Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Walery Ruselik

O mojej narodowości

co do mojej własnej samoidentyfikacji, to mnie to osobiście zainteresowało, gdy miałem 15 lat, kiedy byłem jeszcze zwyczajnym młodym polakiem z grodna. wszyscy moi bliscy (tak jak i ja) są w pełni zdeklarowani jako polacy i rzymscy katolicy – jak daleko sięga nasza historia. polacy z krwi i kości jednym słowem. polska świadomość od zawsze była obecna w naszej rodzinie – i liczyłem sobie za punkt honoru odpowiadać na zwykły szpanerski najazd na ulicy „ty co? nie ruski chyba?”- ” tak, ja nie ruski”.

Grodno,autor: Andrey Naumov  źródło: flickr.com,

Grodno, autor: Andrey Naumov, źródło: flickr.com,

język polski poznawałem od dzieciństwa: z polskiej telewizji i polskiego radia, które  było u nas w grodnie zawsze  (mianowicie najfajniejsze filmy i bajki w dzieciństwie oglądałem dzięki polskiej „jedynce”, bo w naszej ojczystej telewizji podobne filmy zawsze spóźniały się kilka lat; również polskie wiadomości dawały możliwość porównania ich z rosyjską i białoruską wersją tych samych wydarzeń). tak samo, na pewno, dał się we znaki polskojęzyczny rzymskokatolicki kościół i różni bliscy z zagranicy- początkowo z polski (bardzo dużo katolików wyjechało z powodu sowieckiej władzy, tak jak stalin podzielił grodzieńszczyznę, tak i podzielił granicą bliskich: na przykład w krynkach, gdzie mieszkał sokrat janowicz, połowa wsi to moi krewni, wystarczy stanąć tam na wzgórku – i już widać białoruską wieś, gdzie również są moi krewni). tak i dzisiaj w ruchu polonijnym – i na białorusi, i na świecie – pod dostatkiem jest moich krywiczów. dlatego całkiem naturalnym jest, że do 15 roku życia, będąc świadomym polakiem, cudownie posługiwałem się językiem polskim, ale, niestety, prawie nie znałem białoruskiego i nie za dobrze umiałem mówić w tym ostatnim (ale widziałem w tym winę nie własnej polskości, ale winę  złośliwego antybiałoruskiego białoruskiego systemu edukacji, który po prostu nie uczył języka białoruskiego).

już wtedy kochałem białoruś. zachowały się pojedyncze wierszyki o białorusi po rosyjsku, jaka ona jest cudowna – chociaż, prawdę mówiąc, przeważyły i inne tematy.

w 15 roku zycia wszystko radykalnie się zmieniło. poszukiwania przyszłego zawodu przywiodły mnie do dziennikarstwa. zacząłem pisać komentarze do miejscowej gazety „grodzieńskiej prawdy”- o lesie, o jakiś tam choinkach, które źli wujkowie zetną przed nowym rokiem. tamtejsza dziennikarka, która odpowiadała za młodzieżową stronę w gazecie, cierpliwie czytała moje notatki i tylko wzdychała: „walera, to bardziej literatura. a nie dziennikarstwo.”

i pewnego razu podpowiedziała mi: w grodnie tworzy się szkoła młodego dziennikarza – idź tam, może cię tam poduczą. no i poszedłem. to była znakomita grodzieńska „szkoła młodego dziennikarza”, która działa i obecnie, i wypuściła w świat setki cudownych młodych ludzi, wielu z nich zostało czy dziennikarzami, czy działaczami społecznymi. szkołę organizowali grodzieńscy dziennikarze i działacze społeczni. kwestionariusz, pamiętam, wypełniałem po rosyjsku, a przyjmował go mikoła markiewicz. bardzo mu się spodobało, że w kwestionariuszu osobowym rysowałem swoje komiksy – i wziął mnie na praktyki do swojej gazety.

to właśnie tam, w grodzieńskiej „szkole młodego dziennikarza”, po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem ludzi, którzy nie wykładali biał. lit. czy biał. jęz. i jednocześnie rozmawiali po białorusku.

wtedy to, mając 15 lat, zainteresowałem się swoją genealogią (przecież dziadek wspominał coś o naszym minionym szlachectwie). i zacząłem szukać różnego rodzaju ciekawych informacji o swoich korzeniach. i od razu poczułem się porażony i pogubiłem się: gdzie nie spojrzę – wszędzie tylko białoruskość! i nazwisko – rzadkie i starożytne – charakterystyczne dla białoruskich nazwisk grodzieńszczyzny i wileńszczyzny. i dziadek po mieczu był prawosławnym białorusinem. i …

urażony, nie mogłem znaleźć sobie miejsca, szukając odpowiedzi na pytanie: kim w takim razie jestem?! trafiłem akurat w moment, gdy „pogoń” została eksmitowana. jeden chłopak, który też tam pisał, mówi: „dzisiaj będzie pikieta w obronie gazety pod komitetem wykonawczym – chodźmy razem”.  i poszedłem. to była moja pierwsza w życiu pikieta (od której się potem wszystko zaczęło). staliśmy tam całą redakcją. podszedł pewien siwy dziadek i pyta mnie po białorusku: „a ty, chłopcze, sam jak rozmawiasz, to w jakim języku?” odpowiadam: „w języku rosyjsku”. i zrobiło mi się tak jakoś wstyd w tym momencie – i skłamałem, cichutko dodając: „… i po białorusku również”. a ten dziadek mi mówi: „ to co ty, i tak i siak rozmawiasz? czy ty masz dwa języki? przecież tylko żmija ma dwa języki, a człowiek – jeden. jeśli to język – służy do jedzenia, a mowa – żeby rozmawiać. zapamiętaj!”*

i zapamiętałem. dziadka – nie, ale jego słowa – na zawsze. bardzo mnie one wtedy zabolały. i pomyślałem: no, będę rozmawiać po białorusku. i zacząłem. a moi koledzy z klasy, tacy paszportowi białorusini, śmiali się ze mnie: „jesteś polakiem, a nie białorusinem, dlatego nie rozmawiaj tu po białorusku!” – sami byli całkowicie rosyjskojęzyczni.

do liceum, do którego wtedy poszedłem w 10 klasie, mieli przyjechać białoruscy pisarze: wasil bykau, ryhor baradulin, a także lawon barszczeuski i wiaczasłau rakicki. wasil bykau wtedy, niestety, nie przyjechał, bo był chory. i oto siedzimy w auli, goście o czymś tam opowiadają. i przyszedł czas na pytania z sali. razem z kolegą andrejką szalahinawym wzięliśmy i wysłaliśmy kratkę z jednym zdaniem „niech żyje białoruś!” ryhorowi baradulinowi. on przebiera w tych zmiętych papierkach, wziął naszą, przeczytał. podniósł oczy i wodzi nimi po sali, pilnie się przyglądając. kiedy nasze spojrzenia się spotkały, podnieśliśmy z andrejkam do góry prawe ręce z zaciśniętymi pięściami – on aż pojaśniał, uśmiechnął się i też podniósł rękę. ot, to była taka niema rozmowa. potem, po spotkaniu, długo z nim rozmawialiśmy, robiliśmy zdjęcia na pamiątkę (następnym razem, niestety, zobaczyliśmy się dopiero na pogrzebie wasila bykau, ale pan ryhor rozpoznał mnie, wziął za rękę i mówi: dawaj, przytrzymam się ciebie – i tak oto staliśmy razem obok mogiły, obok uładzimier niaklajeu. razem z koleżanką wolhą szwied przywieźliśmy wtedy ziemię z grodzieńskiej fary witoldowej i kałoży, pan ryhor powiedział panu uładzimieru: ten chłopiec przywiózł ziemię z grodna – niech stoi z nami).

ale to było później. ale właśnie od spotkania w liceum umówiliśmy się razem z andrejkiem, że będziemy rozmawiać tylko po białorusku. on potem to rzucił, a ja dotrzymałem swojego słowa – mija już 16 lat odkąd jestem białoruskojęzyczny. początkowo było bardzo ciężko, bo nie znałem języka, nie miałem żadnego wsparcia. siadałem w wolnej chwili do słowników (jako pierwszego pokonałem hrabczykawa, później był i stankiewicz, i  łastouski, i inni), wypisywałem stamtąd nieznane słowa i uczyłem się ich na pamięć. bardzo dużo czytałem na temat językoznawstwa, a później i etnograficznej literatury.

i tak nauczyłem się języka.

najtrudniej było ze wsparciem. dokładniej – z jego brakiem i obecnością agresji ze strony mych krewnych, świadomych polaków. było z nimi bardzo trudno. przez pewien czas na ogół z nimi nie rozmawiałem. ale i to minęło, jak już się przyzwyczaili.

to był czas mojego radykalnego białoruskiego nacjonalizmu, który jednak nie był całkowicie białoruskim. literatura (początkowo historyczna) dostarczyła informacji o litwie czy lićwinach. i takim się wtedy czułem – lićwinem-białorusinem. posługiwałem się białoruską łacinką, używałem hasła: „niech żyje litwa!” – wtedy w grodnie była nas cała kohorta lićwinów i wydawało się nam, że litewskość obowiązkowo się odrodzi.**

to był bardzo długi okres, obejmujący mój udział w różnych białoruskich organizacjach, w tym – o charakterze białoruskiego nacjonalizmu. jednak nie wstępowałem do partii z zasady: białoruskojęzyczni powinni być nie tylko beenefowcy***, ale i szeregowi białorusini. W jakuszówce obok pamiętnego kamienia kalinowskiego złożyłem przysięgę wierności białorusi – pod flagą młodego frontu i białego legionu.

w 2001 roku poszedłem w bosą pielgrzymkę z grodna do wileńskiej ostrej bramy. na górze trzech krzyży złożyłem przysięgę wierności białorusi u dwóch swoich kolegów. to było fajne widowisko: ja, ubrany w kamuflaż, czytałem tekst przysięgi, którą ułożyłem podczas pielgrzymki, koledzy stali na kolanach i powtarzali za mną słowa, a miejscowa białoruska hoża dziewczyna maryna hlebik trzymała biało-czerwono-białą flagę, którą chłopcy potem pocałowali, i razem krzyknęliśmy: „niech żyje białoruś!” – jacyś przypadkowi litwini na ten widok szybko zrejterowali z góry

pielgrzymka do ostrej bramy dała mi spokój w sercu i siły duchowe, i odszedłem od radykalizmu. bardzo wiele wtedy zrozumiałem. od tego momentu zaczęło się moja bardziej pokojowa egzystencja (chociaż społecznej działalności, a czasem i radykalizmu, nie porzuciłem, ale własne poglądy mocno zmieniłem).

przez ten czas znów wróciłem do pytania: kim jestem? ale miało ono bardziej ludzki i duchowy charakter, a nie wyłącznie narodowy. grodno i grodzieńszczyzna, w których byłem i jestem zakochany całym sobą, coraz bardziej otwierała się przede mną – przez etnograficzne wędrówki, krajoznawczą działalność, literaturę, fotografię, rozmowy z mieszkańcami grodna.

wtedy uświadomiłem sobie swoją prawdziwą narodowość: ja – grodnianin. tak, najpierw jestem grodnianinem, a potem już polakiem, białorusinem czy lićwinem. odczuwam swoją przynależność do tej ziemi, do tego nieba i słońca, do tych gwiazd i do tego niemna. ja – z miejscowego ludu, który został podzielony przez los i historię, rozdarty na różne kawałki: białoruski, polski i litewski – chociaż jest jednym. mianowicie ten lud dał światu i orzeszkową, i mickiewicza. to właśnie ten region, łącznie z białostocczyzną i wileńszczyzną – to moja ojczyzna. i los, który  jest najbardziej jaskrawo zilustrowany przez dolę trzech braci -wileńczyków, z których jeden został znanym działaczem polskim, drugi – litewskim, trzeci – białoruskim. stąd wszystkie trzy narody. ale dlaczego ja muszę uważać kogoś z nich za obcego? nie mam zamiaru wyrzekać się swojej polskości na czyjąkolwiek rzecz – tak samo i litwinów uważam za swoich braci. i oddycham białoruskością.

w ten sposób jest mi dzisiaj bliska i grodzieńszczyzna, i białostocczyzna i wileńszczyzna. a na państwowe granice czy polityczne definicje niech zważają inni – mnie one nie obchodzą.

ja – grodnianin.

____________________________________________________________________________________

* w org.: ” дый тое язык – ён каб есьці, а мова – каб размаўляць.” язык-język; мова-język, mowa

** mowa tu o Wielkim Księstwie Litewskim i jego mieszkańcach;

Mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego nie należy utożsamiać ze współczesnymi Litwinami. Stąd też ich nazwa w tłumaczeniu: Lićwini (a nie Litwini).

*** Białoruski Front Ludowy

Tekst oryginalnie ukazał się w ArcheПра маю нацыянальнасьць

tłumaczenie z j. białoruskiego: Joanna Kozioł

Facebook Comments

Dziennikarz i kotwica informacyjno-publicystycznego bloku "Studio Biełsat". Urodził się w Grodnie w 1982 roku, od 15 lat jest w dziennikarstwie. W 2001 roku, pieszą pielgrzymką z Grodna dotarł do Ostrej Bramy w Wilnie. Pływał po pięciu mórz i dwóch oceanach. Obrońca miasteczka namiotowego na Placu Kalinowskiego w 2006, jak również historycznej zabudowy Grodna podczas "buldozerowej rekonstrukcji ". Działacz medialny. Członek wspólnoty pisarzy- powstańców "Bunkier". Kocha swoją mamę i podróże. Credo: via est vita.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY