Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paweł Kowal

Paweł Kowal: W kolorze blue

Niebieska Ukraina miała szansę na sukces. Wygrana Wiktora Janukowycza w 2010 roku była dobrym punktem startowym: nowy prezydent zawieść już nie mógł. Z jednej strony nie miał on najlepszej prasy na Zachodzie, z drugiej zaś powszechne było rozczarowanie nieudolnym i niepopularnym w ostatniej fazie swego przywództwa Wiktorem Juszczenką. Łatwo było pokazać, że jest lepiej niż można się było spodziewać.

Centrum Kijowa, autor: Javier R. Linera, źródło: flickr.com

Zmarnowany kredyt zaufania

Pomarańczowa Ukraina, najczęściej nie do końca słusznie kojarzyła się ze wszystkim co najgorsze: nie dotrzymywaniem zobowiązań, kłótniami, niekonsekwencją. Być może Janukowycz był dla Zachodu nawet łatwiejszym partnerem od poprzednika: Bruksela lubi bowiem ten typ wschodniego pragmatyzmu: do Unii „ale powoli”, nie do NATO bez akceptacji Rosji i stabilizacja ponad wszystko. Niebieski przywódca dostał kredyt zaufania od liderów Zachodu: prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego i szefa Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. W pierwszą podróż wybrał się do Brukseli: przyjął go cały europejski areopag. Wydawało się, że sprawy pójdą dobrze.

Niebieska Ukraina jednak zaskoczyła negatywnie. Pierwsze oznaki, że dzieje się coś niedobrego pojawiły się szybko: próby przejmowania opozycyjnych mediów, manipulacje podczas wyborów samorządowych w 2010 roku, nagłe zmiany konstytucji, przywrócenie silnej władzy prezydenta, polityka szkolna nastawiona na osłabianie języka ukraińskiego, ograniczanie niezależności wyższych uczelni, szczególnie Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, osłabienie politycznej orientacji na NATO, oficjalne ogłoszenie nowej, „dziwnej” doktryny w polityce zagranicznej, tak zwanej „pozablokowości”. Jak na niecałe dwa lata bilans działań nowej władzy był imponujący, ale pesymistyczny. Każda z tych spraw znajdowała jakieś wytłumaczenie, ale każda oddzielnie. Razem robiły jak najgorsze wrażenie.

Sytuację już od wiosny 2011 roku ratował tylko wicepremier Andrij Klujew, któremu prezydent Janukowycz powierzył negocjacje umowy stowarzyszeniowej i umowy o wolnym handlu z Unią. Dotąd, znany w Europie co najwyżej z osobistej przedsiębiorczości wicepremier pokazał się jako ambitny polityk i w zasadzie był blisko sukcesu. Do ostatniego dnia starego roku trwało wróżenie, czy Ukraina parafuje umowę z Unią. Było jasne, że jedynym promotorem postawienia parafy, czyli deklaracji, że rozmowy zostały zakończone może być już tylko Polska, której zależało na tym, aby w ten sposób ukoronować prezydencję w Radzie UE. Następująca po niej Dania, która podczas poprzedniej prezydencji 10 lat temu promowała współpracę ze Wschodem, tym razem nie jest aktywna na tej kwestii i było jasne, że aktywna nie będzie.

Samotna Ukraina

Niebieskiej Ukrainie z miesiąca na miesiąc ubywało przyjaciół, których Kijów i tak nie ma zbyt wielu w Europie. Aresztowanie i uwięzienie Julii Tymoszenko domknęło pewien etap. Na Zachodzie powstało wrażenie, ze mamy do czynienia z politycznym odwetem. Prezydent Ukrainy zaczął być porównywany do Putina czy Łukaszenki. Ale postępowanie z Tymoszenko przekroczyło także dopuszczalne standardy na Wschodzie – nawet opozycjoniści Putina w Moskwie przyznają, że zamknięcie byłej premier Ukrainy narusza reguły szacunku dla poprzedniej władzy. Oczywiste jest bowiem, że numeru celi pięknej Julii powinien się w tej logice nauczyć każdy członek ekipy Janukowycza – może się ona okazać stałym miejscem „VIP-owskim” w ukraińskiej polityce. W każdym razie relacje Ukrainy z Unią uległy faktycznemu schłodzeniu, po raz pierwszy od czasu śmierci Gongadzego w 2000 roku i nie widać sposobu na ich odblokowanie.

Tramwaj w Odessie, autor: Dieter Zirnig, źródło: flickr.com

Ukrainie została tylko Polska. Niemniej także liczni politycy nad Wisłą odczuwają niesmak, że zbytnio ręczyli za Ukraińców, że zostali wystawieni przez ukraińskich partnerów, którzy nie zrobili niczego, by dać na Zachodzie jakikolwiek pozytywny sygnał. W niektórych krajach Unii, a szczególnie w Polsce istnieje przekonanie, ze sąsiada nie można zostawić samego sobie. Próżno jednak szukać już polityków z wielkimi oczekiwaniami względem Kijowa. Wyparowała z politycznych elit Zachodu pragmatyczna postawa, by tymczasem podpisać umowę o wolnym handlu a ze stowarzyszeniową zaczekać. Pod wpływem ukraińskich perswazji przynajmniej niektórzy taki wariant brali na poważnie. Niewykluczone, że będzie odwrotnie: może być i tak, ze Unia zaproponuje parafowanie umowy stowarzyszeniowej, czyli części politycznej porozumienia, aby pokazać, co jest dzisiaj dla Zachodu ważne. Oznaczać to będzie jednocześnie postawienie wysokich politycznych warunków do podpisania obu umów. Praca Klujewa i poprzednich negocjatorów trafić musi, w takim przypadku na jakiś czas do archiwów, ukraiński rząd bowiem nie ma dzisiaj argumentów, żeby przekonać opinię publiczną w Europie, że nad Dnieprem wszystko jest w porządku jeśli chodzi o przestrzeganie praw obywatelskich.

Niebieskiej Ukrainie została do przekroczenia ostatnia bariera – pozostało mieć nadzieję, że jej nie przekroczy. Prezydent Janukowycz nie ustrzegł się logiki, w której wszystko, co kojarzy się z poprzednikami jest złe i należy to zmienić. Okazuje się, że w zasadzie właśnie wybory to ostatnia poważnie traktowana na Zachodzie pozostałość po „pomarańczowych”. Do samych wyborów bowiem, niezależnie już od tego, czy dojdzie do parafowania jakiejkolwiek umowy, nie wydarzy się już wiele. Dla Janukowycza wybory parlamentarne w tym roku są ostatnią przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku szansą na odwrócenie trendu, który sam zainicjował. Tym bardziej, że szczęście sprzyja mu jeszcze raz. Sama partia Julii Tymoszenko wyborów raczej nie wygra – ale do władzy może dojść szersza koalicja złożona z anty–niebieskich (ale już nie pomarańczowych!) sił, w skład którego wejdą także ludzie Tymoszenko. Wtedy szansę na stanowisko premiera ma Arsenij Jaceniuk.

W takim wariancie prezydent Janukowycz miałby okazję zaprezentować się jako współpracujący z politycznymi oponentami pragmatyczny przywódca. Jeśli jednak zwyciężą „niebiescy”, którym sprzyjać będzie zmieniona niedawno ordynacja wyborcza – Janukowycz nadal ma szansę na odnowienie rządu i wpuszczenie, a raczej wciągnięcie do niego grupy proeuropejskich pragmatycznych polityków z doświadczeniem w administracji rządowej, jak Petro Poroszenko. Ale warunkiem każdego z tych wariantów jest dobre przeprowadzenie wyborów. Czy prezydent Ukrainy jest zdolny do takich posunięć, będziemy wiedzieli za dziesięć miesięcy. Dwie rzeczy są pewne: Ukraina na ładne oczy już nic w Unii nie dostanie, a październikowe wybory Zachód będzie obserwował przez lupę. Po drugie zaś, zgodne z międzynarodowymi standardami wybory parlamentarne to ostatnia szansa dla Janukowycza na wyjście z tego, co znajomi Rosjanie nazywają „politycznym tupikiem”.

Tekst w wersji angielskiej ukaże się w magazynie Kyiv Post.

Sródtytuły pochodzą od redakcji portalu Eastbook.eu.

[blackbirdpie id=”170125301895020544″]

Facebook Comments

Dr Paweł Kowal jest posłem do Parlamentu Europejskiego, gdzie m.in. pełni funkcję Przewodniczącego Delegacji do komisji współpracy parlamentarnej UE-Ukraina. W poprzednich latach sprawował funkcję wiceministra spraw zagranicznych.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY