstantynopolitańskiego do Kijowa i zapowiedzi utworzenia na Ukrainie autokefalicznej Cerkwi prawosławnej to bez wątpienia moment historyczny. Ale bynajmniej nie przesądzający o tym, że skonfliktowane wewnętrznie ukraińskie prawosławie w przewidywalnej przyszłości się zjednoczy.

„Mam nadzieję, że otrzyma ona status autokefalii w najbliższym czasie, mimo istniejących przeszkód. Stanie się to, ponieważ ma do tego prawo” – powiedział w ostatnią niedzielę o Cerkwi na Ukrainie patriarcha konstantynopolitański Bartłomiej. Potwierdził tym samym, że jego dwaj egzarchowie (w tym wypadku: specjalni wysłannicy), biskupi Daniel i Hilarion, skierowani do Kijowa 7 września, naprawdę otrzymali misję historyczną. Za ich sprawą jedna z największych społeczności prawosławnych na świecie ma docelowo skupić się w jednej autokefalicznej (w pełni samodzielnej) i kanonicznej Cerkwi,  co zastąpiłoby blisko trzydziestoletni rozłam na Ukraińską Cerkiew Prawosławną Patriarchatu Moskiewskiego (kanoniczną, ale niesamodzielną), Ukraińską Cerkiew Prawosławną Patriarchatu Kijowskiego (autokefaliczną, ale niekanoniczną) oraz znacznie mniejszą Ukraińską Autokefaliczną Cerkiew Prawosławną (też samodzielną i niekanoniczną). W roli inicjatora zjednoczenia występują władze ukraińskie na czele z prezydentem Petrem Poroszenką, który od kilku lat powtarza, iż skoro niekwestionowanym faktem jest niepodległość ukraińskiego państwa, to pójść za nią musi niezależność cerkiewna. Tym bardziej, gdy nie ma wątpliwości, że prawosławna społeczność na Ukrainie spełnia zdroworozsądkowe kryteria, by ubiegać się o samodzielność: jest w swoim kraju największą grupą wyznaniową, może chlubić się wielowiekową tradycją, słynnymi ośrodkami życia duchowego na czele z Ławrą Peczerską i Ławrą Poczajowską, całą plejadą lokalnych świętych i  teologów, setkami wybitnych dzieł cerkiewnej architektury i ikonografii.

W poróżnionym ukraińskim prawosławiu zdania na temat ubiegania się o samodzielność są jednak również podzielone: Patriarchat Kijowski i mniejsze Cerkwie niekanoniczne oczekują od Konstantynopola zwykłego zalegalizowania swojej działalności w dotychczasowej postaci (historia prawosławia zna takie przypadki). W dalszej zaś kolejności życzyłyby sobie, że świeckie władze Ukrainy, powołując się na konieczność patriotycznej konsolidacji społeczeństwa, zwyczajnie zdelegalizują Ukraińską Cerkiew Prawosławną Patriarchatu Moskiewskiego, najlepiej przekazując jej majątek Patriarchatowi Kijowskiemu, lub też drogą nacisków wymuszą na „moskiewskich” podporządkowanie się „narodowej” jurysdykcji. Natomiast zarówno UPC MP, jak i jej Cerkiew-matka w Moskwie zareagowały bardzo stanowczą odmową włączenia się w jakiekolwiek unifikacyjne procesy. UPC MP ustami swoich wpływowych hierarchów przypomniała, że jest strukturą całkowicie prawomocną kanonicznie, której działalność nie powinna być zakłócana przez inne Cerkwie. Podkreśliła również, że nigdy nie prosiła i nie zamierza prosić o autokefalię, gdyż pełna samodzielność nie jest jej do niczego potrzebna. 25 września zwierzchnik UPC MP metropolita Onufry wraz z Synodem wezwał do wycofania egzarchów , a nieco wcześniej zadeklarował, że nie ma zamiaru się z nimi spotkać. Stanowisko Świętego Synodu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, który zawiesił możliwość wspólnej służby liturgicznej z duchownymi uznającymi jurysdykcję Konstantynopola, jest równie ostre. Do tego należy dodać głosy z otoczonych ogromnym szacunkiem konserwatywnych centrów życia mniszego – ławr Peczerskiej, Poczajowskiej i Świętogórskiej.

Stanowisko UPC MP i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej łatwo oczywiście tłumaczyć względami politycznymi i tożsamościowymi, nakładającymi się na kwestie prestiżowe oraz finansowe. Pozycja Kijowa w historii prawosławia na Wschodniej Słowiańszczyźnie jest niekwestionowana, co przekłada się na żywotność mitu o Świętej Rusi, połączonej wspólną duchowością (skądinąd z pełnym cynizmem podtrzymywanego przy życiu przez polityków realizujących o bynajmniej nie duchowe cele). Do tego utrata 12 tys. parafii na Ukrainie oznaczałaby dla Patriarchatu Moskiewskiego natychmiastowy spadek na drugie miejsce pod względem liczby prowadzonych placówek duszpasterskich (za Cerkiew Rumuńską) oraz utratę regionów, gdzie poziom autentycznej, mierzonej częstotliwością i jakością praktyk, religijności jest znacznie wyższy niż w zeświecczonej Rosji. Wszystkie te okoliczności nie zmieniają jednak faktu, że określony odsetek prawosławnych obywateli Ukrainy utożsamia się z UPC MP i nie widzi powodu, by cokolwiek w niej zmieniać.

Badania sondażowe z 2017 r. (oficjalnych statystyk się nie prowadzi) dają UPC MP poparcie rzędu 25 proc. przy 39 proc. zdeklarowanych wiernych Patriarchatu Kijowskiego i 31 proc. „po prostu prawosławnych”, w praktyce uczęszczających po prostu do najbliższej cerkwi lub nieuczęszczających nigdzie, wskazujących w badaniu raczej poczucie przynależności do pewnej tradycji i kultury. Co więcej, UPC MP dostosowała się do nowych się realiów politycznych. Jest obecna na państwowych uroczystościach, skierowała kapelanów do jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy, także na froncie w Donbasie, a w praktyce kaznodziejskiej czy wydawniczej posługuje się ukraińskim wszędzie tam, gdzie jest na to zapotrzebowanie. W oficjalnych deklaracjach Synodu i metropolity Onufrego dominuje troska o dobro kraju, zaangażowanie w niesienie pomocy potrzebującym. UPC MP jest w stanie również mobilizować swoich wyznawców. W 2017 i 2018 r., z okazji dnia św. Włodzimierza, tysiące z nich wzięło udział w procesjach zmierzających ze wschodu i zachodu kraju do Kijowa. Duchowni UPC MP byli również w stanie skrzyknąć wiernych pod Radę Najwyższą, gdy dyskutowano o projekcie ustawy o związkach wyznaniowych, który mógłby potencjalnie utrudnić jej działanie.

Według badań przeprowadzonych we wrześniu 2018 r. 45 proc. ankietowanych poparło (mniej lub bardziej stanowczo) ogólną ideę autokefalii ukraińskiej Cerkwi, ale 31 proc. wypowiedziało się przeciw, a 24,4 proc. nie miało zdania. Patriarchat Kijowski i zwolennicy autokefalii mają więc wśród prawosławnych na Ukrainie większość, ale nie definitywną. Gdyby w takiej sytuacji Patriarchat Konstantynopolitański ogłosił proste uznanie Patriarchatu Kijowskiego, czy też natychmiastowe powołanie do życia nowej Cerkwi utworzonej przez hierarchów nadal formalnie samozwańczych jurysdykcji, ugruntowałby tylko rozłam. A gdyby po stronie nowej Cerkwi dodatkowo stanęło państwo, np. ogłaszając przymusowe zjednoczenie czy oddając jej najważniejsze sanktuaria w kraju, Ukrainie groziłby jeśli nie konflikt religijny na wielką skalę (sprawy wiary ekscytują przeciętnych obywateli mimo wszystko mniej, niż kwestie codziennego, i tak trudnego, bytu materialnego), to przynajmniej seria agresywnych konfrontacji o wybrane świątynie. Sceny takie miały już miejsce w początkach rozłamu, na początku lat 90., powtarzały się po 2014 r., a obecnie, w społeczeństwie jeszcze bardziej nasyconym bronią i przyzwyczajonym do przemocy, wobec aktywności nacjonalistycznych radykałów, mogłyby mieć jeszcze dramatyczniejszy charakter.

Docenić zatem należy deklarację Petra Poroszenki, który stwierdził, że żadnego religijnego przymusu nie będzie, a struktury uznające zwierzchność Patriarchatu Moskiewskiego mają być nadal akceptowane, chociaż pod zmienioną nazwą. Tego rodzaju zapewnienia zostaną jednak praktycznie sprawdzone dopiero wtedy, gdy Patriarchat Konstantynopolitański faktycznie zrobi kolejny krok. A w świetle wskazanych wyżej okoliczności najprawdopodobniej będzie to utworzenie zupełnie nowej metropolii kijowskiej (przedstawianej jako kontynuatorka tej, która powstała w momencie chrztu Rusi, i działała do wchłonięcia przez Moskwę w XVII w.), do której akces będą mogli zgłaszać – po przejściu symbolicznej procedury pokutnej – dotychczasowi kapłani i biskupi Patriarchatu Kijowskiego oraz Cerkwi Autokefalicznej. Konstantynopol zadbałby przy tym, by eksponowane urzędy w autonomicznej początkowo metropolii objęli biskupi znani raczej z patriotycznego i duszpasterskiego zaangażowania, a nie osoby uwikłane w różnego rodzaju skandale. To oznaczałoby w pierwszej kolejności koniec kariery obecnego patriarchy kijowskiego Filareta – dziś występuje on jako „duchowy ojciec narodu” i orędownik prawdziwej ukraińskiej Cerkwi, ale zwolennicy UPC MP  przypominają, jak jeszcze w 1990 r. sprzeciwiał się ukraińskiej cerkiewnej autokefalii i oderwaniu się Ukrainy od ZSRR, we wcześniejszych zaś latach, jako metropolita kijowski uznający jurysdykcję Moskwy, najprawdopodobniej współpracował z KGB. Odejście Filareta (potencjalnie łatwe zresztą do uzasadnienia jego podeszłym wiekiem) z pewnością dodałoby nowej Cerkwi wiarygodności, pokazując, że w całej historii chodzi o coś więcej niż (geo)polityka i wpływy. Mogłoby również skłonić do akceptacji autokefalii tych hierarchów i duchownych UPC MP, którzy dziś rozumieją, że w ich kraju mogłaby istnieć samodzielna Cerkiew, nie wyobrażają sobie jednak służby pod zwierzchnictwem głównych sprawców rozłamu z lat 90.

Wspomnianego „czegoś więcej” w najnowszej odsłonie cerkiewnej wojny brakuje wyjątkowo. Chociaż bowiem polityczne motywacje Cerkwi Rosyjskiej wobec Ukrainy są tajemnicą poliszynela, to i druga strona nie ma czystych rąk. Deklaracje Patriarchatu Konstantynopola, iż od dawna uważał się za szczególnie odpowiedzialny za uregulowanie patologicznej sytuacji na Ukrainie brzmią wyjątkowo nieszczerze i rodzą pytania, dlaczego więc interwencja nastąpiła dopiero teraz, gdy UPC MP jest słabsza, za to wyrazy poparcia dla „restrukturyzacji” Cerkwi płyną z amerykańskiego Departamentu Stanu. Także historyczne uzasadnienie interwencji Konstantynopola na Ukrainie w gruncie rzeczy trudno traktować poważnie: egzarchowie przekonują, że patriarcha konstantynopolitański Dosyteusz II faktycznie w 1686 r. przekazał Moskwie, za 200 złotych rubli, prawo do wyświęcania metropolitów kijowskich (wbrew zresztą woli samego kijowskiego duchowieństwa – pisał o tym obszernie polski historyk Cerkwi Marian Bendza), ale uczynił to „zmuszony presją finansową” i „tylko na pewien czas”. Jednak takich  transakcji i przypadków naginania cerkiewnych kanonów w historii Patriarchatu Ekumenicznego i prawosławia w ogóle było mnóstwo – odkręcanie skutków tylko wybranych z nich nie dodaje całej inicjatywie wiarygodności.

Czy cała historia może mimo wszystko zakończyć się utworzeniem na Ukrainie jednej, stojącej możliwie daleko od polityki Cerkwi? Z czystym sumieniem trudno prognozować taki scenariusz, a na pewno nie w krótkiej perspektywie. Tym bardziej, że Patriarchat Konstantynopola cieszy się w swoich działaniach poparciem politycznym, ale już nie wewnątrzprawosławnym – większość innych Cerkwi w ogóle nie zajęła jednoznacznego stanowiska w tej sprawie, a te, które oświadczenia wydały, skłaniają się raczej ku uznaniu, że interwencja na terenie, gdzie działa już inna kanoniczna jurysdykcja jest niedopuszczalna. W tym duchu wypowiedziały się Patriarchaty Jerozolimski oraz Aleksandryjski, Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny oraz Cerkiew Serbska. Poparcie dla Konstantynopola napłynęło jedynie z Cypru i pośrednio z Bukaresztu, w postaci zaproszenia patriarchy do przewodniczenia konsekracji nowego katedralnego soboru (siłą rzeczy bez udziału hierarchów z Moskwy). Owszem, przeprowadzane po Majdanie kolejne badania opinii publicznej pokazują systematyczny wzrost znaczenia Patriarchatu Kijowskiego, prowadzącego niepodzielnie w sondażach nieuwzględniających Krymu i Donbasu – ale nie jest to przepływ na tyle szybki, by oczekiwać szybkiego upadku UPC MP.

O wiele bardziej prawdopodobne są scenariusze utrzymywania się rozłamu. Z tym, że już od polityki wewnętrznej Ukrainy i od działań Rosji zależeć będzie, jaki to będzie rozłam. Czy „ustabilizowany”, z dwiema równoległymi, tak samo uznawanymi w światowym prawosławiu strukturami cerkiewnymi, różniącymi się w zasadzie tylko językiem liturgicznym (co na dłuższą metę również może sprzyjać ukraińskojęzycznej Cerkwi autokefalicznej). Czy też dojdzie do otwartego konfliktu z siłowym odbieraniem świątyń, być może nie bez ofiar śmiertelnych. W historii światowego prawosławia, niestety, zdarzało się jedno i drugie. Zwierzchnicy już istniejących Cerkwi autokefalicznych zdają się rozumieć, że nie jest to zagrożenie wymyślone i że taki bieg wypadków byłby dla ich wyznania potężnym ciosem prestiżowym. Tym bardziej, jeśli pójdzie za nim podział całego prawosławnego świata na zwolenników Konstantynopola i stojących po stronie Moskwy.

Stąd inicjatywa metropolity warszawskiego i całej Polski Sawy, by zwołać synaksę (zjazd) prawosławnych patriarchów i metropolitów stojących na czele Kościołów i raz jeszcze porozmawiać o Ukrainie. Dojście do porozumienia wymagałoby jednak odłożenia ambicji i uprzedzeń, dalekowzrocznego spojrzenia. Tego jednak brakowało w sprawie ukraińskiej przez ostatnie 30 lat i teraz również o to łatwo nie będzie.

Facebook Comments
Zdjęcie główne: źródło: https://pxhere.com/ru/photo/490329
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY