Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Tomasz Horbowski

„Zaletą Partnerstwa Wschodniego jest to, że ono w ogóle jest!” Wywiad z Janem Malickim, dyrektorem Studium Europy Wschodniej

Moim zdaniem Partnerstwo […] oznaczać będzie w efekcie jednoznaczne umocnienie poczucia niezależności i niepodległości tych krajów, rozwój wolności obywatelskiej i rozwój tendencji prozachodnich i szeroko rozumianych związków z Zachodem, ze strukturami europejskimi oraz euroatlantyckimi.” Z Janem Malickim, dyrektorem Studium Europy Wschodniej, głównym organizatorem konferencji Warsaw East European Conference, rozmawia Tomasz Horbowski.

Jan Malicki

Jan Malicki podczas Warsaw East European Conference, źródło: studium.uw.edu.pl

Tomasz Horbowski: Panie Dyrektorze, tegoroczna konferencja Studium Europy Wschodniej (Warsaw East European Conference 2010) odbywa się pod hasłem „Where are we?”.  Nasuwa się pytanie: gdzie jesteśmy? My, jako UE w relacjach z krajami Partnerstwa Wschodniego, ale i państwa Partnerstwa Wschodniego? Dokąd Pana zdaniem zmierza unijny dialog z państwami Europy Wschodniej i Kaukazu Południowego?

Jan Malicki: Szczerze mówiąc, trudno mi wypowiadać się na temat UE, gdyż po prostu nie mam tu wystarczająco pogłębionej wiedzy. Natomiast w kwestii krajów objętych programem Partnerstwa Wschodniego stoję raczej na pozycji pesymisty, który zgodnie ze znaną anegdotą jest dobrze poinformowanym optymistą.

Elementem najbardziej znaczącym jest sam fakt powstania takiego programu. Wreszcie udało się zachęcić kraje Europy Zachodniej do stworzenia programu, który nie obejmuje Śródziemnomorza, czy Maghrebu, co byłoby dla nich oczywiste, ale jest skierowany właśnie do Europy Wschodniej, czyli do obszaru dla krajów tzw. „starej Unii” obcego. A jeśli ktoś ma podstawowe pojęcie o funkcjonowaniu unijnych programów to wie, że jeśli już coś powstało, to może potem przysypiać, drzemać, może być mniej lub bardziej aktywne, nawet może hibernować, ale będzie istnieć. Zatem, najważniejszą zaletą Partnerstwa Wschodniego jest to, że ono w ogóle jest!

Dodatkowo, trzeba pamiętać o różnych oczekiwaniach wobec Partnerstwa ze strony zaproszonych do tego programu państw, kierownictwa UE i różnych państw Unii. Ja, broń Boże, nie chcę aby Partnerstwo Wschodnie pozostało li tylko na poziomie deklaracji. Trzeba jednak podkreślić, że do czego innego dąży Polska, a do czego innego dąży większość państw UE. Dla Polski jest to możliwość zwiększenia sił i argumentów do zabiegów o włączenie do struktur zachodnich i demokratycznych oraz wzmocnienie niepodległości sąsiednich państw, znajdujących się na obszarze byłego Związku Sowieckiego. W kierownictwie UE oraz najważniejszych państw tzw. „starej Unii” nie widzę takiego zaangażowania. Z perspektywy Brukseli jest to jeden z licznych programów współpracy zewnętrznej.

Dodatkowym problemem są same państwa Partnerstwa. Wśród nich są kraje, które chciałyby szerokiej współpracy. Niektóre jednak żądają czegoś co dzisiaj jest praktycznie niemożliwe – zniesienia wiz, a w dalszej kolejności obietnicy przyjęcia do Unii. Jeszcze inne obawiały się Partnerstwa, jak na przykład Ukraina. Kijów bał się, że wejście do Partnerstwa oznaczać będzie w ogóle zamknięcie drogi do akcesji. Poza tym wszyscy oczekują pieniędzy, co nawet dobrze rozumiemy, ale …

T.H.: Ale których, jak dobrze wiemy, nie ma.

J.M.: Właśnie! Tych pieniędzy po prostu brakuje. W dodatku poszczególne kraje mocno zaangażowane w PW, w tym również Polska i Szwecja, tak naprawdę nie mają jak się zdaje możliwości bezpośredniego korzystania z finansów tego programu. Po środki należy aplikować wyłącznie do Brukseli.

T.H.: Czy Pana zdaniem możemy spodziewać się zmiany i wzmożonej współpracy z państwami Partnerstwa Wschodniego podczas przyszłorocznej polskiej prezydencji?

J. M.: Oczywiście, ale ja raczej widziałbym szansę nie w sześciu miesiącach, ale w całym roku, tzn.  w obu prezydencjach: Polski i Węgier! Po raz pierwszy dwa kraje, które przeszły doświadczenie komunizmu, będą kierować Radą Unii. Stąd uważam, że Polska powinna przekonać rząd w Budapeszcie, że opłaca się wejść w tej sprawie w roczny sojusz z Warszawą. Należy wszakże zaznaczyć: Węgry nie mają rozwiniętych interesów na Wschodzie. W tym względzie, Węgrzy są dość zamknięci w sensie rozumienia interesów politycznych, może nawet trochę samolubni, a mówię to pomimo – podkreślam to mocno – że bardzo lubię Węgrów i jestem ogromnie przywiązany do tradycji przyjaźni, związków i sojuszy polsko-węgierskich. Niemniej jednak, tak oceniam węgierską postawę wobec polityki wschodniej. Uważam wszakże, że mimo wszystko nowy węgierski rząd mógłby podjąć taki sojusz z Polską w sprawie Partnerstwa Wschodniego. Dopiero w tym, w takiej rocznej wspólnej pracy widziałbym dla nas szansę.

T.H.: Ale czy ewentualnej współpracy Polski i Węgier nie przeszkodzą deklarowane plany Budapesztu zawiązania bliższej współpracy przez państwa należące niegdyś do Monarchii Habsburskiej?

J.M.: Moim zdaniem nie, gdyż jest to na razie projekt jeszcze nie określony, a Partnerstwo Wschodnie jest jednak faktem. Jeśli uda się rządowi polskiemu doprowadzić do rocznego sojuszu z Węgrami, a  podkreślam – akurat z tym rządem węgierskim, z premierem Orbanem, jest to jak najbardziej możliwe, wówczas pojawi się szansa na trwałość polityki wschodniej w przeciągu prezydencji obu państw.

T.H.: Zakładając taki scenariusz, co będzie działo się dalej z Partnerstwem Wschodnim?

J.M.: Szczerze mówiąc, sam nie wiem… Niemniej jednak uważam, że są dwa czynniki, które mają kluczowe znaczenie dla przyszłości Partnerstwa. I bynajmniej nie chodzi o przekonanie prawie 30. krajów UE, że warto zaangażować się politycznie na Wschodzie. Należy przede wszystkim postarać się o zwiększenie budżetu programu, wydaje mi się, że przynajmniej trzy-czterokrotnie, a potem nawet więcej. Większy budżet oznaczać będzie konkretne działania i przedsięwzięcia, a tego przede wszystkim nam potrzeba.

Drugim elementem jest polityka UE wobec Rosji, oraz Rosji wobec krajów PW. Główni gracze w UE nie chcą, jak wiadomo, w jakikolwiek sposób zadrażniać stosunków z Moskwą. Pokazały to wydarzenia tuż po zainicjowaniu PW, gdy niektóre państwa UE zaczęły niemalże przepraszać Moskwę za stworzenie takiego programu. Rosja zaś ze swojej strony właściwie niemalże domaga się wpływu na istnienie i bieg programu PW, chociaż nie ma do tego żadnych uprawnień. Unia zaś – co jednak musi trochę zaskakiwać – gotowa jest rozmawiać na ten temat, co więcej, tworzyć jakieś nowe ciała i instytucje, aby temu jakoś zaradzić…

Zatem drugi element kształtujący przyszłość PW zależy od słabości UE i siły Rosji (ewentualnie odwrotnie…). Jeśli Unia nie zmobilizuje się do prawdziwej pomocy dla krajów Partnerstwa, a Rosja będzie na tyle silna, żeby wymusić ustępstwa ze strony Unii, to z tego programu nic nie będzie! Państwa leżące pomiędzy Polską a Rosją, a w szerszym rozumieniu pomiędzy Unią a Rosją bez jednoznacznego wsparcia ze strony Unii i dużych pieniędzy będą się bały wchodzić w jakiekolwiek starcia i „wojny” z Rosją. Wówczas z Partnerstwa nie wyjdzie nic więcej, poza nowymi stertami papieru i deklaracjami, że polityka wschodnia UE rozwija się znakomicie.

T. H.: Nawiązując do stosunków z Rosją. Proszę powiedzieć, na ile Pana zdaniem możliwe i uzasadnione jest poszerzanie Partnerstwa o Rosję?

J.M.: Rosja nie jest przewidziana w programie Partnerstwa Wschodniego. Jest to jednoznacznie określone w deklaracji jego powstania! Tyle na ten temat. Tantum de isto, jak pisano przed wiekami.

T.H.: Jednak mówi się o jakiejś formie zaangażowania Rosji w ten program, chociażby inicjatywa powołania tzw. Grupy Przyjaciół Partnerstwa Wschodniego, do której miałaby wejść również Rosja.

J.M.: Grupa Przyjaciół Partnerstwa Wschodniego … Och, jak to pięknie brzmi. Radzę to zapisać wężykiem i jeszcze raz podkreślić. I na tym bym ocenę tej propozycji zakończył. Można by wiele o tym pomyśle mówić, odwołując się również do różnych tradycji, także do wątków literackich, częstych np. w bajkach greckich, u Ezopa, czy –o!, to nazwisko trzeba tu koniecznie wymienić – choćby w bajkach Kryłowa…

A wracając do meritum, powiedziałbym, że ja raczej nie wierzę w żadnych przyjaciół Partnerstwa, lecz w same kraje Partnerstwa oraz w Unię. Kluczowe będzie aktywne zaangażowanie Unii w pomaganie tym sześciu krajom, a nie nadzieje, że znajdą się jacyś przyjaciele PW. Bo co to znaczy „partnerstwo”? Podkreśla się, że demokracja, że gospodarka, że społeczeństwo obywatelskie i tak dalej. A moim zdaniem Partnerstwo w tym przypadku oznaczać będzie w efekcie jednoznaczne umocnienie poczucia niezależności i niepodległości tych krajów, rozwój wolności obywatelskiej i rozwój tendencji prozachodnich i szeroko rozumianych związków z Zachodem, ze strukturami europejskimi oraz euroatlantyckimi. A to oznacza, że Partnerstwo nie jest skierowane przeciwko Rosji, ale dla pomocy 6 krajom z dawnego Związku Sowieckiego. Ale problem polega na tym, że często Moskwa tego nie rozumie i wciąż chciałaby traktować obszar postsowiecki jako swoją strefę wpływów. A przeciwko temu należy protestować! Tymczasem, moim zdaniem, Rosja powinna być tak naprawdę zadowolona z Partnerstwa Wschodniego, bo lepiej mieć wokół siebie kraje modernizujące się, stabilne, które nie staną się w przyszłości nieprzewidywalnym, sąsiadującym z Rosją, obszarem.

Do czynników wymienionych wyżej, dodałbym jeszcze jeden – Ameryka. Jeśli Stany Zjednoczone prezydenta Obamy ostatecznie uznają region postsowiecki za rosyjską strefę wpływów, to Partnerstwo Wschodnie przegra! Europa Zachodnia i Ameryka to wciąż są naczynia połączone i mają na siebie większy, bądź mniejszy wpływ.

Żadne państwo UE nie chce zadrażniać kontaktów z Rosją. Zresztą z przyczyn, które ja doskonale rozumiem. Trzeba także pamiętać, że kraje tzw. „starej Unii” mają nieco inne interesy niż Polska. Co więcej, rozumiem również Rosję. Rozumiem postawę premiera Putina, czy tych ośrodków politycznych w Moskwie, które protestują przeciwko Partnerstwu, ale tylko przy założeniu, że posługujemy się kategoriami stref wpływów. Wtedy każde wejście w tę strefę rozumiane jest jako akt wrogi, który musi spotkać się z jednoznaczną odpowiedzią. Stąd postulat pozostawienia kategorii stref wpływów na boku, rezygnacji z tego typu rozumowania. Bez rezygnacji bowiem z rozumowania w kategorii stref wpływów nie tylko PW nie ma szans, ale w ogóle rozwój demokracji i wolności na Wschodzie nie ma szans…

T.H.: Dziękuję za rozmowę.

J.M.: Ja także dziękuję. A z wielu względów, poczynając od ściśle merytorycznych, a kończąc na emocjonalnych, a to z uwagi że za ideą stoją studenci i absolwenci Studium, życzę Eastbook’owi trwałości i sukcesów.

Jan Malickihistoryk; działacz opozycyjny; członek I-szej podziemnej i późniejszych redakcji „Obozu”; założyciel i kierownik podziemnego Instytutu Europy Wschodniej; założyciel i redaktor naczelny kwartalnika „Przegląd Wschodni”; Pracownik naukowy, od 20 lat kierownik Studium Europy Wschodniej przy Uniwersytecie Warszawskim
Facebook Comments

Tomasz Horbowski, rocznik 1985. Absolwent Studium Europy Wschodniej na specjalizacji Europa Wschodnia/Azja Centralna i Papieskiego Wydziału Teologicznego "Bobolanum". Spędził rok w Kazachstanie na stypendium naukowym w Ałmaty. Pracuje w Centrum Informacyjnym dla Władz Lokalnych w Mołdawii. Idealista z urodzenia, przekonania i wyboru.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY