Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Reportaż: Ryzyk-fizyk, czyli prawdziwe historie graniczne

Sąsiadka Polska daje wielu naszym rodakom jedną z niewielu szans zarobku. Co prawda w tym celu trzeba poważnie ryzykować, ale pragnienie godnego życia skłania i do takich postępków. Autor tych słów spędził kilka dni z ludźmi, dla których przejazdy na drugą stronę Bugu stały się rutynową pracą.

Przejście graniczne w Brześciu, autor: Yulia Sanchez, źródło: flickr

Żeby zarobić, obowiązkowo trzeba wiedzieć gdzie kupić i komu sprzedać, a także jak schować i jak przewieźć. Ryzykujesz, ale jak to mówią na granicy, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana Michel… Wieczorem dzwoni dzwonek. To jeden ze znajomych, z którym parę miesięcy temu poznałem się na granicy. Dmitrij ma 35 lat, pracuje w prywatnej fabryce mebli, ale pensja w wysokości 1,5 mln białoruskich rubli to dla niego śmieszna kwota, biorąc pod uwagę że spłaca on kredyt oraz musi nakarmić żonę z dwójką dzieci. Dlatego też Dmitrij przy każdej nadarzającej się okazji jeździ do Polski. Tym razem proponuje wspólny wypad. Zgadzam się. Tym bardziej, że w domu lodówka świeci pustką, a w Białej Podlaskiej mam parę spraw do załatwienia.

Paliwo, Bielamory i pieluchy

Wyjeżdżamy z samego rana, ale nie w kierunku przejścia granicznego, tylko do jednej z pobliskich wiosek. Tutaj tankujemy diesla do pełna. – Tak go rozepchałem, że dwadzieścia litrów więcej wchodzi – obwieszcza z dumą Dima. Zarówno mnie, jak i mojego znajomego mało interesuje pochodzenie tego paliwa, najważniejsza sprawa to cena. Wszyscy doskonale rozumieją, że paliwo zostało odlane z maszyn budowlanych. Ale chłopu na wsi z rana chce się wypić, dlatego paliwo sprzedaje za śmiesznie niską cenę. Po napełnieniu baku podjeżdżamy do najbliższego lasku. Dima zaczyna chować wewnątrz samochodu pięć wagonów papierosów. Ja w tym czasie obdzwaniam ludzi, którzy stoją na różnych przejściach granicznych, żeby dowiedzieć się jak długa jest kolejka i jaki nastrój panuje wśród celników. – Jakie papierosy tam naładowałeś? – pytam się. – Fest. – I Polacy będą palić to świństwo?. – Wszystko wypalą. Wcześniej im woziliśmy Bielamory to też palili. Wyjaśnijmy. Na Białorusi „Festy” sprzedaje się za 1100 białoruskich rubli za paczkę, a w Polsce – za ok. 3 zł. Doliczmy jednak ryzyko, począwszy od konfiskaty papierosów i zapłacenia wysokiego mandatu, a skończywszy na anulowaniu wizy.

Jedziemy przez „Warszawski most”. Kolejki specjalnie długiej nie ma, pracują szybko. Po drugiej stronie Bugu rządzi tak zwana „czarna brygada”. Dlatego też nie stajemy w kolejce, tylko parkujemy na boku i czekamy, aż „czarni” odejdą. Całe szczęście kontrolę kończą dosyć szybko. Przyklejamy uśmiechy do twarzy i w miarę szybko mijamy polską straż graniczną i celników. Obieramy kurs na polską wioskę, która znajduje się piętnaście kilometrów od granicy. Tutaj u miejscowego rolnika zlewamy paliwo i sprzedajemy papierosy. W tej sposób Dima staje się szczęśliwym właścicielem waluty.

Jedziemy do Białej Podlaskiej. Trafiamy na wyprzedaż. Kupujemy dżinsy za 20 złotych i koszulki za 6 złotych. Dima kupuje dla córki adidasy za 4 złote i mówi, że na Białorusi takie kosztują już 80 tys. rubli. Znajdujemy opony w dobrej cenie i jeszcze kilka towarów, które można korzystnie sprzedać w kraju. Przy tym część pieniędzy zwraca się przy następnej wyprawie. W interesie Polaków jest to, żeby ich produkty wywozić za granicę i dlatego zwracają podatek VAT – 23% ceny towaru. Przed powrotem na granicę Dima wymienia pieniądze według kursu 2.78 zł za dolara. – Mam kredyt w rublach, chcę go szybko spłacić – mówi. Później sprzeda dolary po 7 000 białoruskich rubli za dolara.

Ze względu na to, że i tak udajemy się do strefy celnej, to podjeżdżamy do tak zwanego prosiaczka (postój od razu przy granicy, na którym wszyscy wymieniają się towarami na czas przejazdu przez granicę) i bierzemy ze sobą dziecięcą kołyskę (dają za nią 60 tysięcy rubli) i jeszcze jakieś drobiazgi. Podrzucamy również dwie studentki, jako że towaru w samochodzie mamy zdecydowanie więcej, niż jest dozwolone. Przestawiamy zegarek na 20:00 i akurat trafiamy na zmianę. W kolejce mnóstwo znajomych twarzy. Dostrzegam urzędnika Komitetu Wykonawczego, który schował się w samochodzie, jak tylko mnie zauważył. Kierownik dużego przedsiębiorstwa, poruszając wąsami wciska się ogromnym brzuchem do kabiny, w której celnicy odznaczają „VAT-y”. Sprzedawca z prywatnego pawilonu na Kowaliowce rozdaje do przewiezienia pieluchy, bo jego bus jest przeładowany. W kolejce głośno dyskutują o białoruskiej stabilizacji i dochodzą do jednego wniosku – Polska nie da umrzeć z głodu wszystkim stojącym w kolejce. Już wiemy, że przyszła „dobra zmiana”. Dlatego unikając zbędnych nerwów podjeżdżamy do celników i bez problemów mijamy granicę. Znajomy oddycha z ulgą i podlicza dochód. Wyprawę można zaliczyć do udanych.

Stacja kolejowa w Terespolu nieopodal granicy z Białorusią, autor: Timon91, źródło: flickr

Striptiz na przejściu

Inna przepracowała 2 lata w szkole i zrozumiała, że za nauczycielską pensję nie bardzo da się wyżyć. Spróbowała wielu różnych zajęć i w końcu znalazła swoją niszę. Dostała się na studia zaoczne na jednym z polskich uniwersytetów, a w czasie wolnym jeździ na wyprzedaże i do hurtowni. Przewóz towarów na Białoruś to także główne zajęcie dla kobiety, która towarzyszy mi i Innie w samochodzie. Iryna to kobieta w średnim wieku. Przejażdżki do Polski to dla niej chleb powszedni. W zasadzie to jest jej praca: stanie dniami i nocami na granicy, okutawszy się w dziesiątki różnych ubrań. Nic przyjemnego!

Po zebraniu towaru Irena dzwoni do dwóch znajomych i zajmuje miejsce w kolejce. Mieszkańcy Brześcia nie lubią stać w kolejce. Dlatego, jak to się mówi, włażą w nią. Wystarczy, że ktoś w kolejce się zagapi, ziewnie, albo się zdrzemnie i już przed nim pojawia się inny samochód. Dlatego funkcjonuje żelazna zasada: im szybciej się orientujesz, tym szybciej jedziesz i więcej zarabiasz. Wkrótce przyłączają się do nas jeszcze dwie kobiety i rozpoczyna się „striptiz”. Panie rozbierają się do majtek i zaczynają owijać się ubraniami. Ludmiła, która pracuje jako wychowawczyni w przedszkolu, dzięki swojej budowie ciała przewozi na sobie około 60 ubrań. Na każdej sztuce zarobi od pół dolara do 5-7 dolarów. Cały ten towar prędko pojawi się na „starym mieście”, gdzie kupią go za dużo większe pieniądze nasi pobratymcy, którzy nie mają wizy. Na przykład kurtka, którą Irena kupiła w Polsce za 12 zł, a według oficjalnego kursu na ten dzień to koszt 18 tysięcy białoruskich rubli, zostanie sprzedana na brzeskim rynku za 150-200 tysięcy rubli. I winni temu nie są ci, którzy zajmują się jej sprzedażą i transportem, a ci, którzy ustalają zasady gry. Sprzedawcy muszą zapłacić podatki, rozliczyć się za transport, kupić walutę i na koniec jeszcze coś zarobić.

Wróćmy jeszcze na granicę. Kiedy podjeżdżamy do celników i strażników granicznych, atmosfera panująca w samochodzie jest napięta. I jest to zrozumiałe. W samochodzie znajduje się powyżej 150 rzeczy, a należy wziąć pod uwagę, że przy takiej częstotliwości przejazdu można przewieźć nie więcej, niż 3 sztuki. Tym razem nam się powiodło, celnicy nie przeprowadzili dokładnej kontroli, przepuścili nas. Wiadomo, celnik dokładnie wie, kto co przewozi i jeśli zechce, to bez zbędnych pytań wszystko znajdzie. Ale on też się troszczy, żeby nasi obywatele nie poumierali z głodu i dlatego ludzi o znajomych twarzach kontroluje się zazwyczaj niezbyt dokładnie.

Jest już prawie czwarta rano, kiedy opuszczamy przejście graniczne. Ludmiła narzeka, że znowu nie uda jej się przespać przed pracą. W przedszkolu po ostatnich wystąpieniach Łukaszenki znacznie podwyższono dyscyplinę i dlatego nie wolno spóźnić się nawet minuty. – Jakie to jest już nudne! – mówi kobieta – Kiedy zaczniemy żyć po ludzku? Poza pracą i granicą nic nie widzę. Ale co zrobić? Nie mam wyboru, za wypłatę wychowawczyni nie wykarmię i nie ubiorę siebie i dwójki dzieci. Wszyscy w milczeniu przyznają jej rację.

W tym samym czasie kobiety uwalniają się od dziesiątek kurtek, dżinsów, swetrów, rajstop, koszulek. – A co będzie latem, jak będziecie te towary przewozić? – pytam się kobiety. – Coś wymyślimy. Białorusini są najbardziej pomysłowym narodem na świecie. I żywotną. Patrz jak długo nas męczą, a my nie tylko żyjemy, ale w dodatku żartujemy… – odpowiada Irena.
Do domu podjeżdżamy wraz ze wschodem słońca. W tym czasie, kiedy ja będę spać, Ira rozwiezie towar i pojedzie po nową partię. Dima zatankuje do pełna swój stary zagraniczny samochód, napakuje go papierosami i znowu zagra w ruletkę. Pewnie tak jest lepiej. Lepiej ryzykować, niż żyć na kolanach i zadowalać się wódką i słoniną.

Wszystkie imiona osób występujących w tej historii, a także pewne cechy szczególne zostały zmienione.

O autorze: Aleś Lewczuk jest niezależnym białoruskim dziennikarzem mieszkającym w Brześciu.

Artykuł został wyrózniony w konkursie organizowanym przez Eastbook.eu na artyuł o Partnerstwie Wschodnim.

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY