Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Wojciech Górecki „Planeta Kaukaz”

Mamy przyjemność zaprezentować Państwu pierwszy z fragmentów „Planety Kaukaz”. Ciesząca się uznaniem książka Wojciecha Góreckiego zdążyła zadomowić się już w świadomości polskich czytelników. Mamy przekonanie, że jej angielskie i rosyjskie wydanie zdobyłoby nie mniejszą popularność. Dzięki uprzejmości autora, specjalnie dla czytelników Eastbook.eu, jako pierwsi publikujemy rozdział Hinalug w językach angielskim i rosyjskim. Życzymy przyjemnej lektury!

Mieszkańcy Hinlaug, autor: Wojciech Górecki

Mieszkańcy Hinalug, autor: Wojciech Górecki

HINALUG

Pewien starzec z Hinalugu wędrował doliną Kudijalczaju. Gdy zbliżył się do aułu Susaj, napotkał kilku mężczyzn i pozdrowił ich. Oni jednak nie odpowiedzieli i nie poprosili, aby ogrzał się przy ognisku. Zobaczywszy zaś, jak licho jest odziany, jak wysłużoną ma baranicę i jak bardzo zniszczoną papachę, zaczęli zeń szydzić: „Cóż za niedźwiedź nadchodzi! Ale biedaczek wyliniał!”. Starzec odparł im na to: „Nie jestem niedźwiedziem. Żaden niedźwiedź nie zapuści się tam, gdzie grasują psy”. Lecz oni nie zawstydzili się i wciąż mu urągali. Wtedy starzec powiedział: „Moja droga będzie prowadzić przez wasze cmentarze”.

Z hinalugijskiej przypowieści

– Za Wielkiego Boga – zaproponowałem.
– Za Wielkiego Boga! – zgodził się Jacek.

Wypiliśmy.

Minęła dziesiąta. W hotelu i w całym mieście wyłączyli światło. Równocześnie zerwał się wiatr: szarpnął blaszanym dachem, zadudnił w rurach i z impetem uderzył w okno. Jęknęły nieszczelne futryny, zamigotała dopiero co zapalona świeczka. Nagle zrobiło się bardzo zimno

W pokoju były stół, taboret i trzy żelazne łóżka – ze zbutwiałymi materacami. Był jeszcze cieknący kran oraz miednica, która zastępowała umywalkę. W szparach pomiędzy podłogą a ścianami kłębiło się robactwo. Nie wiedzieliśmy, jak długo przyjdzie nam tu mieszkać. Trzeba było jakoś się zagospodarować.

Zeszliśmy po omacku na parter. Hall był pusty, ani śladu recepcjonisty, który jeszcze godzinę wcześniej urzędował za kontuarem podobnym do szkolnej ławy. W przybudówce, gdzie za dnia uwijał się fryzjer, golący swoich klientów archaiczną, wygiętą w półksiężyc brzytwą, teraz popiskiwały szczury. Pod nogami chlupotała woda, kałuże zdążyły rozlać się w kilku miejscach. Szarpane wiatrem drzwi trzaskały w ościeżnicę. Chcieliśmy je zamknąć, ale nie miały klamki.

Wróciliśmy na piętro. Nigdzie żywego ducha. Tego dnia na pewno byliśmy jedynymi gośćmi. A może nikt nie zatrzymywał się tu od tygodnia, miesiąca, roku? W składziku koło schodów znaleźliśmy kilka koców, cienkich jak prześcieradła. Dobre i to. Jednym uszczelniliśmy okno w pokoju, pozostałymi się okryliśmy. W kącie położyliśmy kawałek chleba i trochę zieleniny, żeby zwabić karaluchy. Wolnym łóżkiem zastawiliśmy wejście. Nic więcej nie było do roboty.

– Za Uastyrdży! – brnąłem.
– Za Uastyrdży! – zawtórował Jacek.

Miękki azerbejdżański koniak zagryzaliśmy czekoladą.

Do Kuby (Guba) przyjechaliśmy autobusem z Baku w samo południe. Na dworcu miał czekać Pan Bajramow, znajomy naszych przyjaciół. Poprzedniego dnia rozmawialiśmy z nim przez telefon. Obiecywał, że transport do Hinalugu załatwi od ręki, że natychmiast ruszymy w dalszą drogę. Bajramowa jednak nie było.

Poszliśmy do urzędu powiatowego, gdzie Bajramow pracował. Spodziewano się go lada chwila. Coś mu wypadło. Przysiedliśmy w sali konferencyjnej, wypiliśmy podsuniętą herbatę. Bajramow nie nadchodził. Mijały kwadranse, piliśmy kolejne herbaty. Bajramowa ciągle nie było. Zniecierpliwieni, zagadnęliśmy o Hinalug naczelnika. Potwierdził, że to żaden problem. Kazał przyjść za pół godziny. Przyszliśmy. Naczelnika nie było. Sekretarka radziła poczekać. Poczekaliśmy, wróciliśmy. Nie było sekretarki.

Poszliśmy na policję. Komendant znał Bajramowa i przyrzekł go odnaleźć. Podobnie jak urzędnicy był zdania, że do Hinalugu dostać się łatwo. Tymczasem odwiózł nas do hotelu. Przez następne godziny krążyliśmy pomiędzy pokojem, gdzie zostawiliśmy rzeczy, a pobliskim skwerem. Stały tam budy i można było kupić jedzenie. Raz oddaliliśmy się na dłużej. W tym czasie był policjant. Powiedział recepcjoniście, że ktoś przyjdzie i zabierze nas na kolację. Od tej pory nie ruszaliśmy się na krok, lecz nikt nie przyszedł. Zrobiła się noc, a my wciąż tkwiliśmy w Kubie.

Pomysł, by prosić o pomoc kaukaskich bogów, zrodziła krańcowa desperacja.

Czasem w podróży bywają dni, kiedy nic się nie udaje. Plany nagle biorą w łeb, a ludzie ni z tego, ni z owego odwracają się plecami. Nie chodzi o to, że po prostu coś nie wyjdzie, że ucieknie ostatni autobus albo że nie ma gdzie wymienić pieniędzy. Chodzi o cały ciąg fatalnych zbiegów okoliczności, zbyt nieprawdopodobny i irracjonalny – by można mówić o zwyczajnym pechu. Nie należy się wówczas miotać i wpadać w złość. Nie należy upierać się przy ustalonym wcześniej programie. Zamiast tłuc głową w mur, lepiej złą passę przeczekać. Karta musi się w końcu odwrócić.

Takie dni uczą pokory, narzucają dystans. Pozwalają złapać oddech. Przerwa w podróży to dobra okazja, by uzupełnić notatki, nadrobić zaległości w lekturze, pouczyć się języków albo zrobić przepierkę. Zająć się mnóstwem pożytecznych rzeczy, na które zawsze brakuje czasu.

Wtedy w Kubie też powinniśmy poddać się losowi: zostać w mieście, które jest najważniejszym ośrodkiem azerbejdżańskich Lezginów, zwiedzić meczety,przejść na drugi brzeg Kudilczaju do żydowskiego osiedla Krasnaja Słoboda, rzucić okien na okolice. Hinalug zawładnął już jednak naszą wyobraźnią. Przyciągał. Hipnotyzował. Odurzał. Znajdowaliśmy się czterdzieści kilometrów od celu i musieliśmy się bardzo spieszyć – była połowa listopada, w każdej chwili śnieg mógł zasypać przełęcze.

 

Następny fragment już w sobotę.

 

Wojciech Górecki (ur. 1970). Ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich, b. radca Ambasady RP w Baku. Autor kilku książek, m.in. Planety Kaukaz, La terra del vello d’oro. Viaggi in Georgia oraz Toastu za przodków, za który otrzymał nominację do nagrody Nike 2011. Obecnie związany z Fundacją Solidarności Międzynarodowej.

 

Niniejszy tekst jest wyjęty z licencji Creative Commons. Wszelkie prawa zastrzeżone dla autora tekstu.

Czytaj również:

Recenzja książki Abchazja Wojciech Góreckiego

Wywiad z Wojciechem Góreckim: Abchazja to stan uwikłania

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY