Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Ukraina: Wolontariuszy w trakcie EURO traktują jak niewolników

To miała być przygoda życia podczas turnieju światowej rangi, który pochłonął kilka lat przygotowań. Obserwuję piłkarskie mistrzostwa świata i Europy od wielu lat, to też nie wahałem się długo, gdy nadarzyła się szansa popracować woluntarystycznie  przy Euro 2012. Wybrałem Ukrainę, gdyż tutaj gra będzie się toczyć do samego końca.  Lato, czerwiec, stadiony i piłka nożna – czegóż chcieć więcej?

Stadion Olimpijski w Kijowie, autor: rafizeldi, źródło: flickr.com

Problemy zaczęły się od zwykłych kwestii organizacyjnych. Ludzie z centrum wolontariatu coś
poplątali, ale wszystko się wyjaśniło. Nie zniechęciłem się, pomimo że po akredytację jeździłem
kilka razy, ponieważ wciąż było coś nie tak. Z niedogodnościami wygrywała ciekawość!
Krótkie szkolenie, mili przełożeni. I w końcu praca! I to jaka! Trzeba było przygotować stadion
na mecz i przyjazd gości. Okazało się, że wiatr zerwał banery. Nic strasznego: od czego są
wolontariusze? Nawet nie zauważyłem jak minęło kilka godzin w ostrym słońcu. Później dla
odmiany zaprowadzono nas do pomieszczenia, gdzie leżały jakieś materiały i piłki. Unosiła się
lekka woń chemikaliów, a praca zajęła kolejne kilka godzin. Kolega zapomniał wody. Chciałem
zrobić mu przyjemność i poszedłem do lodówki po butelkę (mamy bezpłatną od sponsora).
Kiedy ją otworzyłem Sasza zatrzasnął mi drzwi przed nosem. „Nie możemy, to dla ludzi, którzy
tu pracują, rozumiesz?” Nie, nie rozumiem.

Na lunch dostajemy kolorowe pudełko z suchą kanapką w środku. Następnego dnia jest znacznie lepiej: obiad full wypas, jednak klimat nie dopisuje. Jestem wykończony, a kierowniczka krzyczy na dziewczyny, które na chwile usiadły dźwigając kolejne ciężkie kartony. Innemu wolontariuszowi dostaje się za to, że nie przyszedł do pracy. Nie ważne, że uprzedzał, że go nie będzie, bo źle się czuł. Wieczorem boli głowa, jakoś niedobrze człowiekowi.

Ale jest przecież stadion. Jest przecież mecz! Wszystko przygotowane na tip top, miejscowy bogacz dawno o to zadbał. Specjalne miejsca na stadionie dla majętnych gości: pij, jedz i oglądaj igrzyska! Bilet na strefę VIP-owską kosztuje drobne kilka tysięcy euro. Coś jednak nie tak… Gdy tylko piłkarze wyszli na boisko spadły pierwsze krople deszczu. Sędzia przerywa grę. Burza przeradza się w nawałnice, kolejne błyskawice przeszywają niebo. Oligarchę skręca ze wściekłości. Miały być igrzyska! Jest ściana wody i organizacyjna katastrofa. W tym samym czasie, w obwodzie czernowieckim, do pomieszczenia, w którym miejscowi deputowani opozycji oglądali mecz wdarli się uzbrojeni ludzie i zaczęli strzelać. Dwoje rannych i jeden zabity.

Ciemna strona Doniecka

Mieszkańcy Doniecka mówią, że ludzie, którzy byli niewygodni dla miejscowej władzy
są „zakatani w asfalt”. Nikt nie wie, co z nimi się stało. Leżą gdzieś zmieszani ze smołą i
betonem. Po Doniecku krąży historia, że i pod stadionem można znaleźć ciała. Komu przyjdzie
do głowy szukając ich niszczyć tak piękny obiekt? Jadąc po mieście samochodem jeden z
Ukraińców mówi: jedziemy po trupach. Czy to prawda? Sam nie wiem, nigdy się nie dowiemy.

Kolejny dzień pracy. Wolontariusze z Ukrainy, których jest zdecydowana większość, biorą po
dwie zmiany pod rząd, czyli czternaście godzin pracy za chleb i wodę. Nie róbmy, z tak pięknej
idei jaką jest wolontariat, niewolnictwa XXI wieku! Patrzę na stadion i czuję jak w raz z jego
historią odpływa ode mnie cała energia i optymizm. I nie obchodzą mnie już pokrzykiwania
kierownika.

Autor: Pragnął pozostać anonimowy

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY