Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Łukasz Grajewski

Opinie: Czy Kreml zadecyduję o losach Białorusi?

Każde kolejne posunięcie Kremla wymierzone w Aleksandra Łukaszenkę, potwierdza tezę o chęci aktywnego zaangażowania się Moskwy w rozpoczętą już kampanię prezydencką na Białorusi. Pozostaje nam tylko odpowiedzieć na pytania: czy za stosowaną przez Moskwę wojną informacyjną, stoi rzeczywista chęć obalenia urzędującego prezydenta i czym może to skutkować w najbliższej przyszłości.

Przyganiał kocioł garnkowi

Dmitrij Miedwiediew z poważną miną, do której przyzwyczaił już widzów swojego video-bloga, łaja Aleksandra Łukaszenkę za nieposłuszeństwo wobec bratniego narodu rosyjskiego. Nie tylko wspomina ciemiężoną na Białorusi opozycję, ale i domaga się  śledztwa w sprawie zaginionych polityków. Ogrom cynizmu tejże wypowiedzi mógłby posłużyć kilku następnym artykułom, więc ograniczę się do przypomnienia, że w Federacji Rosyjskiej, formalnie rządzonej przez Miedwiediewia, wszelka opozycja polityczna została wypleniona, a ludzie otwarcie krytykujący Kreml, giną do dziś. Pomimo tego, wypowiedź Miedwiediewa, stała się wiadomością numer jeden we wszystkich niezależnych źródłach informacji (mam na myśli przede wszystkim portale internetowe charter97.org, nn.by, svaboda.org i belapan.by). Od wielu miesięcy dzieje się tak z każdą informacją wyprodukowaną w Rosji, mającą na celowniku Łukaszenkę. Dojść można do wniosku, że przeciwnicy sprawującego obecnie władzę prezydenta, tak bardzo zachłysnęli się wizją rosyjskiej ingerencji w przebieg grudniowych wyborów, że nie patrzą na szersze konsekwencje ewentualnej zmiany władzy. A ta, faktycznie możliwa tylko przy wielkim zaangażowaniu Rosji, stawiałaby kraj przed niebezpieczeństwem całkowitej wasalizacji.

Dmitrij Miedwiediew krytykuję Aleksandra Łukaszenkę na swoim video-blogu (jęz. ros.)

Trzy scenariusze

Dotychczasowe wybory prezydenckie na Białorusi, poprzedzały rewolty polityczne w nieodległych państwach, które inspirowały białoruską opozycję. Tak było w 2001 r., kiedy niektórzy optymiści wierzyli, że w warunkach białoruskich uda się powtórzyć „wariant jugosłowiański”. Po szturmie na jugosłowiański parlament w Belgradzie i upadku władzy Slobodana Miloszevicia w październiku 2000 r. , białoruska niezależna prasa rozpisywała się o możliwości zastosowania podobnych rozwiązań w Mińsku. Jednak Łukaszenka otrzymał w wyborach 75,6 procent głosów, a na miting protestacyjny zorganizowany w wyborczą noc przez kandydata opozycji Wladimira Hanczaryka, przyszło kilkaset osób, które zrezygnowane opuściły Plac Październikowy po zaledwie paru godzinach.

W 2006 r., białoruskiej opozycji marzyło się powtórzyć wariant ukraiński. Kampania „Pomarańczowych” w dniach największych protestów na kijowskim Majdanie, była rzeczywistym społecznym przełomem, masową oznaką nieposłuszeństwa skierowaną przeciwko otoczeniu Leonida Kuczmy. Jednak na białoruskim gruncie, „wariant pomarańczowy” okazał się nie do przeszczepienia. Kiedy w marcu 2006 r., w wyborczą noc na Placu Październikowym zgromadziło się ponad 20 tyś osób, wszyscy byli zaskoczeni, w tym i opozycyjni liderzy. Entuzjazm ludzi protestujących przeciwko kolejnym fałszerstwom wyborczym (Łukaszenka według oficjalnych danych otrzymał 83% głosów), pozwolił na pięciodniową akcję protestacyjną zogniskowaną wokół opozycyjnego „miasteczka namiotowego”, ale politycznie, wybory zakończyły się całkowitym zwycięstwem Łukaszenki. Do powtórzenia scenariusza ukraińskiego zabrakło doświadczenia opozycyjnych liderów, pieniędzy, międzynarodowego zaangażowania, ale przede wszystkim woli społecznej. Białoruś przeżywała wtedy okres prosperity, wykorzystując jak się da, tanie surowce otrzymywane od Rosji. Przewinienia Łukaszenki wobec demokracji, były dla ogółu społeczeństwa problemem mało ważnym w porównaniu do stabilizacyjnych trendów państwa białoruskiego.

Milinkiewicz

Plakat wyborczy Aliaksandra Milinkiewicza podczas kampanii prezydenckiej 2006 roku, źródło: Wiki Commons

Jak i w latach poprzednich, tak i przy obecnych wyborach snuje się analogię do niedawno przeprowadzonej „rewolucji”, tym razem kirgiskiej. Zamieszki społeczne w Biszkeku, które doprowadził do odsunięcia do władzy prezydenta Kurmanbeka Bakijewa, zostały poprzedzone długofalową akcją propagandową realizowaną przez rosyjskie media, popularne na terenie Kirgistanu. Ta sama taktyka jest stosowana przez rosyjskie władze przeciwko prezydentowi Białorusi. Jednak Łukaszenka wciąż ma duże poparcie społeczne, a Białorusini nie wydają się być na tyle zdeterminowani, co Ukraińcy w 2004 r., czy Kirgizi w kwietniu tego roku. „Wariant kirgiski” wydaje się być mało prawdopodobny.

Co wydarzy się za dwa miesiące?

Pomimo aż 17 zarejestrowanych kandydatów, szansę na zebranie wymaganych 100 tyś. podpisów ma tylko kilku. Uda się tona pewno Aleksandrowi Łukaszence, a także i Siarhiejowi Hajdukiewiczowi, który przewodniczy Partii Liberalno-Demokratycznej, strukturze quasi-opozycyjnej, która tolerowana jest przez Łukaszenkę. Partia Hajdukiewicza ma wystarczająco dużo członków i środków, aby zebrać wymaganą ilość podpisów. Z pozostałych kandydatów, poradzi sobie także Uładzimir Niaklajeu, jeśli prawdziwe okażą się doniesienia Naszej Niwy. Dziennikarze białoruskiego tygodnika podali, że sztab Niaklajeua płaci swoim aktywistom 1,5 dolara od każdego zebranego podpisu. Rzekome stawki u konkurencji są dużo niższe i wynoszą przeciętnie 1,5 tyś. białoruskich rubli (ok. 1,5 złotego). Zaskoczeniem dla wielu, była rezygnacja Aliaksandra Milinkiewicz, który dla wielu był jedynym kandydatem, który mógłby reprezentować szeroko pojętą opozycję.

Ryhor Kastusiou, kandydat Białoruskiego Frontu Narodowego, osobiście namawia mińszczan do składania podpisów na jego liście, źródło: narodny.org

Decyzja Milinkiewicz, jak i zupełny brak chęci porozumienia się pomiędzy poszczególnymi kandydatami opozycji są odzwierciedleniem pewnych tendencji wśród opozycji, które zakładają udział czynnika rosyjskiego. Wyłonienie kandydatów przez każdą z liczących się partii opozycyjnych, jest dowodem na próbę wzmocnienia swoich własnych notowań i wskazuje na brak jakiekolwiek wiary w zwycięstwo kandydata opozycji. Trudno uwierzyć nawet w tak zwanych kandydatów prorosyjskich, do których zalicza się przede wszystkim Niaklajeu, ale i Andriej Sannikau oraz Jarasław Ramańczuk. Każdy z nich, systematycznie jeździ do Moskwy, występuje w rosyjskich kanałach telewizyjnych i spotyka się z przedstawicielami Dumy. Niaklajeu nie ukrywa, że źródła finansowania jego kampanii pochodzą z Moskwy. Czym jednak jest poparcie Rosji, przy sprawnie działającej Komisji Wyborczej kontrolowanej przez Lidię Jarmoszynę. Szefowa Komisji, została powołana na urząd jeszcze w 1996 r., kiedy Łukaszenka usunął z tej funkcji niewygodnego Wiktara Hanczara. Od prawie 16 lat, Jarmoszynę zapewnia swojemu prezydentowi zadowalające wyniki. Nic nie wskazuje na to, żeby tym razem miałoby być inaczej.

Jeśli więc opozycja nie liczy na jakąkolwiek formę wygranej, a Jarmoszyna stoi na straży wygranej Łukaszenki, to co może zmienić z góry przewidywalny scenariusz. Jest to ingerencja Rosji właśnie, do której obecna nagonka medialna jest tylko wstępem. Rosja mogłaby nie uznać wyników wyborów, co wcześniej zawsze czyniła. Brak dalszej legitymizacji rządów Łukaszenki ze strony Moskwy, mógłby doprowadzić do wielorakich konsekwencji, np. masowych protestów wśród społeczeństwa, które nie pozostaje głuche na doniesienia z rosyjskich kanałów. Dobrze przygotowane i obficie sfinansowane protesty mogłyby wynieść jednego z namaszczonych wcześniej przez Kreml kandydatów, na pozycję dotąd przez człowieka opozycji nie zajmowaną. Lecz Kreml nie musi ograniczać się do opozycji. W rozmowach o potencjalnych ruchach Moskwy, nie rzadko pada nazwisko obecnego premiera Siarhieja Sidorskiego, który obecnie częściej kontaktuje się z rosyjskimi oficjelami, niż skonfliktowany na wszystkich frontach Łukaszenka. Ostatnią „bronią”, którą może użyć Rosja są białoruskie służby specjalne. Podobno struktury siłowe kontroluje syn prezydenta Wiktor Łukaszenka. Pojawiają się też i głosy, że służb nie kontroluje już nikt, a postsowieckie afiliacje oraz konotacje z rosyjskim FSB, nie składają się na obrazek instytucji w pełni oddanej Łukaszence. Historia najnowsza, śledząca obszar wpływu byłego Związku Sowieckiego, wielokrotnie wskazywała na służby, jako grupę najszybciej odnajdującą się w momentach kryzysowych, potrafiącą związać się z potencjalnym zwycięzcą. Jeśli chęć Rosji na przejęcie steru białoruskiej polityki okaże się prawdziwa, służby specjalne mogą wypowiedzieć posłuszeństwo swojemu pryncypałowi, pomimo tych 16 lat, podczas których służyły mu wiernie bijąc, rozganiając, wsadzając do policyjnych suk i aresztów.

Zdaje sobie sprawę, jak daleko posuniętej „gdybologii” dopuszczam się, próbując przewidzieć możliwy finał nadchodzących wyborów na Białorusi. Byłoby jednak dziwne, gdyby wszystkie dotychczasowe ruchy Kremla, były tylko kolejnymi pogróżkami, które miałyby złagodzić i zmusić do uległości Aleksandra Łukaszenkę. Bez względu na rozwój sytuacji, tocząca się obecnie gra nerwów pomiędzy Mińskiem i Moskwą potwierdza rosnącą pozycję Federacji Rosyjskiej na obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw. Przy wątpliwych próbach wpływu, które czynił Zachód, a które najlepiej tu przemilczeć, Rosja pokazuje, że posiada odpowiednią technologię, pomysł i polityczną siłę, aby wpływać na losy swoich sąsiadów.

Facebook Comments
Łukasz Grajewski

Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracował w administracji publicznej, aktywny w trzecim sektorze (Fundacja Wspólna Europa, Polska Fundacja im. Roberta Schumana, Inicjatywa Wolna Białoruś). Autor licznych publikacji o Europie Wschodniej w polskich mediach.

Kontakt: l.grajewski@eastbook.eu

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY