Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Konstanty Chodkowski

Dzień zaczął się w Doniecku…

Zapraszamy na cykl trzech tekstów finalistów II edycji Wakacji z Eastbookiem – konkursu na najlepszą relację z podróży po Europie Wschodniej. Kolej na opowieść Konstantego Chodkowskiego o labiryncie, ukraińskiej religijności, radosnych taksówkarzach i nieodpowiedzialnych przewodnikach.

*** 

Z Doniecka do Połtawy.

Przez labirynt.

Ławra Świętogórska, autor: Shamil Khakirov, źródło: Wikimedia Commons

Dzień zaczął się w Doniecku, w hotelu „Red Cat”, gdzieś na obrzeżach. Taksówka podjechała o 5:00 rano, ja sam czekałem od 4:30. Przedwczorajszej nocy poznałem pewnego starszego samotnego podróżnika z Polski, który opowiedział mi o Ławrze w Swjatohorsku (obwód doniecki) – jednej z trzech w Ukrainie. Do tej pory wiedziałem jedynie o istnieniu dwóch najważniejszych: o Poczajowskiej i (co oczywiste) Peczerskiej. Jak usłyszałem, to zdecydowałem się tam wybrać. Taksówkarz zawiózł mnie na autobusowy dworzec zachodni (dość znaczna odległość od centrum). Droga szeroka, równa, wystrojona jeszcze po Euro 2012. Autobus z Doniecka do Swjatohorska odjechał o 6:30 i około godz. 10:00 byłem już na miejscu. Wylądowałem nieopodal dróżki prowadzącej wprost do Monastyru.

Widok imponujący: górzysty krajobraz, z prawej strony jawiła się znacznych rozmiarów i biała jak śnieg wapienna skała. Podziurawiona jak ser. Te małe otwory to okna monastyru, którego większość znajduje się we wnętrzu wielkiej góry. Na powierzchni górują porozsiewane po grzbiecie skały cerkiewne wieże. Niektóre wystają wprost ze zboczy tworząc kompozycję rodem z bajek Disneya – coś wspaniałego. Na prawo od otoczonego białym murem świętego kompleksu – góra Artjoma. Sowieci postanowili wybudować tu pomnik zafascynowanego marksizmem donieckiego regionalisty. Obok Ławry, tak dla dialektyki.

Góra Artjoma, autor: nathernoj, źródło: Flickr

Góra Artjoma, autor: nathernoj, źródło: Flickr


Zacząłem od wspinaczki ku rzeczonemu wielkiemu pomnikowi Artjoma, przypominającego transformersa. Droga prosta jak budowa cepa, choć niesamowicie męcząca, zwłaszcza gdy pokonuje się ją z dwudziestokilogramowym ładunkiem na plecach. Na szczycie jednak czekała nagroda: usytuowana w uroczej scenerii drewniana cerkiew. Nieopodal bazarek z pamiątkami i ukraińskimi przysmakami. Pragnienie szybko zgasiłem chłodnym kwasem, a „mały głód” zaleczyłem wędzonym serem. Na jednej z drewnianych ławek przygotowywała się właśnie do pikniku ukraińska rodzinka. Ubiorem i zachowaniem nie odbiegali od standardu ukraińskich kupców jarmarcznych, toteż w pierwszej chwili pomyślałem, że produkty, które rozkładają na ławce (kompot, chleb, bryndza) szykują na sprzedaż – wszak wszystko działo się w bezpośrednim sąsiedztwie targu (!). Jakież było ich zdziwienie, gdy zapytałem o cenę. Oniemieli.

Obejrzałem monument i towarzyszący mu tysiąc pięćset dziewięćdziesiąty ósmy memoriał Wielikiej Otczestwjanej Wojny w Ukrainie (oczywiście, że zwieńczony „wiecznym ogniem”), wlepiłem wzrok w malownicze pejzaże roztaczające się ze szczytu góry i począłem wracać na dół, do Monastyru. Za 45 minut zaczynała się moja wycieczka do wnętrza góry. Aby do niej przystąpić, należy zakupić wcześniej specjalny bilet. Po systemie labiryntów Ławry Swjatohorskiej przejść się można wyłącznie z przewodnikiem, w grupie nie przekraczającej 25 osób. Wycieczki odprawiają regularnie co 20 minut, a i tak kolejka do wejścia zdaje się nigdy nie zmniejszać. Moja pora nadeszła o godz. 14:50.

Ławra Świętogórska, autor: V&A Dudush, źródło: Wikimedia Commons


Ów labirynt to ciekawa sprawa. Poszczególne jego nitki prowadzą do kolejnych podziemnych kaplic, zaułków z ikonami lub po prostu pomieszczeń użytkowanych na co dzień przez zakonników. To trochę jak w egipskiej piramidzie. Nie wiedziałem czy są tam ślepe zaułki i, szczerze mówiąc, nie chciałem się dowiedzieć.

Przed wejściem kazali mi zostawić plecak w szatni. Odmówiłem, bo bałem się, że już go więcej nie zobaczę. Przecież był dla mnie jak skorupka ślimaka – to mój przenośny dom. Przewodnik z początku nie chciał się zgodzić na mój postulat, ale po kilku minutach negocjacji doszliśmy do wniosku, że jakoś to przełknie. Po czasie wyszło, że miał trochę racji, mówiąc, że będzie mi po prostu niewygodnie. Korytarze są ciasne jak mysie dziury. Trudno było w nich manewrować, wiedząc, że każdy mój ruch powoduje również ruch bagażu w przeciwnym kierunku. Ale jakoś i ja przetrwałem. Wycieczka generalnie nie byłaby tak interesująca, gdyby nie moment, w którym część grupy zgubiła przewodnika. Wszystko przez starszą babcię, która szła tuż przede mną i przy każdej ikonie zatrzymywała się na dobre 3-4 minuty, by ją dokładnie obcałować. Ponieważ nie była już od jakiegoś czasu w szczytowej kondycji, to i trudno było jej nadrabiać stracone metry do reszty wycieczki.  A nam razem z nią. Przewodnik raczej się nie przejął – prowadził grupę dalej. A my, dziewięcioosobowy ogon, jak te stado baranów zostaliśmy w tyle i beczeliśmy, żeby ktoś nas usłyszał. Na jednym skrzyżowaniu w lewo, kolejne gdzieś w prawo, „myk, myk, myk”, i w sumie nie wiadomo było dokładnie w którym momencie wycieczki utknęliśmy.

Trzeba było coś postanowić, toteż w grupie szybko pojawiły się trzy frakcje. Pierwsza – młody chłopak z zachodniej Ukrainy stwierdził, że nudziło mu się do tej pory na tyle, że zapamiętał trasę do wejścia. Zgarnął tym samym najwięcej zwolenników. Druga – babcia-pocałuj-ikonę zaczęła się modlić i, ku mojemu zdziwieniu, przyłączyła się do niej jeszcze inna babcia. Dwuosobowa partia modlitewna w dziewięcioosobowym elektoracie to też pokaźny wynik. Ja postulowałem, aby nie ruszać się z miejsca, bo, gdziekolwiek jesteśmy, na pewno jest to szlak turystyczny. Za 20 minut powinna przyjść kolejna wycieczka i będzie po problemie. Szybko jednak zorientowałem się, że mój obóz składa się wyłącznie z lidera. Pocieszającym był fakt, że zawsze to 1/9 głosów w garści. Jakby połączyć siły z babciami, to mamy 1/3, a to już coś. Siłą rzeczy lud postanowił, że idziemy za młodym chłopakiem o pojemnej pamięci. Vox populi, vox dei pomyślałem, i jeszcze memento mori i już mogę iść. Kiedy jedyny raz zaszliśmy w złą alejkę, serce zaczęło kołatać mi ze zdwojoną siłą. Tam naprawdę było ciasno, ciemno i – jakby nie patrzeć – dość groźnie. Ale dotarliśmy. U wyjścia byłem cały biały od wapna. No, i ochrzaniłem przewodnika od góry do dołu, gdy tylko go spotkałem.

Ławra Świętogórska, autor: Sgiaz, źródło: Wikimedia Commons


O wszystkim opowiedziałem taksówkarzowi ze Swjatohorska, który wywoził mnie pod koniec dnia na trasę. Śmiał się wniebogłosy. Wysadził mnie potem przy jakiejś szerszej szosie, zainkasował mniej niż zapowiedział (ponoć za poczucie humoru) i życzył wszystkiego dobrego. Ja sobie zostałem i przystąpiłem do łapania autostopu. Trochę sobie poczekałem, aż w końcu zatrzymał się szewrolet z rosyjską rejestracją. Zgodzili się podwieźć mnie do Izjoma (podczas gdy celem wieczoru jawiła się Połatawa). Ale dobre i to. Przynajmniej miał klimę i wszystkie te wygodne bajery, których od sierpnia w Ukrainie nie zdołałem skosztować.

W Izjomie zjadłem dwie podgrzewane w mikrofalówce kanapki z serem. Weź człowieku znajdź taki specjał w Warszawie. Jedyne 3 hrywny za sztukę. Inna sprawa, że wokół balanga szalała w najlepsze. Któryś z młodych kolesi obchodził właśnie swoje urodziny i postanowił się z tej okazji nastukać jeszcze do dziewiętnastej. Kupiłem też bilet do Połtawy (przez Charków) za niebotyczną kwotę 95 hrywien. Przewoźnik nazywał się „AwtoLjuks” i mimo, że żadnych „ljuksow” nie było mi do szczęścia trzeba – zgodziłem się. Zależało mi na czasie. A że autokar miał na wyposażeniu stewardessy, to potraktowałem cenę biletu jako inwestycję w wygodę. Co mi tam.

W autokarowym telewizorze puścili „Wieczernyj kwartal 95”. Nie znałem wcześniej tego kabaretu, a przecież (jak się później dowiedziałem) to najsłynniejsze ugrupowanie komediowe w całej Ukrainie. Nie wiem, czy celowo, ale kierowca zdecydował się puścić nam jak najwięcej skeczy ośmieszających premiera Ukrainy – Mykołę Azarowa. Do końca życia nie zapomnę numeru z tekstem: „Jak zawiadamia premier Ukrainy Azarow – nie ma powodu dla wzrostu cen, dlatego ceny będą rosły bez powodu”. Uśmiałem się za wszystkie czasy.

Do Połtawy dotarłem o 1 w nocy. Dworzec… łagodnie mówiąc nie jest położony w centrum miasta. Jest raczej daleko od miasta i jeszcze dalej od mojego radzieckiego hotelu. Taksiarz wziął 50 hrywien, choć zapowiedział, że weźmie 20. Niemalże wyjął mi je z portfela i pojechał. Jak na zakończenie tak burzliwego dnia potraktowałem to jako miły akcent.

Przeczytaj także:

„A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!”

Doroty Piaseckiej

oraz

Ukraina. Jaka ona jest? Uli Sadowskiej

Facebook Comments

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Nieprzejednany ukrainofil. W marcu 2014 r. rzucił studia w Moskwie na znak protestu wobec aneksji Krymu. Woli być "w" niż "na" Ukrainie.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY