Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Tomasz Piechal

Konstanty Usenko: Wszyscy poczuli się oszukani przez ZSRR

Świat radzieckiego undergroundu wciąż jest nieznany wielu Polakom. Nazwy takich zespołów jak Kino, Grażdanskaja Oborona czy Alisa tylko nielicznym mieszkańcom Polski przywodzą na myśl muzyczne skojarzenia. Niewiedza, ale także obcość i stereotypowe podejście do rzeczywistości ZSRR nie pozwalają uwierzyć, że również tam, i to nie tylko w latach 80. kwitło alternatywne życie. W hołdzie dla tego nieznanego w Polsce zjawiska,  Konstanty Usenko, urodzony w Warszawie muzyk i pisarz, postanowił stworzyć książkę „Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego undergroundu”. Dzisiaj publikujemy pierwszą część rozmowy z autorem. 

Konstanty Usenko

Konstanty Usenko, źródło: Eastbook.eu

Tomasz Piechal: Polak? Rosjanin?

Konstanty Usenko: I Polak, i Rosjanin. Urodziłem się w Warszawie, tutaj się wychowałem. Moja matka była pół-Polką, pół-Rosjanką, ojciec jest Rosjaninem. Zawsze byłem jedną nogą tu, drugą tam – i mentalnie, i tożsamościowo. Mieszkałem w Polsce, ale jako dziecko każde wakacje spędzałem u rodziny w ZSRR.

Czytając Twoją książkę widać jak ważne były te wyjazdy. Jednocześnie postaci Twoich rodziców jawią się jako odważni przewodnicy, którzy nie bali się wprowadzać dziecka w świat tej muzyki, tych przemian. Muzyka była obecna w Twoim domu?

Muzyka zwłaszcza rockowa, stała się moją pasją, już od czasów wczesnej podstawówki. To zresztą syndrom całego pokolenia lat 80-tych. Rodzice związani byli bardziej z literaturą – ojciec z wykształcenia jest filologiem – rusycystą, matka była poetką i pisarką dla dzieci, choć interesowała się też muzyką. Wychowywałem się na Liście Przebojów Trójki, regularnie czytałem „Non Stop” i „Magazyn Muzyczny”. Na początku interesowały mnie głównie polskie zespoły. Rosyjskie piosenki to były dla mnie głównie piosenki dziecięce, z filmów, ludowe albo estrada – piosenki, które leciały z radiowęzła w radzieckich pociągach. I cały ten świat dziwnych elektronicznych dźwięków, ze starych filmów s-f dla dzieci. Zresztą, radziecka przestrzeń była pełna takich industrialnych, metalicznych brzmień.

Kiedy po raz pierwszy rosyjska muzyka zaczęła Ci się kojarzyć z czymś więcej?

Pierwsze zetknięcie z kulturą alternatywną ZSRR, którą opisuje w książce, miało miejsce w 1988 roku, na jednym z wakacyjnych wyjazdów z mamą do Leningradu. To był szczytowy okres pierestrojki i apogeum radzieckiego rocka, prawdziwa eksplozja artystycznej alternatywy.

I jak jako dziecko wychowywane w PRL, ale przecież nie skażone jeszcze całym politycznym podtekstem, odbierałeś tę radziecką przestrzeń?

Wjeżdżając do Rosji wszystko stawało się większe, szersze, potężniejsze. Z każdej strony wielka przestrzeń, lasy po horyzont i kraczące wrony. Dźwięki były znacznie głośniejsze, brutalniejsze. Ludzie też odzywali się do siebie głośniej, mocno gestykulując, pchali się do pociągów z wielkimi torbami. Kontrastowało to z melodyjnymi, rzewnymi piosenkami z radia. Moje odczucia trzylatka były na granicy przerażenia i fascynacji. Pamiętam jeszcze straszne, zardzewiałe kible w pociągach, zapach smarów, benzyny i drewna, duże stalowo-betonowe konstrukcje. Zapewne ten cały późno radziecki industrial w dużej mierze ukształtował moje późniejsze muzyczne zainteresowania – punkiem, nową falą, brudną elektroniką i industrialem.

Co jeszcze zafascynowało Ciebie podczas owych wakacyjnych wycieczek?

Niesamowite socrealistyczne wzornictwo na dworcach, wzruszające bajki dla dzieci w telewizorach i oglądane z diapozytywów. A także zabawki, których nie było w Polsce. Samochodziki na pedały, place zabaw z grzybkami-muchomorkami. Pośród betonu było bardzo dużo różnobarwnych, pstrokatych elementów. W Polsce czegoś takiego nie było, wszystko było znacznie bardziej zszarzałe.

ZSRR Polakom kojarzy się raczej z wszechobecną inwigilacją, patologiami, strachem, szarością, a nie kolorem i designem, normalnym życiem.

W dużej mierze wynika to z tego, że Polacy mają ze zrozumiałych względów bardzo negatywny stosunek do Związku Radzieckiego. Przez to myślą stereotypami. Dzisiaj pod tym względem niewiele się zmieniło. Wystarczy poczytać artykuły o Rosji w polskiej prasie – opisuje się same hardkorowe rzeczy. Patologie, zamordyzm władzy, łamanie praw człowieka, narkotyki, prostytucja, bieda, alkoholizm, terroryzm. Tymczasem rzeczywistość ma to do siebie, że jest znacznie bardziej skomplikowana. Dokonuje się montażu tendencyjnego, według teorii Eisensteina. Podobnie opisywano Stany Zjednoczone w czasach wczesnego komunizmu – gangsterzy, prostytucja, kapitalistyczny wyzysk, segregacja rasowa, bezdomni na ulicach. To nie były rzeczy wyssane z palca, tylko po prostu wyłącznie ciemna strona medalu. W mojej książce zależało mi na jak najbardziej obiektywnym przedstawieniu rzeczywistości – nie w barwach czarno–białych, lecz w pełnej gamie kolorów. I postaw ludzi, którzy żyli tak jak chcieli i robili co chcieli, na przekór czasom i systemowi.

Tylko, że to wcale nie oznacza, że represji nie było. Sam zresztą poświęcasz im dużo miejsca, pisząc m.in. o Lietowie, liderze Grażdańskiej Oborony, który za swoją działalność artystyczną trafił do psychuszki.

Oczywiście, że takie rzeczy miały miejsce i dlatego o nich piszę w książce. Ale zauważ, że nie złamało go to ostatecznie i nie powstrzymało przed dalszym wymyślaniem piosenek i nagrywaniem albumów. Wręcz przeciwnie. Co ciekawe, sam Lietow wkrótce później sam zaczął uważać się za „prawdziwego komunistę”. Rosyjscy undergroundowcy wiedzieli, czym ryzykują i znali całą masę sposobów zmylenia systemu. Antologia „Oczami radzieckiej zabawki” to hołd dla takich osób. Ta książka ma przede wszystkim przełamać stereotyp myślenia o Rosjanach jako o orwellowskim monolicie , „narodzie niewolników”. ZSRR nie było Koreą Północną. Sporo ludzi buntowało się przeciw rzeczywistości albo po prostu robili swoje rzeczy, nie stojąc w szeregu. A wszystkie potworności nie zmieniają faktu, że w radzieckiej rzeczywistości istniało również wiele jasnych stron życia.

Grażdanskaja Oborona: Wszystko zgodnie z planem

Wiele miejsca poświęcasz w swojej książce ukazaniu tego, że ZSRR mimo starań „czynników partyjnych” było podpięte kulturowo do świata zachodniego. Że nie żyło w całkowitej izolacji.

Wiadomo. Przyglądając się większości tzw. nieformałów w ZSRR, widzimy że ich większa część była przeszczepiona do Rosji z Anglii lub z USA – tak samo jest na całym świecie. Ale wszędzie przecież zjawiska kulturowe nabierają lokalnego kolorytu. Pierwsi punkowcy – konceptualiści odwoływali się na przykład do futuryzmu Majakowskiego i ideologii Tołstoja. Naturalnie, istniały też grupy zakotwiczone w czysto słowiańskiej, chuligańskiej tradycji jak np. gopnicy (gitowcy, później dresiarze), luberowcy. Wreszcie mitkowie – ci ostatni odwoływali się w dużej mierze do miszmaszu rosyjskich tradycji ludowych i przedrewolucyjnej awangardy – broda, wąsy, marynarskie koszulki, prymitywizm w malarstwie, pacyfistyczne podejście do świata. Taka ludowa rosyjska wersja hipisa.

A jakbyś miał stworzyć sylwetkę radzieckiego undergroundowca, nieformała to jakbyś go opisał?

To dość ogólnikowe pytanie, które aż prosi się o chronologię. Najpierw byli stiliadzy, dla których wyznacznikiem życia był styl. Chcieli ubierać się kolorowo, gdy większość społeczeństwa naokoło nich chodziła w drelichach. Chcieli bawić się, tańczyć boogie woogie, podrywać dziewczyny. W komsomolskiej nowomowie ich „działalność” nazywana była propagowaniem amerykańskiej dekadencji. Ogromnym haustem powietrza były Światowe Dni Młodzieży w Moskwie, kiedy przyjechało wielu cudzoziemców z Ameryki, Afryki. Pojawiły się pierwsze dżinsy, gumy do żucia, płyty z zachodnią muzyką, chłopaki i dziewczyny z różnych krajów romansowali w nocnych parkach, nie bacząc na obławy komsomolców. Lata 60-te to w miarę liberalna epoka twista i pop kulturowego idola Jurija Gagarina. Dopiero później nastały „zatęchłe” czasy – odwilż chruszczowowska odeszła do lamusa, nastały początki breżniewowskiego zastoju.

W której undergroundowcami byli głównie hipisi. Czym różnili się oni od swoich „kolegów” z USA?

I tu, i tam hipisi tworzyli komuny. W realiach Związku Radzieckiego miało to jednak trochę inne znaczenie. Sistema była systemem wzajemnej pomocy, miejsc noclegowych, kontaktów. Hipisi radzieccy całe życie spędzali w drodze, nawiązując tym samym do amerykańskiej koncepcji easy-ridera. Tyle tylko, że zamiast podróży samochodami po Arizonie, podróżowali pociągami po całym ZSRR, najczęściej do Azji lub na Syberię – uciekając przed służbą wojskową, milicją lub psychuszką. Często w poszukiwaniu szamanów – Jakutów, Buriatów lub Ewenków. To znów pewien wspólny klimat z hipisami amerykańskimi, którzy masowo wyjeżdżali do Indii lub trochę bliżej, do rezerwatów Indian w USA lub do Meksyku, by tam „doładować się energią”oraz haszem lub meskaliną z peyotla. Hipisi amerykańscy nie należeli do biedoty, mieli kolorowe autobusy i inne atrybuty oraz wolność przemieszczania się. Ich radzieccy koledzy bez grosza przy duszy, radzili sobie dzięki sprzyjającym im konduktorom, lub wspomnianemu systemowi wzajemnych powiązań.

Nie przypadkiem jednak największa część Twojej książki poświęcona jest latom 80. To właśnie wtedy nastąpił największy rozkwit undergroundu w ZSRR.

To był prawdziwy kalejdoskop. Na ulicach rosyjskich miast pojawili się breakdancowcy, metalowcy, punkowcy, nowofalowcy. Oprócz tego, ze swoich garażów przerobionych na siłownie, powyłazili podmiejscy kulturyści – luberowcy i innego rodzaju gopnicy. Ci ostatni lutowali wszystkich jak leci, zwłaszcza „tych degeneratów naśladujących Zachód”. Często ich szeregi zasilali żołnierze powracający z afgańskiego frontu. W latach 90. z takich środowisk rekrutowali się pierwsi profesjonalni bandyci – później królowie rosyjskiej rzeczywistości. Tak czy owak, najlepiej z radzieckich undergroundowców ustawili się farcowszczycy (cinkciarze, spekulanci), którzy wówczas handlowali na lewo dżinsami, gumami do żucia, płytami, aparaturą czy walutą. To z ich szeregów wywodzą się pierwsi miliarderzy, „nowi ruscy” i oligarchowie.


Czy było coś, co ich wszystkich łączyło?

Wszyscy działali na granicy prawa ZSRR – przez to byli w podziemiu. Zarówno luberowcy, spekulanci, gopnicy, jak i punkowcy.


„Oczami radzieckiej zabawki” dotyczy jednak przede wszystkim undergroundców związanych ze sceną alternatywnego rocka. Wielu dziennikarzy w Polsce w swoich tekstach poświęconych Twojej książce poszukiwało podobieństw do polskiej sceny rockowej lat 80. Czym Twoim zdaniem były one do siebie zbieżne, a w czym nie?

Na pewno bliźniaczym rysem była przepychanka z biurokracją, zarówno tą PRL-owską, jak i ZSRR. Wszyscy ściemniali, kombinowali, starali się wyrolować tępych aparatczyków i partyjny beton. Ale walka to za duże słowo. Podziemni artyści robili po prostu to, co chcieli. Lubili smak ryzyka i adrenaliny, ale nie byli przesadnie zideologizowani. Brzydzili się strukturami państwowymi i polityką, mieli głęboko gdzieś społeczeństwo i ogólnie przyjęte normy.

Tymczasem dzisiaj wielu muzykom z tamtego czasu nadaje się niemal kombatancki rys.

Z dzisiejszego punktu widzenia takie martyrologiczne przedstawianie sprawy uważam za grubą przesadę i nadużycie. Nikomu nie chodziło o to, by w przyszłości otrzymać order za bohaterską walkę z „imperium zła”. Światowa kontrkultura była protestem pokoleniowym i uniwersalnym, leżącym obok geopolityki i zimnej wojny. Na całym świecie system miał tę samą twarz – obojętnie czy była to twarz Andropowa czy Jaruzelskiego, Reagana czy Thatcher. Nie była to walka z komunizmem w imię kapitalizmu lub na odwrót. Poza tym wszyscy chcieli się bawić do upadłego, „póki jeszcze nie wykończyliście tego świata”, jak śpiewał Wiktor Coj. Widmo nuklearnej apokalipsy naprawdę wisiało nad całą planetą.

Więc dlatego to robili? Dla zabawy?

To w zasadzie jest ogólne pytanie o to dlaczego człowiek zostaje artystą. Wynika to pewnie z ludzkiego charakteru, z potrzeby bycia outsiderem. Z nonkonformizmu, z odrazy do stania w szeregu. Z potrzeby realistycznego lub surrealistycznego sportretowania świata, wykrzyczenia tego co wkurwia, obnażenia bólu i wewnętrznych niepokojów, chęci prowokacji albo po prostu powygłupiania się. To już zależy od konkretnego artysty, jego idei i sposobu przekazywania treści.

Dlaczego jednak ich wysyp w ZSRR nastąpił właśnie w latach 80. i to na długo przed Gorbaczowem?

Po prostu system zaczął wtedy umierać – nikt już nie miał żadnych złudzeń co do czegokolwiek w tym państwie. Od końca lat 70. Związek Radziecki tkwił w maraźmie. Najpierw Afganistan, potem Czernobyl plus pełno katastrof, o których media nie mówiły, a o których wszyscy szeptali po kuchniach siedząc do piątej rano z przysłowiowym kubkiem czaju. Związek Radziecki, który jeszcze w latach 60. jawił się inteligenckiej warstwie społecznej jako „humanistyczny i progresywny”, staczał się po równi pochyłej.

Dla wielu Polaków słowa o atrakcyjności Związku Radzieckiego mogą brzmieć zaskakująco.

Bo w dzisiejszej Polsce na ZSRR patrzy się przez pryzmat satelickich relacji Warszawa-Moskwa i wielkiej polityki. Lata 60-te były czasem wielkich nadziei i eksplozji nowej młodej kultury na całym świecie. Nieprzypadkowo w innych krajach socjalistycznych, zwłaszcza w Polsce, to złoty okres kultury – filmu, muzyki bigbitowej i jazzowej, literatury. ZSRR był w tych czasach magnesem, który przyciągał młodzież z krajów postkolonialnych, krajów Trzeciego Świata. Oczywiście, były też białe plamy, o których głośno nie mówiono. Z kolei na Zachodzie, kontestująca młodzież zorientowana lewicowo także patrzyła na ZSRR z nadzieją. Czas pokazał, że były to mrzonki, lecz naiwna wiara w lewicowe ideologie faktycznie zmieniła sytuację społeczną i obyczajową na całym świecie. W samym Związku Radzieckim prawdziwa równość społeczna w dużym stopniu była tylko hasłem. Infrastruktura była bardzo zróżnicowana – inne rzeczy działy się w stolicy lub w czarnomorskich kurortach, inne rzeczy – na osiedlach przemysłowych aglomeracji lub w zapadłej prowincji, gdzieś na północy. Dużo ludzi wyjeżdżało wtedy na studia do Moskwy.

Ja szagaju po Maskwie

Moskwa jako centrum, magnes. Trochę jak w słynnym filmie, sztandarowym dziele epoki chruszczowowskiej odwilży, czyli Ja szagaju pa Maskwie, z młodym Nikitą Michałkowem.

Tak, ten film dobrze oddaje ducha tamtego czasu. Skończyła się epoka stalinizmu, ludzie mieli nadzieję na zreformowanie socjalizmu, bez terroru, w duchu swobody i obyczajowego rozprężenia. Jak wiadomo, nie udało się, ale kto wtedy mógł to przewidzieć? Koniec lat 60-tych, zdławienie „praskiej wiosny”, wydarzenia w Polsce – to był koniec nadziei. Jednak był to też początek późniejszych ruchów dysydenckich, a także undergroundowego rock’n’rolla.

Czyli można stwierdzić, że cały radziecki underground wyrósł właśnie z upadku mitu o sukcesie i szczęściu ZSRR? Że ludzie przestali szukać szczęścia w zbiorowości i państwie, a zaczęli je chwytać indywidualnie?

Jeden z bohaterów mojej książki, lider Paslednich Tankow w Paryżu powiedział kiedyś w wywiadzie: „Jak byłem mały chciałem polecieć w kosmos, chciałem zostać pionierem, bohaterem. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że wszyscy jesteśmy robieni w c***a.”. Między innymi właśnie z tego głębokiego poczucia bycia oszukanym, wyrasta tytuł mojej książki. Radziecka zabawka. Naiwna, bezbronna zabawka, z wielkimi oczami dziecka. Marionetka w rękach tych na górze – najpierw wykorzystywana, a później, w decydującym momencie, jeszcze raz oszukana i wyrzucona na śmietnik historii. To dotknęło każdego w ZSRR.

Koniec części pierwszej. Rozmawiał Tomasz Piechal.

Druga część wywiadu:  Rosja to niewyczerpane źródło inspiracji dla artysty

Tomasz Piechal jest prowadzącym dział Partnerstwo dla Kultury – pozostałe teksty

Facebook Comments
Tomasz Piechal
Starszy analityk ds. Ukrainy w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia

    Dziennikarz, publicysta, z wykształcenia etnolog. Swoje badania naukowe prowadził na Ukrainie, gdzie zajmował się kwestiami politycznymi (dystans między władzą a obywatelami) i historycznymi (UPA, Wielka Wojna Ojczyźniana, Wielki Głód). Współpracował m.in. z serwisami "dziennikarze.info", "gildia.pl", "psz.pl", "Gazetą Studencką", TVP1, działem Opinii "Super Expressu", "Rzeczpospolitą", "Dziennikiem Gazetą Prawną".

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY