Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Łukasz Grajewski

Białoruś: „Bieg do kantoru” – rozmowa z Aleksandrem Alachnovičem

…I jeśli mówić o zasługach Łukaszenki, to należy docenić, że w ogóle zdobył subsydia na tak długi okres, bo Białoruś płaciła europejskie stawki. Dług wynosił wtedy 1 mld. dolarów – wtedy to było sporo. A Łukaszenka przyszedł, w 1995 roku dogadał się z Jelcynem i dług anulowano…

Z Aleksandrem Alachnovičem, białoruskim ekonomistą rozmawia Łukasz Grajewski.

Na ile państwo powinno ingerować w gospodarkę?

To jeden z podstawowych sporów w ekonomii. U nas na SGH, w polityce czy po prostu wśród ekonomistów, nie znajdziesz dominującej opcji w tej sprawie. Ekonomia to nie fizyka, tu nie ma jednoznacznie określonych zasad. Tutaj nic nie jest oczywiste i bardzo trudno stwierdzić, że dane rozwiązanie jest na pewno lepsze od drugiego. I tak też jest z problemem zaangażowania się państwa w politykę. Profesor Balcerowicz, u którego pisałem pracę licencjacką, nauczył mnie pracy na przykładach. Porównywałem więc Białoruś i Polskę, co pozwoliło mi dojść do pewnych wniosków. Okazuje się, że 20 lat temu, te dwa kraje wychodziły z podobnego poziomu społeczno-gospodarczego. Białoruś nie była ani biedniejsza, ani bogatsza. No może trochę bogatsza pod kątem stanu służby zdrowia, czy edukacji. Jednak 20 lat minęło i pomiędzy Polską, a Białorusią powstała kolosalna przepaść. Nikt z Polski nie pojedzie pracować na Białoruś. A z Białorusi do Polski, jak najbardziej. Ponadto, siła oddziaływania warunków początkowych i wstrząsów zewnętrznych (rozpad RWPG i ZSRR) na osiągane wyniki maleje z upływem czasu. Dlatego, jeśli nie można  różnic w wynikach uzasadnić gorszą pozycją startową Białorusi, to zwrócić należy uwagę na politykę gospodarczą prowadzoną przez oba państwa.

Zanim zaczniemy oceniać politykę, zatrzymajmy się jeszcze na studentach SGH. Jakie obserwujesz nastroje i jakie pojawiają się pomysły na zajmowanie się gospodarką?

Nie widzę postaw skrajnych i mam tu na myśli okres ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego. Nikt z moich wykładowców nie zmienił się nagle w radykała. Zmieniła się sama polityka państw zachodnich, które zaczęły wprowadzać regulacje gospodarcze i mechanizmy kontrolujące i sprawdzające. Polityka większości państw zawiera się w konsolidacji finansów publicznych – to się tak ładnie nazywa, a chodzi o to, żeby łączyć i ciąć niepotrzebne wydatki. I najbardziej tną wydatki kraje rozwinięte. Nie rozwijające się, a rozwinięte właśnie, jak Niemcy, czy Wielka Brytania. Brytyjski rząd Camerona jest jednym z najlepszych przykładów skutecznej polityki zaciśnięcia polityki fiskalnej.

Targ w centrum Mińska, Autor: d_proffer Źródło: flickr.com

Domyślam się, że są to tematy szeroko dyskutowane na SGH. A o czym w takim razie dyskutują studenci kierunków ekonomicznych na Białorusi?

Też się nad tym często zastanawiam…

Jak wygląda 5-letni kurs ekonomii na białoruskich uczelniach? I o czym oni się uczą?

Obawiam się, że sytuacja jest analogiczna do lat komunistycznych w Polsce, gdzie nie patrząc na realia, próbowano udowodnić siłę gospodarki socjalistycznej. Podejrzewam, że na Białorusi, studenci słyszą o pozytywnym wpływie państwowej ingerencji w gospodarkę, o wynikającym z tego niskim bezrobociu, o równości obywateli, o mieszkaniach dla młodych rodzin, których zresztą i tak nie dostają. Na Białorusi, jak i we wszystkich państwach byłego Związku Sowieckiego, dominują postawy etatystyczne. Obywatele uważają, że im się po prostu należy. Ludzie są wyuczeni: kapitalizm jest zły, socjalizm jest dobry. I ludzie naprawdę wciąż w to wierzą. Ostatnio spotkałem kolegę, który skończył Białoruskie Liceum Kolasa (szkoła kojarzona z opozycją – przyp. red.). Rozmawialiśmy o gospodarce i polityce. W pewnym momencie padło pytanie: czy chciałbym, żeby na Białorusi dominował taki sam model gospodarczy jak w Polsce? Ja na  to, że jak najbardziej. A on, że dziękuję za taki model.

Ale co konkretnie mu się nie podoba?

Nie chce takiego modelu demokracji i już. Ludzie, nawet młodzi, mają wciąż bardzo spaczony punkt widzenia. To jest tak, że rodzice w to wierzyli i w domu nadal hołduje się tym tradycjom. Ludzie mimo, że żyją biednie, to wydaje im się, że zachód i kapitalizm jest skażony, że oni tego nie chcą. Bo trzeba strasznie harować, brakuje miejsca dla przyjaźni, dla człowieka, że wszystko robi się dla pieniędzy. A przecież wiemy, że tak nie jest. Może ludzie na Białorusi są równiejsi, ale równiejsi w biedzie.

Targ w centrum Mińska, Autor: d_proffer Źródło: flickr.com

Patrząc na białoruskich kolegów, którzy pierwsze kroki po przyjeździe do Warszawy kierują do Arkadii, albo Złotych Tarasów, nie mam wątpliwości, że ten ohydny kapitalizm im się podoba. Tylko, że to niewielki procent. Większość siedzi w kraju, poddana propagandzie, która wypływa z telewizora i z ust wykładowców. Poza tym białoruska gospodarka naprawdę się rozwija!

Rozwijała się.

No tak, ale obserwując ostatnie 17 lat, można mówić o prawdziwych sukcesach z jedynie tendencją spadkową ostatnimi czasy.

Też mi się wydawało, że gospodarka Białorusi się rozwija. Patrząc na zarobki w dolarowym ekwiwalencie, to o ile się nie mylę, w czasach przejęcia władzy przez Łukaszenkę najniższa pensja wynosiła 25 dolarów. Jeśli teraz zbliżamy się do 500 dolarów, to pensja podskoczyła dwudziestokrotnie. Tylko że, jak porównamy Polskę i Białoruś, to Białorusin dostaje  1,367 zł, a w Polsce płaca minimalna  jest o 20 zł większa. Białorusini dostają 3-krotnie mniej, przy cenach wyższych niż w Polsce. I tak, białoruska gospodarka rzeczywiście się rozwija. Może nie tyle, ile w oficjalnych statystykach, ale rośnie. Nie ulega wątpliwości, że poziom życia wzrasta i społeczeństwo może pozwolić sobie na więcej, ale tego nadal nie można porównać do Polski. Nie patrzmy na PKB – ten wskaźnik nie przekłada się na realny stan rzeczy, bo tam nadal niewiele kto może pozwolić sobie na zagraniczne wczasy. Dalej, porównajmy samochody, jakimi jeździ się w Polsce i na Białorusi, albo spójrzmy na mieszkania, które nawet w Mińsku, w stolicy, często nie widziały remontu od 15-20 lat. Ludzi nie stać na odremontowanie.

Nie stać na remont, ale stać na życie, bo czynsz i opłaty są bardzo niskie.

To nie jest zasługa państwa, a rosyjskich subsydiów. Niskie opłaty to zasługa tanich rosyjskich surowców.

Czy wszystkie sukcesy białoruskiej gospodarki można sprowadzać tylko i wyłącznie do tanich rosyjskich surowców?

Tak, można. Będę powtarzał, że wiele rzeczy najlepiej wychodzi na przykładach. Wyliczyłem, że w przeciągu ostatnich 10 lat, od 2001 r. do 2010 r., Białoruś rocznie zyskiwała na preferencyjnych cenach surowców ok. 16% swojego PKB. Podejrzewam, że część z tych pieniędzy wracało później do Rosji. Tam też ktoś na tym musi zarabiać, ale lwia część zostawała na Białorusi. Polska od 2004 r., otrzymuje od Unii Europejskiej sumy, które składają się na 3,5% PKB. Czyli w dużym skrócie, Białoruś od Rosji otrzymuje 16% PKB, a Polska od UE 3%. Chyba nie ulega wątpliwości, że polska gospodarka w porównaniu do białoruskiej rozwija się szybciej. A to w dużym stopniu zasługa tych trzech procent. Łukaszenka dzięki 16%, pozyskiwanych z rosyjskich surowców, które później odsprzedawał na zachód, mógł do niedawna dłubać w nosie. Gospodarka i tak szła do przodu. Tu nie potrzeba wcale mistrzów, aby zarządzać pieniędzmi. Po prostu, jeśli mamy tak ogromną ilość waluty, to nie trzeba się dużo więcej starać. Stąd ogromne sumy na wojsko, policje i służby. Przecież mundurowych na Białorusi jest więcej niż w Polsce, a mieszka tam 4 razy mniej ludzi.

Co takiego stało się, że obecnie głównym zajęciem białoruskich przedsiębiorców jest szukanie dolarów, których zabrakło w kantorach.

Znikły dotacje. Na przykład, jeżeli wcześniej mówiliśmy o 16%, to teraz ta dotacja sięga ok. 7%. To nadal dużo, ale jednak o połowę mniej. Podwyżka cen gazu i ropy i wprowadzenie cła na reeksportowaną z Białorusi na zachód ropę, uderzyła w wymianę handlową. Bo jeśli wymieniamy tyle samo, ale za mniej, to saldo musi się skurczyć. Wszystko szło cacy do 2007 r. Od kiedy zaczęły się konflikty z Rosją, to deficyt handlowy wzrósł od -4% w 2007 r. do -15,5% PKB w zeszłym roku. I tutaj zbliżamy się do niebezpiecznej granicy. W Polsce wymiana handlowa kształtuje się na poziomie -3% do -5% PKB, ale jest to z nawiązką pokrywane przez bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Na Białorusi pokrywamy nadmierny import wyłącznie z zadłużenia zagranicznego, które ostatnimi laty wzrosło czterokrotnie. Chyba nie potrzeba więcej dowodów, że zmiana polityki Rosji diametralnie wpłynęła na sytuację gospodarczą Białorusi. I jeśli mówić o zasługach Łukaszenki, to należy docenić, że w ogóle zdobył subsydia na tak długi okres, bo za Kiebicza (Wiaczesław Kiebicz – premier Białorusi w latach 1991-1994 – przyp. red.) Białoruś płaciła europejskie stawki. Dług wynosił wtedy 1 mld. dolarów – wtedy to było sporo. A Łukaszenka przyszedł, w 1995 roku dogadał się z Jelcynem i dług anulowano. To jest zasługa Łukaszenki. Jednak żaden inny człowiek, który dojdzie na Białorusi do władzy nie będzie mógł opierać się na rosyjskich subsydiach. Opozycja będzie musiała szukać oparcia w Zachodzie.

Kandydat opozycji, który potencjalnie przejąłby dziś władzę, bardzo łatwo mógłby doprowadzić do powtórki z chaosu ekonomicznego początku lat 90tych.

Jeżeli byłaby to osoba, która nie ma zaplecza gospodarczego, żadnej wizji państwa i planu reform to oczywiście tak. Przedsiębiorstwa padną, a ludzie przestaną otrzymywać pensje. Tu potrzebny jest człowiek z wizją. Jeszcze raz odniosę się do doświadczeń Polski. Pamiętajmy, że Polska pod koniec lat 80-tych była bankrutem, która nie potrafiła spłacać gierkowskiego zadłużenia, które wynosiło 65% PKB. Dodam, że obecne zadłużenie Białorusi wynosi 55%.

Czyli zbliża się.

Tak…Ale w Polsce przyszedł czas na reformy Balcerowicza. Wystarczyło 10 mądrych ustaw reformujących gospodarkę, aby rozpocząć transformację szokową, dzięki której w krótkim okresie czasu ustabilizowano sytuację. Demokratyczny kandydat na Białorusi, posiadający zaufanie Zachodu byłby w stanie…

Ale kto? Nie mówmy o hipotetycznym kandydacie opozycji. W ostatnich wyborach było ich dziesięciu. Mówmy konkretnie. Program ekonomiczny eksponował tylko Jarosław Romańczuk. Czy to był dobry program?

Romańczuk to człowiek z doświadczeniem ekonomicznym z dużą ilością praktyki zagranicznej.

Czy to co zaprezentował podczas kampanii można było uznać za spójny program reform, gotowy do wprowadzenia w życie?

Powiem szczerze, że nie dotarłem do całości programu, ale z tego co mówił, jak się pozycjonował, to pomysł miał niezły. Chciał zostawić, to co dobre oraz wprowadzić szereg nowych rozwiązań. Nawet jego hasło brzmiało „zostawimy stare, wprowadzimy nowe”.

Miał też hasło „Milion nowych miejsc pracy”.

Tak, to faktycznie było bardzo populistyczne, bo nie wiadomo, jak chciałby ten milion miejsc stworzyć. On na pewno nie był zwolennikiem gwałtownych zmian, tylko reformy „krok po kroku”. I jestem przekonany, że jeśli Romańczuk zdobyłby władzę i miał realny wpływ na politykę gospodarczą, to Białoruś rozwijałaby się lepiej, niż teraz za rządów Łukaszenki.

A w otoczeniu prezydenta nie wyczuwasz żadnych tendencji reformatorskich?

Była wprowadzona pewna dyrektywa, która miała przełożyć się na reformy, ale aktualnie nic się z nią nie dzieje. To była kwestia usprawnień gospodarczych, ale to nie działa. Nie wiem co myśli otoczenie prezydenta, ale Łukaszenka przede wszystkim boi się oddać władzę, a utrzymuje ją między innymi dzięki odpowiedniej polityce gospodarczej. Przykładowo: Ludzie zatrudnieni w państwowych przedsiębiorstwach pracują na zasadzie kontraktu, który pod koniec roku należy odnowić. A to wszystko po to, żeby ludzie bali się wyjść na ulicę, bo grozi im telefon od odpowiednich służb, dzięki któremu nie dostaną przedłużenia.

To znaczy, że nie ma żadnej chęci przeprowadzenia prawdziwych reform?

Chęć była przed wyborami, kiedy rzeczywiście w sierpniu 2010 r. Łukaszenka zwrócił się do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Władza dostosowała się do ich wytycznych, co wzbudziło pozytywne reakcje zachodnich ekonomistów. Niestety, na  pół roku przed wyborami wszystko się skończyło. Stwierdzono, że w tak gorącym okresie trzeba rzucić kiełbasę wyborczą. Płacę zwiększono o prawie 50%, bo co 5 lat, Łukaszenka określa pułap, który pod koniec kadencji zostanie osiągnięty. Tym razem było to 500 dolarów miesięcznej zapłaty. Za 5 lat ma być 1 tys. dolarów. Tylko, że ta podwyżka, była drugim obok czynnika rosyjskiego katalizatorem destabilizacji gospodarczej na Białorusi. Zaczęto podnosić ceny i redukować miejsca pracy. Ludzie jak dostali więcej pieniędzy to od razu pobiegli do kantorów, bo wiedzą, że to długo nie potrwa. To właśnie zwielokrotniło popyt na obcą walutę. Im więcej pojawiało się komunikatów, że nie będzie dewaluacji rubla, tym więcej ludzi udało się do kantorów. Bałagan trwa nadal.

Rozmawiał Łukasz Grajewski.

Aleś Alachnovič – student studium magisterskiego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, przewodniczący Studenckiego Koła Naukowego Finansów Międzynarodowych, młodszy ekonomista Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych Białoruś. Laureat V Mistrzostw Polski Debat Parlamentarnych. Autor licznych publikacji naukowych.

 

Chcesz wiedzieć więcej? Przeczytaj analizę:

Aleksandr Alachnovič – Koszty zaniechania reform: Białoruś w latach 1991-20111

Facebook Comments
Łukasz Grajewski

Socjolog, absolwent Studium Europy Wschodniej UW. Pracował w administracji publicznej, aktywny w trzecim sektorze (Fundacja Wspólna Europa, Polska Fundacja im. Roberta Schumana, Inicjatywa Wolna Białoruś). Autor licznych publikacji o Europie Wschodniej w polskich mediach.

Kontakt: [email protected]

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY