Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Polskie NGOsy w Unii Europejskiej – czyli sztuka przetrwania

Sprawiedliwości nie ma, ale porządek musi być!” – mawiała pewna znajoma góralka z Tatr. To samo chce się zakrzyknąć w stronę Brukseli, kiedy patrzy się, w jaki sposób UE obdziela grantami europejskie organizacje pozarządowe.

Ile znasz wschodnioeuropejskich organizacji pozarządowych o zasięgu międzynarodowym? Autor: AK

Kontekst

4 czerwca 1989 odbywają się pierwsze, częściowo wolne wybory. Upada ZSRR. Z Polski wyjeżdża Armia Czerwona. Nad Wisłę wraca demokracja i od samego początku zmaga się z dwiema zmorami minionego systemu. Pierwsza to spuścizna systemu polityczno-ekonomicznego: zatomizowane i podzielone społeczeństwo. Oduczone zespołowego działania, nieufne, zagubione w warunkach uwolnionego nagle rynku. Druga to zaległości. Kiedy przez 45 lat po wojnie zachodnie demokracje beztrosko rozkwitały pod osłoną amerykańskiego systemu bezpieczeństwa, hojnie użyźnione pomocą finansową Planu Marshalla, po drugiej stronie wytrwale i skutecznie upośledzano dorobek cywilizacyjny. I chociaż w zmaganiu z tym niechcianym spadkiem minęło już ponad 20 lat, wciąż pozostaje wiele do zrobienia.

Poziom kultury politycznej, zamożności czy rozwoju społecznego wciąż nie przystaje do standardów zachodnioeuropejskich. Nie ma i nie może być w tym nic dziwnego. W czasie kiedy Europa Wschodnia była eksploatowana ekonomicznie bez możliwości sprzeciwienia się, Europa Zachodnia wypracowała przewagę, na wszystkich polach działania. Największy z sukcesów transformacji, pozostanie tylko sukcesem transformacji, której Europa Zachodnia nie przechodziła, bo przechodzić nie musiała. Przewaga, jaką zdołały wypracować kraje starej Unii Europejskiej nie jest i długo jeszcze nie będzie możliwa do doścignięcia dla jej nowych członków, takich jak Polska.

1944: Koniec powstania w Paryżu i w Warszawie. Strona prawa: autor Jack Downey, źródło: pl.wikipedia.org / Strona lewa: kadr z filmu Miasto ruin, źródło: you tube.

Polskie organizacje pozarządowe

Powyższy wstęp stanowi odpowiedź na pytania o większości zapóźnień Wschodu względem Zachodu Europy. Tak jest w kulturze, nauce, gospodarce, wszystkim. A trzeci sektor nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Trudno się dziwić, że rozwój polskich organizacji pozarządowych, nie zdążył osiągnąć zachodnioeuropejskich standardów. Rozwija się zaledwie od 20 lat. Cóż to jest w zestawieniu z organizacjami działającymi w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czy Francji, które istnieją dwa lub trzy razy dłużej.

Doświadczenie, to tylko jeden z czynników decydujących o przewadze. Drugim jest zasobność. I tu znowu przepaść. Jeśli przyjmiemy, że NGOsy są determinowane siłą rodzimego biznesu, to jakie będą polskie? Słabe. Bo polski biznes jest tak samo młody, jak trzeci sektor. Siłą rzeczy nie jest on w stanie zapewnić takiego zaplecza, jakie biznes na zachodzie daje swoim NGOsom. Przy czym jedna ważna uwaga: biznes rządzi się zupełnie innymi zasadami. Funkcjonowanie organizacji pozarządowych i biznesu, to dwa oddzielne światy. To co w trzecim sektorze nazywa się współpracą, w biznesie jest rywalizacją. A partner to w biznesie konkurent, który bez skrupułów walczy o miejsce na rynku. Tym samym, biznes w Polsce zamiast wspierać rodzime organizacje pozarządowe musi w pierwszej kolejności walczyć o przetrawiane.

Cóż powiedzieć o zwykłym obywatelu? Ten potencjalny darczyńca zarabia średnio 600 euro netto. Przy czym co 10 nie pracuje lub jest na emigracji zarobkowej. Ustawa umożliwiająca przekazanie 1% podatku dla wybranej organizacji pożytku publicznego, to jedyne pozytywne zjawisko. Ale to wciąż kropla w morzu potrzeb.

Wszystko to sprawia, że warunki wewnętrzne dla funkcjonowania polskich organizacji pozarządowych to nie raj na ziemi. Kondycja polskiego biznesu oraz możliwości finansowe przeciętnego obywatela sprawiają, że zdolności operacyjne polskich organizacji są bardzo ograniczone. W tej sytuacji zbawienne okazuje się wsparcie udzielane przez państwo oraz majętne organizacje zagraniczne ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Szwajcarii, czy Skandynawii. Kresem finansowej udręki polskich organizacji pozarządowych miało się stać przystąpienie Polski do UE.

Dlaczego nie UE?

Kiedy w 2004 Polska wchodziła do Unii Europejskiej – największego grantodawcy na świecie – zdawało się, że problemy finansowe polskich organizacji pozarządowych znikną raz na zawsze. Nic bardziej mylnego. Opracowanie sporządzone przez Elżbietę Kacę z Polskiego Instytutu Spraw Publicznych obnaża drastyczne dysproporcje. Liczby mówią same za siebie. Ilość grantów przyznawanych przez KE na pomoc rozwojową organizacjom, instytucjom i firmom w krajach członkowskich to dla porównania: 331 – Francja, 309 – Wielka Brytania, 256 – Włochy i 18 (!) – Polska (pierwsza na liście z nowych krajów członkowskich), 11 (!) – Czechy, 9 (!) – Estonia (dane za 2008 i 2009).

Przytoczone dane prezentują sposób rozdysponowania 7, 64 mld euro, co stanowi 20% całkowitej pomocy rozwojowej UE. Przyczyna dysproporcji? Wkład własny i nie mniej ważny język. Wkład własny – skromne 20-25% jakie spotykamy najczęściej w wymogach, to bariera nie do przeskoczenia. Na palcach jednej ręki policzyć można w Polsce organizacje, które są w stanie wyłożyć 20 tyś. euro wkładu własnego. Co dopiero mówić o większych projektach. Kwoty, które w Brukseli mogą być uznawane za niskie, tu w Warszawie wciąż są bardzo wysokie. Kryteria przyznawania grantów są przystosowane dla dużych organizacji z Zachodu. Wykarmiane przez dziesięciolecia grantami Komisję Europejską zdołały osiągnąć rozmiary i liczebność, umożliwiającą narzucanie polityki przyznawania grantów. Polityki, która zamyka drogę do tych samych środków ich kolegom ze Wschodu. Oczywiście wypada w tym miejscu nadmienić o małym ukłonie, jakim było obniżenie pułapu wkładu własnego do 10%. Jednak ze względu na długość trwania taryfy ulgowej, uczynić to można jedynie z grzeczności. Jak przez 3 lata dociągnąć do I Ligii Mistrzów, która lekko licząc, rozwija się od 60 lat?

Język to druga istotna bariera polskiego NGO w walce o środki. Nie bez powodu największa liczba grantów płynie do Wielkiej Brytanii i Francji. Angielski i Francuski to jedyne języki, w jakich przyjmowane są aplikacje. Czy to w porządku wobec społeczeństwa, którego nawet najmłodsze pokolenie zdołało się jeszcze otrzeć o obowiązkową i powszechną naukę języka rosyjskiego? Przecież UE obowiązują 23 języki urzędowe. Dlaczego więc wnioski przyjmowane są tylko po angielsku i francusku? W grę wchodzi już nie tyle umiejętność pisania wniosku w obcym języku, ale jego poprawność oraz sam dostęp do informacji o grancie. Patrząc na statystyki widać, że nie tylko dla polskich organizacji wymóg ten jest wyjątkowo dotkliwy.

Grzech niepamięci

Zdjęcie samochodów produkowanych w RFN i PRL w latach 50 tych. Zrozumienie realiów życia po wschodniej stronie żelaznej kurtyny i ich konsekwencji oraz przyczyn wciąż znajduje się poza wyobraźnią większości mieszkańców Zachodu, autorzy: Stahlkocher i Herranderssvenssonźródła: pl.wikipedia.org

Nie chcę myśleć, że przedstawiona sytuacja to przejaw spisku organizacji z krajów starej Unii, które umówiły się, aby wyizolować NGOsy z nowych krajów członkowskich od wodopoju. Nie bez powodu przywołałem na początku kontekst historyczny. Bo rzeczywiste przyczyny niesprawiedliwości w kryteriach przyznawania grantów mają znacznie głębsze podłoże. Tkwią one w czymś, co nazwałbym grzechem niepamięci oraz utratą powszechnego rozumienia czynników, które parę pokoleń temu rozdzieliły ścieżki rozwoju obu stron kontynentu.

Gdy jedna część Europy kwitła, druga z trudem egzystowała. Nie bez powodu podział na duże i liczne oraz małe i nieliczne organizacje pozarządowe ma charakter geograficzny i pokrywa się z granicami dawnych bloków politycznych. Z własnego doświadczenia wiem, że moi sąsiedzi z Europy Zachodniej często zapominają lub nie uzmysławiają sobie tego, że warunki, w jakich mogli się rozwijać nie są ich zasługą. Tak jak brak tych warunków po drugiej stronie nie jest winą mieszkańców Europy Wschodniej. Więcej empatii i zrozumienia tego zjawiska w 70 po zakończeniu wojny przeniosłoby wreszcie autentyczną, a nie tylko powierzchowną sprawiedliwości na kontynencie. Także w dystrybucji unijnych grantów. Póki co więc, polskie organizacje mają spartańskie warunki rozwoju. Pozostaje mieć nadzieję, że ten surowy chów sprawi, że za kilkanaście lat będą to najprężniejsze organizacje w regionie.

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY