Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Bartłomiej Krzysztan

Jak pisać o Wschodzie? O pułapkach nieistniejącego obiektywizmu

Zwykliśmy niesłusznie sądzić, że poniżający i niedowartościowujący europocentryzm i egoizm kulturowy to kwestia przeszłości. Uznaliśmy z dumą, że rezygnacja z kolonialnych ambicji oraz zgoda na wyzwolenie narodów Afryki i Azji dają nam pełne moralne prawo do budowania nowych narracji. W rzeczywistości, tworząc ułudę neutralności, rezygnując w poprawności politycznej z użycia terminów „pierwotny”, „barbarzyński” czy „zacofany”, w dalszym ciągu mówiąc o odległych światach, nie potrafimy pozbyć się euroamerykańskiej perspektywy wyższości.

Rosja, koniec XVIII w. (wikimedia.org.)

Rosja, koniec XVIII w. (wikimedia.org.)

Historia kultury i cywilizacji wymyka się stopniowaniu i prostej ewaluacji. Spójrzmy choćby na karty polskich podręczników historii. Oś świata antycznego w naszym mniemaniu tworzą Egipt, Grecja i Rzym. Rozwinięte kultury Persji, Mezopotamii, Asyrii i Kartaginy występować mogą jedynie w charakterze oprawców, najeźdźców lub pokonanych w bitwie wrogów. Chiny i dolina Indusu to ciekawostki etnologiczne, mimochodem wspominane. O zróżnicowanej i płodnej kulturze Azji Środkowej nasza wizja historii milczy. Tajemnicze serce kontynentu, jeśli znane, to jako epicentrum wielkiej zarazy mongolskiej, aorta imperiów Czyngis-chana i Timura zwanego Tamerlanem. Brnąc dalej, nie spojrzymy na Imperium Osmańskie, inaczej niż przez pryzmat Wiednia i upadku Konstantynopola, wojny krzyżowe pozostaną dżihadem barbarzyńskich Saracenów przeciw świętej wojnie sprawiedliwych krzyżowców. Holocaust sprowadzimy do zagłady Żydów, II Wojnę Światową liczyć będziemy od 1 września 1939 roku, zapominając o japońskiej inwazji na Mandżurię i Chiny. Tę mozaikę skojarzeń można kontynuować jeszcze długo.

Mając taką perspektywę (tu przedstawioną w postaci skrótów myślowych i ogólników), łatwo jest udając się w podróż popaść w ton  jednoznacznych ocen, a więc i krzywdzących sądów. Zmieniać się może motywacja i teleologia podróżowania, jednak przedsądy pozostają niezmienne. Nie chodzi o to, by nakazać każdemu autorowi, by – wyruszając w drogę – wyzbył się wszelkich opinii i wiedzy, technicznie to bowiem niemożliwe. Komparatystyczne podejście może być ogromną korzyścią, gdy nie przekracza się granicy interpretacji podług jedynie własnego systemu wartości.

Zatem jakie zadanie postawić przed sobą powinien autor-reportażysta? Zdaje się, że przede wszystkim musi być gumką do zmazywania i korektorem. Redagując zebrany materiał, bezkompromisowo musi usuwać i korygować przekonania wynikłe z masowych wyobrażeń. Musi być bezwzględnym likwidatorem narzuconych w socjalizacji ram interpretacyjnych i pułapek empirycznego postrzegania. Całkowite odrzucenie jest biologicznie niemożliwe, na przeszkodzie zawsze stanie ludzka pamięć. Jednakże klasa reportera wzrasta, im więcej przeświadczeń i uprzedzeń potrafi odrzucić.

W dalekiej podróży równie kłopotliwą zadrą jest perspektywa historyczna. Jeśli historia jest pisana przez zwycięzców, to na interesujący nas region spoglądać będziemy z punktu widzenia imperialisty i rządcy. Na tych którzy udają się na Wschód, nieustannie będzie dyszeć rosyjski niedźwiedź, a także, może przede wszystkim, radzieckie dziedzictwo. Sposobów omijania i minimalizowania tych wewnętrznych i zewnętrznych problemów jest wiele, w zależności od tego, co reportera najbardziej przyciąga. Rezultaty są różne, a przyjrzeć im się warto, gdyż pokazują, jak skrajnie odmiennie ludzkie oko może postrzegać, a w konsekwencji interpretować ten sam społeczny fakt.

KAPUŚCIŃSKI, GÓRECKI: DEMASKACJA

Przywołajmy przykład najbardziej oczywisty – człowieka, którego pióro jest kamieniem węgielnym – ale i piętnem – polskiego reportażu. Ryszard Kapuściński, krążąc po Azji Centralnej, Kaukazie i Rosji, obsesyjnie doszukiwał się elementów potwierdzających tezę o rozpadzie kolonialnej struktury, gdyż ZSRR traktował właśnie jak ostatnie wielkie imperium. Pomimo chorobliwego dążenia do potwierdzania nawet najmocniej wydumanych tez zauważył coś, o czym nie wiemy lub wiedzieć nie chcemy. Timur, gdy po europejsku nazwiemy go Tamerlanem, jest synonimem bezwzględnego mordercy, uzurpatora, konkwistadora, przerażającego monstrum karmiącego się destrukcją. Kapuściński tę opinię potwierdza, lecz pisze także o Timurze jak o wielkim budowniczym, który wzniósł z popiołów mityczną Samarkandę, a plemionom perskim, turkijskim i mongolskim dał złoty wiek rozwoju. Timur skupiał w sobie sprzeczności – z jednej strony ekstremistyczny destruktor, z drugiej niezwykły kreator. Kapuściński pisze, że to, co dla Europejczyka jest synonimem bezwzględnej dehumanizacji, automatycznie wiążę się z barbarzyństwem i nieludzkim strachem, może być jednocześnie wyjątkowym dziedzictwem, powodem dumy i z czasem zmitologizowanym wspomnieniem. Nie bez powodu przecież Uzbecy kształtując po upadku Związku Radzieckiego swą tożsamość narodową, odwoływali się bez wstydu do Imperium Timura, podkreślając ciągłość państwowości.

Samarkanda, Uzbekistan. fot. druidabruxux

Samarkanda, Uzbekistan. fot. druidabruxux

Podczas gdy Azja Środkowa była dla autora Szachinszacha zapomnianą kulturową Niniwą średniowiecza, tak Kaukaz to niemożliwy do pojęcia tygiel sprzeczności. Kapuściński odrzuca zwyczajowy punkt widzenia na ten region świata jako na pasmo wysokich gór z poutykanymi gdzieniegdzie aułami, wielowiekowy teren konfliktu interesów mocarstw – Persji, Rosji i Turcji. Choć, wykorzystując swą zwyczajową szeroką perspektywę, Kapuściński zapomina o małych narodach Kaukazu Północnego, to jemu zawdzięczamy odmienne spojrzenie na Armenię, Azerbejdżan i Gruzję. To Kapuściński stwierdza, że tu historię liczy się w tysiącach lat, a korzeni doszukuje się nie w źródłach pisanych, a w opowieściach biblijnych. Uczy, że podczas gdy Europa nurzała się we krwi upadającego Cesarstwa Zachodniego i była areną zorganizowanych pieszych wędrówek analfabetów oraz koczowników, na Kaukazie powstawały alfabety, cudowne budynki sakralne i świeckie, a tysiące mnichów przepisywało starożytne księgi, bez których renesans nie mógłby zaistnieć.

Kontynuatorem demaskatorskiego tonu opowieści o Kaukazie jest w polskim reportażu Wojciech Górecki. Uciekając od postrzegania tego regionu świata jako strefy imperialnych wpływów, opowiada historię codzienności. Rekonstruuje mity założycielskie, podając je bez zbędnego komentarza, nawet jeśli ich treść zdaje się być najbardziej absurdalna. Wybuchowa mieszanka etniczna, religijna i świadomościowa konstytuuje się zarówno w Planecie Kaukaz, jak i w Toaście za przodków dzięki wewnętrznym sprzecznościom. Rosja jest jedynie echem, delikatnym wspomnieniem, wpływowym, ale nie najistotniejszym. A przecież – gdy piszemy o Kaukazie – tak wiele pokus może czekać na polskojęzycznego autora. Bez trudu dostrzec można wiele podobieństw w konfliktach narodów kaukaskich z Caratem do jego potyczek z Polakami.

Czeczenia, styczeń 1995. fot. Mikhail Evstafiev (Wikimedia Commons)

Czeczenia, styczeń 1995. fot. Mikhail Evstafiev (Wikimedia Commons)

JAGIELSKI, LITTELL: OSWAJANIE 

Dwóch innych pisarzy zajmujących się Kaukazem – Jonathan Littell i Wojciech Jagielski – postanowiło śledzić przemiany systemowe i mechanizmy władzy w Czeczenii ogarniętej wojną – a potem odradzającej się –  pod rządami Kadyrowa. Jagielski w Wieżach z kamienia próbuje zbudować spójny wizerunek człowieka czeczeńskiego. Uważa, że obiektywizm będzie możliwy wówczas, gdy oprze konstrukt na wypadkowej cech Szamila Basajewa, Dżohara Dudajewa i Asłana Maschadowa. Jagielski chce widzieć Czeczenów w sposób następujący: nieco nieokrzesani wojownicy, nie znający strachu, wielki mały naród, który nie boi się potężnego hegemona. Ulega pokusie budowania narracji opartej na psychologicznej analizie świetnie sprawdzającej się w kontekście europejskim. Niestety, nieprzystającej do trudnych górskich warunków. Zdaje się, że Jagielskiemu zbyt łatwo przychodzą generalizujące sądy. Czekając tygodniami w domu swych opiekunów, nie zwraca na nich najmniejszej uwagi, opętany obietnicą spotkań z przywódcami. Nie chce zauważyć strachu, bezsensownego okrucieństwa konfliktu zbrojnego, tragedii kobiet. Przede wszystkim nie widzi chaosu. Stara się wytłumaczyć wojnę w kategoriach logicznej kontynuacji, racjonalnych działań decydentów, słowem – wykorzystując europejską i amerykańską nomenklaturę wojenną. Gdy Szamil Basajew wkracza z garstką wojowników do Dagestanu, sądzi, że w ciągu kilku lat podbije całą Rosję. Nieracjonalne? Nielogiczne? Owszem, gdy nie uwzględniamy kategorii chaosu.

Inaczej pisze Littell, który sam opowiada na początku o swych przedsądach. Przyznaje się do dwukrotnego napisania „Czeczenii. Rok III”, gdyż pierwsza wersja – pochwalna – upada po zabójstwie Natalii Estemirowej. Dziennikarka i obrończyni praw człowieka została uprowadzona i zamordowana w roku 2009, najprawdopodobniej z polecania prezydenta Ramzana Kadyrowa. Jej okaleczone ciało znaleziono w okolicach Nazrania w Inguszetii. Początkowo pozytywnie patrzący na odbudowę Czeczenii Littell zmienia perspektywę i zaczyna dostrzegać koszta rozwoju. Nie stara się ukrywać głównej osi swojej opowieści, a tę stanowi pomysł na wskroś europejski – aksjomatycznie traktowane prawa człowieka, notorycznie w Czeczenii łamane. Pisząc z tej perspektywy Littell obnaża wszelkie wypaczenia systemu, jednakże nie zapomina o czeczeńskim skoku cywilizacyjnym za rosyjskie pieniądze. Kusi moralna ocena, lecz Littell jest wstrzemięźliwy. Być może nie potrafi zaopiniować tego, co widzi, być może obawia się, że prosta europejska logika to zbyt mało, by zrozumieć.

HUGO-BADER: ANTROPOLOGIA CODZIENNOŚCI I PATOLOGII

Znany polski reportażysta Jacek Hugo-Bader nie zgłębia struktur, nie przedstawia głębokiej analizy systemu władzy. Przyciąga go niezmiennie to samo – patologie, antropologia życia codziennego, ludzie przegrani i tacy, którzy zawsze, mimo wszystko, potrafią dostrzec ciemną stronę księżyca. Jednostki ponadprzeciętne pojawiają się na kartach jego książek niezwykle rzadko, jeśli już, to wówczas, gdy można obnażyć ich słabostki. Podążając przez Kołymę, mógłby opisać przerażającą pustkę i historycznie opowiedzieć o drodze usłanej trupami. Mógłby doszukiwać się przyczyn stalinowskich czystek, opisać wykonawców Wielkiego Terroru. Nie ma to jednak znaczenia ani dla autora, ani dla człowieka poradzieckiego, który staje się jego bohaterem. Wiarygodniej zabrzmi opowieść córki Jeżowa, a ciarki prędzej przejdą przy hektolitrach przelanej wódki. Cóż zresztą Hugo-Bader mógłby dodać wartościowego do opowieści o Archipelagu po Sołżenicynie, Szałamowie i Herlingu-Grudzińskim? W jego książkach Wschód jest strukturą mentalną, rozdartą pomiędzy sowieckością i niepewną przyszłością. Gdy jedzie na Syberię, nie opisze polowania na renifery, ale białą gorączkę dręczącą Ewenków, która jest konsekwencją jakże, wydawać by się mogło, europejskiego wynalazku – wódki1. Azja Centralna to dolina pośród gór, która stoi przed trudnym wyzwaniem odrzucenia mar przeszłości.

Syberia, fot. M.Angelo Herrero

Syberia, fot. M.Angelo Herrero

THUBRON: OTWARTOŚĆ

Zupełnie inaczej widzi to Colin Thubron w Straconym sercu Azji i Po Syberii. Autor posiada ogromną wiedzą historyczną, archeologiczną i etnologiczną. Pomimo skrupulatnie spreparowanego planu podróży opartego na merytorycznym przygotowaniu, otwarty jest na propozycje. Gdy dowiaduje się, że coś może pomóc zbliżyć się do poszukiwanych odpowiedzi, zbacza z trasy i lawiruje pomiędzy zapomnianymi przez Boga wioskami. Jego podstawowym celem jest rozwiązanie równania z wieloma niewiadomymi. Pyta, jak doszło do sytuacji, w której ogromna przestrzeń, niezwykle bogata i rozwinięta, przez wieki napędzająca rozwój Azji, nagle zaczęła ulegać degradacji i zanikać. W Po Syberii z kolei poszukuje kwintesencji Rosji, nie wystarczą mu obrazy narzucone, jak Moskwa i Sankt Petersburg. Zamierza poszukać odpowiedzi pomiędzy popadającymi w ruinę poobozowymi barakami. Te problemy całkowicie modelują jego podróże, prowadząc je w nieprzewidziane meandry i okoliczności. Autor nie ma sumienia się sprzeciwić – wie, że tylko poddając się sytuacji, będzie mógł znaleźć wiarygodne odpowiedzi. Niespiesznie szwenda się, powoli przemierza połacie pomiędzy sztucznie wytyczonymi granicami. Toczy się rytmem przedmiotu swego badania, podróżuje tempem pięciu republik rozbudzających się po dziesięcioleciach marazmu życia społecznego, bądź też podporządkowuje się presji potężnej tajgi i jej znikających odwiecznych mieszkańców.

Thubron ma pewne założenia, choć w rzeczywistości sam nie wie, gdzie szukać. Czasem wspomina o swej brytyjskości i nadmiernej chęci szufladkowania, jednakże szybko sam wymierza sobie karę i gani się za niegodne brytocentryczne analizy. Celowo drażni czytelnika, stawiając tezy przy użyciu wielkich kwantyfikatorów. Czyni to jedynie po to, by kwantyfikator rozbroić, rozdrobnić, rozsadzić, rozczłonkować i rozbić na tysiące elementów układanki, niemożliwej do ponownego ułożenia. Podobnie, jak Kapuściński przedstawia przykładowo krwiożercze oblicze Timura i jego następców, na wielu stronach skrupulatnie opisuje rzezie, gwałty i zacofanie, by chwilę później z nostalgią wspomnieć Ułun-bega, wnuka Timura, jednego z największych uczonych swoich czasów, astronoma i matematyka uznanego za szarlatana. Im dalej brnie w pustynię Kara-kum, góry Tien-szan, smutne ruiny niegdyś kwitnących miast, Workutę, zapomniane miasto akademików i odradzające się plemienne rytuały, tym trudniej przychodzi mu generalizowanie, a łatwiej dekonstrukcja. Pisarz, nie wiedząc, gdzie leżą poszukiwane odpowiedzi, jeśli w ogóle ich znalezienie jest możliwe, przygląda się najmniejszym skrawkom codzienności. Fascynuje się drobiazgami, na które reporterzy, zwykle opętani niezdrowym egotyzmem, nie zwracają najmniejszej uwagi. Dworce kolejowe, hotele, barani łeb czy bójka zwaśnionej rodziny. Każda cząstka jest ważnym i niezbywalnym elementem krajobrazu. Nie ma drobiazgu, który nie wzbogaciłby intelektualnej mapy Thubrona i nie przeciwstawiłby się wcześniejszemu przedsądowi.

JAK PISAĆ O WSCHODZIE?

Wiele jest sposobów pisania o Wschodzie na Zachodzie. Wspólną nicią łączącą ponadprzeciętnych reportażystów jest umiejętność budowania wieloaspektowej perspektywy. Jej efektem są dzieła przyciągające nie tylko wartością literacką, ale też niejednoznacznością sądów. Zdaje się, że to, co najmocniej warte uwagi, ukryte jest zawsze pomiędzy wierszami, w szczelinach pomiędzy pozbawionymi emocji przywołaniami faktów. To poplątana nić, bo stworzona z wielu różnych sposobów interpretacji odwiedzanych miejsc.

Nie należy raczej oceniać słuszności poszczególnych podejść. Wielorakość heurystyk pozwala wyciągnąć interesujący czytelnika element z każdej narracji. Znikły już na szczęście czasy, gdy skazani byliśmy na jednowymiarowe analizy i opinie marksistowskich pisarzy-serwilistów. Niemniej, wiele jeszcze upłynie wody w Wołdze, Amu-Darii, w Jeniseju, wiele razy jeszcze szczyty Elbrusu i Tien-szan pokryją się nowym śniegiem i wiele jeszcze pomników Lenina upadnie, nim wyzbędziemy się całkowicie podskórnej potrzeby katalogowania i ewaluacji Wschodu przy użyciu własnych (i nie tylko), jakże nieprzystających narzędzi i skal.

Bartłomiej Krzysztan

1. Europejskość wódki jest sprawą dyskusyjną. Najprawdopodobniej powstała w starożytnej Grecji, przejęta później przez Persów dotarła na Półwysep Arabski. Arabowie używali jej jednak niemal wyłącznie w celach leczniczych. Niezależnie od rzeczywistego źródła pochodzenia niewątpliwie libacje, upijanie się i alkoholizm to wymysł już na wskroś europejski. Od XII wieku, gdy wódka zaczyna się pojawiać w źródłach pisanych, Europejczycy upijają się cyklicznie, swe uzależnienie przenosząc na podległe im nację nieindoeuropejskie, nie przywykłe do picia.

BIBLIOGRAFIA:

1. W. Górecki, Toast za przodków.

2. W. Górecki, Planeta Kaukaz.

3. J. Hugo-Bader, W dzikiej dolinie wśród zielska.

4. J. Hugo-Bader, Biała gorączka.

5. J. Hugo-Bader, Dzienniki kołymskie.

6. W. Jagielski,  Wieże z kamienia.

7. R. Kapuściński,  Kirgiz schodzi z konia.

8. R. Kapuściński,  Imperium.

9. J. Littell, Czeczenia. Rok III.

10. C. Thubron, Po Syberii.

11. C. Thubron, Utracone serce Azji.

Facebook Comments

Skończony politolog z niepewnego powołania i niepełny jeszcze kulturoznawca z pasji, przekonania i braku racjonalności. Motto: o książkach można mówić różnie, ale tylko gdy tną jak siekiera, wzbudzając na powrót uśpione wartości, ma to większy sens. Na eastbook.eu zajmuję się tym, co piszczy w literaturze na Wschodzie. Jako że granice duchowe mamy nieograniczone - jeśli tylko chcemy - a ogranicza nas fizyczność i potrzeba snu, najwięcej pojawiać się będzie omówień reportaży.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY