Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Paweł Lickiewicz

TOP 5 rzeczy, których nie cierpisz w Ukrainie

Co jest bardziej przygnebiające – dziurawe i źle oznaczone drogi w Ukrainie czy opłakany stan toalet? Za skórę bardziej zachodzi ukraiński serwis i organizacja pracy, czy może jednak transport publiczny, który nie wiadomo kiedy przyjedzie i czy w ogóle dojedzie na miejsce przeznaczenia? Są rzeczy w Ukrainie, które odbierają cały entuzjazm i sympatię do kraju. Przedstawiam top 5 hate Ukrainy.

5. Decydują za nas, tam w Kijowie

 

Plac Niepodległości w Kijowie, autor: Wolfhowl, źródło: flickr.com

Apatia społeczna. Powszechne przekonanie beznadziei i braku możliwości wpływy na swoją sytuację. Fakt, że „zwykły” obywatel nie ma zbyt wiele do gadania, ale w Ukrainie przeświadczenie o bezsilności jest bardzo głębokie, a swój brak inicjatywy i lenistwo jest tłumaczone Kijowem.

Jak to działa? W Basztance w środkowej Ukrainie, choć ta nie jest wyjątkiem w skali kraju, istnieje problem ze śmieciami. Śmiecie walają się po chodnikach, klatkach schodowych i parkach. Największym problemem były na cmentarzu, gdzie w ogóle nie było miejsca na wyrzucanie starych kwiatów i zniczy. Wszystko co zużyte było składane na już drugą górę ze śmieciami (z wierzchołka pierwszej śmieci zaczęły się już turlać na dół) przy ścieżce prowadzącej do mogił. Przykry widok w i tak już niewesołym miejscu.

Rodzina, która gościła mnie na kolacji tłumaczyła, że nic nie mogą zrobić – bo ci w Kijowie nie dają pieniędzy na śmietniki. Proponuję by się nie oglądać na tych z Kijowa i żeby zrobić śmietniki samemu. Okazuje się, że to niemożliwe: – A kto to („śmieci”) będzie ci wywoził? W tym kraju nic nie można zrobić porządnie, nawet jak postawimy kosze – to nikt tam nie będzie wyrzucać śmieci, tylko specjalnie obok albo kopnie i wywróci.

Postawcie beczki stalowe, aby ich nie dało rady wywracać, proponuję. – Pokroją i ukradną- usłyszałem, – Ci z Kijowa nic nie robią. Niezależnie więc, czy chodzi o sfałszowane wybory, brudne ulice, dziury w drogach, emerytury, suszę, powódź, zamachy terrorystyczne, wypłata, korki na drogach i pogodę – wszystko jest winą Kijowa, który kradnie. Szara strefa na Ukrainie to około 40-50% PKB.  Póki co pozostaje chodzenie po ulicach miast w piekielnym słońcu z, cieknącym od resztek czekolady, papierkiem po batoniku w ręku, w poszukiwaniu kosza na śmieci.

#4 Serwis + pieniądze

Wschodnia Ukraina. Usiedliśmy w barze przy głównej ulicy miasta – jednym z licznych prospektów Lenina w kraju. Przyjemny letni wieczór. Zamówiliśmy dwie cole z wkładką i cytryną, jedną cole samą oraz mojito. Pani, która nas obsługiwała już sprawiała wrażenie urażonej naszą obecnością. Po pewnym czasie przyniosła dwie wkładki oddzielne, butelkę pepsi bez cytryny. Na drink czekaliśmy z 15 minut. Oczywiście nie było w nim rumu, tylko ta sama wkładka co w szklankach. Po zwróceniu uwagi, że to nie nasze zamówienie usłyszeliśmy zniecierpliwione „ale o co wam chodzi?!”. Może zwykły przypadek, tylko pech chce, że takie przypadki są niemal za każdym razem. Kwestia podawania dań jednocześnie dla wszystkich w restauracji, przynoszenia najpierw zupy potem głównego dania nie jest kwestią ogólnie wiadomą. No i Menu – jedno dla swoich i drugie dla tych z Europy. Cena na rachunku nie zgadza się z ceną w spisie dań i oczywiście jest miliom powodów dlaczego tak jest, ale dowiadujesz się o nich dopiero jak masz przed oczami rachunek większy niż być powinien. Nie chodzi zresztą o samą obsługę w knajpie, tylko podejście gdzie to człowiek jest wszędzie petentem, który musi walczyć o swoje : w urzędzie, gdy chce załatwić kolejną sprawkę (zaświadczenie), w sklepie gdzie chce kupić wodę, warsztacie, poczcie, kolei itd.

Później, gdy mieszkaniec Ukrainy przebije się z klas niższych na wyżyny i dołączy do wąskiego grona bogatych dochodzi do kolejnego wynaturzenia. Zgodnie z powiedzeniem, że kto ma pieniądze ten zamawia muzykę, bogaci zaczynają odbijać swoje lata walki, stresu i zatracania siebie. Mają przy tym pozostałych za nic. Łamią łapówkami kręgosłup administracji, pomiatają kelnerami w restauracjach, łamią prawo i kupują „środki administracyjne”, którymi tyle lat urzędnicy wiązali im ręce. Ogólna pogarda dla zasad i przeświadczenie, że jest się jedynym i najważniejszym przenosi się później na zachowanie na drodze o czym niżej. Morze Azowskie – krótki pobyt w Akimowce. Na plażę swoim czarnym SUVem, z muzyką na ful wjeżdżają nowobogaccy. – Patrz, krutyje przyjechali – komentuje z zazdrością mama dwójki dzieci, która jeszcze jest na pierwszym i ostatnim etapie morderczej walki o swoje. Zero sprzeciwu, zero oburzenia. Stać ich, to i plaża może być parkingiem.

#3 Transport „publiczny”

Co to jest? Nie wiesz kiedy przyjedzie, czy przyjedzie i jak już przyjedzie to dojedzie na miejsce, jednak zawsze się cieszysz na myśl, że będziesz mógł t y m gdzieś podróżować – marszrutka.

Marszrutka numer 160, autor: marktristan, źrodło: flickr.com

Światła. Ruszyły z piskiem opon. Kolejny przystanek jest przecież za 400 metrów. Dzięki Bogu wprowadzili przystanki, wcześniej nie znałeś miejsca ni godziny kiedy będzie hamulec i polecisz na przednią szybę. Michael Johnson w marszrutce numer 61 kontra Michael Johnson w numerze 17. Jeden zajeżdża drogę drugiemu – obie przecież mają przyklejone do szyby „po prospekcie” więc walka o pasażera jest ostra. Jak jest gdzie usiąść to jeszcze jakoś. Ale przecież najczęściej nie ma gdzie. Wszyscy rano jadą do pracy a popołudniu do domu. Stoisz więc i walczysz o życie,  ale cicho w pokorze, „przecież dobrze, że w ogóle jest jakiś transport w mieście”. No tak lepiej. Stoisz i myślisz – dojechałem już czy jeszcze nie, przecież nie widzę gdzie jestem, a schylić się do okna nie mogę bo jest tyle ludzi, że wykonanie skłonu wiąże się z położeniem na trzech pasażerach na raz. To poczucie całkowitej zależności, braku autonomii w momencie kiedy jedziesz i nie wiesz gdzie jesteś i za ile dojedziesz. Jak tu się umówić na jakiekolwiek spotkanie? O której przyjedzie marszrutka? Ile będzie jechać? JASNE, że wszyscy miejscowi wiedzą, że ta marszrutka przyjeżdża co piętnaście minut poza czwartkami i wtorkami, kiedy przyjeżdża co dwadzieścia pięć minut ale tylko pomiędzy 9.00-13.00. No i w weekend też jeździ inaczej, albo nie jeździ wcale. Kierowca chce się zatrzymać pogadać ze znajomym – proszę bardzo. Dzwoni telefon, kierowca 17 odbiera i jedzie dalej. I jak już zaczął gadać, to będzie kontynuować przez kolejne 20 minut. Jak ci się nie podoba to idź do następnej. Ludzi powyżej 70 lat mają transport za darmo – ale w marszrutkach ich nie zobaczysz, bo się ich nie wpuszcza albo jedzie tak, aby więcej nie zechciały wsiąść. Michael Johanson z 61 dojechał pierwszy do kolejnego przystanku bo ruszył z falstartem, jeszcze na czerwonym świetle – ale sędziego nie było. Fotokomórka zawiodła. Gdyby tylko w Kijowie uchwalili, że marszrutki mają jeździć inaczej, na pewno wszystko uległo by diametralnej zmianie… Ale jak stolica została podzielona na dwie strefy pomiędzy dwie prywatne firmy, które miały swoje busiki, krzyku nie było. I pewnie, że fajnie pojechać na Wschód na wakacje i z plecakami się przetarabanić między jednym a drugim miastem – potem wspominać i opowiadać wnukom. Co innego jeździć do pracy, na zajęcia, czy do lekarza. Codziennie. Przez całe życie.

Ukraińska droga, autor: woychukb, źródło: flickr.com


#2 Kultura jazdy na drogach, nawierzchnia + oznakowanie dróg

Tak, każdy wie, że na Ukrainie drogi to katastrofa. W corocznym rankingu dróg, w 2012 roku Ukraina zajęła 133 miejsce z 148 możliwych. W zasadzie wszystko co związane z drogą, przemieszczaniem się, to prawdziwy koszmar. Od nawierzchni, oznakowanie dróg po kulturę jazdy kierowców. Jadąc kiedyś autokarem po środkowej Ukrainie drogą z północy do Kirowogradu poczułem się jak narciarz alpejski na torze z zjazdowym z muldami. – Do Kirowogradu są najgorsze drogi na Ukrainie słyszę zadowolonego Ukraińca, który tłumaczy nagły hałas i podskakiwanie autokaru. Każda cząstka autokaru uporczywie walczyła o przetrwanie, tak aby nie rozpocząć reakcji łańcuchowej rozpadu maszyny. Nagle zapadła cisza. Podskakiwanie skończyło się jak nożem uciął. Nie trzeba było się drzeć, aby rozmówca obok usłyszał co masz do powiedzenia a autokar spokojnie wpłynął na suchego przestwór ukraińskiego oceanu i jak łódka brodził. Sen jednak trwał krótko a wyremontowany, nowiutki asfalt miał jakieś 400 metrów. Ciężko powiedzieć czy po to by wspomóc nadzieję, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej rozzłościć podróżnych. Znaków drogowych nie ma zbyt wiele. Jadąc po stepach ukraińskich drogi są raczej monotonne, nie wiele się dzieje. Na szczęście chociaż nawierzchnia nie pozwala usnąć. Oznakowanie dróg jest jednak równie niebezpieczne jak nawierzchnia.

Wracając kiedyś z Morza Azowskiego byłem świadkiem dość niebezpiecznego zdarzenia na drodze. Samochód przede mną chciał wyprzedzić jadącą przed nim ciężarówkę. Długo nie mógł tego zrobić bo miał pojedynczy pas, a z naprzeciwka waliły tłumy w samochodach z Rosji i Ukrainy jadące na „oddych na jugie”. Nagle po prawej stronie był niebieski znak informujący, że jednopasmówka zamieni się w dwupasmówkę (niebieski znak z dwoma pasami, na każdym strzałka prosto). Samochód przede mną widząc rozszerzające się pasy wyskoczył zza ciężarówki chcąc pognać szybciej. Ja przygotowywałem się do podobnego manewru. Nic z tego, droga się rozszerzała a i owszem, ale na 50 metrów i to na pas dla skręcających w lewo. Zaraz potem pas się kończył i samochód przede mną wylądował na pasie dla jadących z naprzeciwka. Pisk opon zachwianie na boki i szybka ucieczka za ciężarówkę. Tym razem – wszyscy cali.

Ukraińska droga, autor: Mark Purel, źródło: flickr.com

Skoro warunki na drogach są ogólnie rzecz biorąc złe, a poruszanie się samochodem to walka – więc wygrywa najsilniejszy. Zasady zostają zawieszone, a dotarcie do celu – uświęca wszelkie środki. Wjeżdżając do Doniecka był tłok. Trzeba było przystanąć w lekkim zatorze. Droga dwa trzy pasy – samochodów ful. Ale nic to – ciemne szyby, niemieckie marki, duże rozmiary po podwójnej ciągłej na tory tramwajowe i dawaj! – prują po mojej lewej stronie po torach i na czerwonym na światłach skręcają. Zero skrupułów, żadnych zahamowań, pogarda dla zasad i ograniczeń. Panowie i władcy donieckich kombinatów przemysłowych.

Toaleta, Ukraina, autor: Marktristan, żródło: flickr.com

#1. Toalety

Kiedyś z projektem Eurobus jeździłem po zachodnich i południowych prowincjach Ukrainy, prowadząc szkolenia i treningi dla młodzieży szkolnej. Odległości pomiędzy miasteczkami na Ukrainie są duże i czasu w autokarze spędzaliśmy masę. Jak to w autokarze przychodzi taki moment, że trzeba się zatrzymać – pasażerowie chcą do toalety. Kierowca przytakuje, że słyszy i już się zatrzymuje. Mija jedną solidną stację ukraińską, dwie stacje „europejskie” i koniec końców po dziesięciu kilometrach zatrzymuje się przy jakiejś zaprawce, którą Bóg i cywilizacja opuściła dawno temu. Pasażerowie wyskoczyli z autokaru w poszukiwaniu toalety. Po odnalezieniu wychodka skorzystało z niego dwóch pasażerów na cały autokar – najodważniejszych, którzy nie bali się wejść do środka bez miotacza ogniem. Toalety na Ukrainie, to kwestia szersza. Nie chodzi tutaj o pachnące mydełka, należycie suszące suszarki do rąk, czy też ładnie ułożony ręcznik papierowy. Chodzi o elementarną godność ludzką, która warto zachować ze sobą, nie zostawiać za drzwiami toalety, podczas wykonywania elementarnych czynności fizjologicznych.

Toaleta na starym terminalu lotniska w Doniecku. Po lewej: „Nie działa”, „Nie działa, :Nie działa”, Na szczęście jest już o wiele lepiej , autor: pirano Bob R, źródło: flickr com

Na koniec podzielę się może i daleko idącą analogią, niemniej jednak dla mnie trafną metaforą Ukrainy. Piękna atrakcyjna dziewczyna, zadbana, zdolna, z wielkimi planami na przyszłość i na wysokich szpilkach wchodzi właśnie to tej toalety, brudnej śmierdzącej pewnie bez papieru i bez możliwości odpoczynku dla nóg i grzbietu. Czy czujesz się tam dobrze?

Facebook Comments
Paweł Lickiewicz

Redaktor Naczelny portalu Eastbook.eu 2012-2014. Absolwent Instytutu Europeistyki na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych w Warszawie. Stypendysta programu LLP Erasmus na malowniczo brzmiącym Eötvös Loránd Tudományegyetem w Budapeszcie. Gdy się zorientował, że będzie kolejnym humanisto-politologiem, skręcił na Wschód i zaczął specjalizować się w tematyce Europy Wschodniej, Kaukazu i Azji Centralnej. Uwielbia podróże i koszykówkę. Nie przepada za operowaniem absolutami.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY