Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Valiaryna Kustava

PdK Film: Prawdziwie białoruska bomba

„Żywie Biełaruś!” – prawdziwie białoruska bomba – to film długo oczekiwany i kontrowersyjny, o którym trzeba mówić… Autorzy chcą go pokazać na kilku europejskich festiwalach, a latem opublikować w sieci, żeby również sami Białorusini mogli zobaczyć pierwszy białoruskojęzyczny – to nic, że z polskim akcentem – film fabularny o współczesnej Białorusi.

Кадр из фильма

Scena z filmu „Żywie Białoruś”, źródło: facebook.com

„Żywie Biełaruś!” to słynne hasło sprzeciwu Białorusinów. Sama nazwa zobowiązuje, gdyż wielu ludzi z nim się identyfikuje, ale że jest to też pierwszy film tego typu, to reżyser miał prawo do tej nazwy (pierwotny tytuł brzmiał „Miron”). Sam tytuł prawdopodobnie zainteresuje masowego białoruskiego widza i społeczeństwo europejskie.

Film wywoła falę krytyki, niekoniecznie sprawiedliwej. Sytuacja, którą przedstawia, nie pozostawi obojętnym nikogo z obu stron białoruskich barykad. Będzie krytykowany i chwalony. I w obu przypadkach będzie to bolesne.

Problem współczesnej, zniszczonej Białorusi zyskał już „pełnoletność”, tak jak jej reżim. Jest on przegadany, ale też po raz pierwszy został on udźwiękowiony właśnie w takiej formie. Ten film powinien się pojawić wcześniej, ale nie mógł. Stąd tak wysokie wobec niego oczekiwania.

Przełom w sztuce

To film z numerem jeden na wiele sposobów. Trzeba to wziąć pod uwagę i cieszyć się z tego, gdyż stanowi teraz punkt wyjścia dla dyskusji. To pierwszy film o najnowszej historii Białorusi, zrealizowany przez zagranicznego reżysera. Pierwszy polityczny film fabularny o współczesnych Białorusinach. Już samo jego pojawienie się jest dobrym znakiem dla tego kraju. W sumie „Żywie Biełaruś!” to coś więcej niż film, to przełom w sztuce i kulturze.

Białoruska misja

Film jest na wskroś upolityczniony – wygląda na to, że wszyscy Białorusini, pracujący nad film, tj. Franak Wieczerko (drugi reżyser i scenarzysta), Anton Tieleżnikow (asystent reżysera), Liawon Wolskij (kompozytor), a także nasi aktorzy, ze swojej białoruskiej misji się wywiązali.

Autorzy filmu poradzili sobie również z wyznaczonym celem, tj. zwróceniem uwagi świata na Białoruś i pokazanie jej historii Europie. Inna kwestia, że sytuacja, kiedy sztuka od samego początku jest zmuszona do skupiania się na problemach społecznych bądź politycznych, może wywoływać wątpliwości.

Białoruska zona

W filmie chora mentalnie Białoruś jest pokazana jako Zona o trzech strefach metaforycznego, totalitarnego Czyśćca. Pierwszym i największym kręgiem jest sam kraj, gdzie „narodowy Czarnobyl” jest obecny na poziomie lokalnym, jak „dzioby” po ospie.

Drugi, węższy, to Czarnobylska Zona (fizyczny Czarnobyl), a trzeci, ostatni i centralny, gdzie obserwujemy „duchowy Czarnobyl”, skupiony na terenie konkretnej jednostki wojskowej.

Strach rozpylony jest po całym kraju, ma charakter lokalny i formę strasznych, ludzkich historii, pełnych poniżenia, kalectwa, a także przemocy fizycznej i moralnej. W filmie jest on skupiony w jednej zonie z łysymi dziećmi, zniszczonymi karuzelami, z milczącymi brawami. Surrealistyczna, straszna zona, gdzie balem zarządzają ignoranci i nieludzie. Tacy jak sierżant Rusłan (Paweł Kriksunow), który łamie dumnych młodych ludzi. Albo tacy jak żołnierz Sieryj (Maksim Karżyckij), który właśnie jest tą mentalną dźwignią, która wychodzi naprzeciw Mirona (Dmitrij „Wincent” Papko), będącego przykładem trzymającego się prawdy ryzykanta. Miron wychodzi mu naprzeciw, jednocześnie walcząc ze swoją obojętnością. Właśnie z ust Sieryjego słyszymy główne przesłanie: „Jeśli się będziesz bał, to zawsze będziesz dostawał po dupie …” – to są słowa skierowane do Mirona.

Życie żołnierzy w zonie jest pełne brudu – twarzą do klozetu, znieważeni, poniżeni, z lufą w ustach, pobici prawie na śmierć, dążą do swojego celu. I wśród całej tej beznadziei rosną i dorastają młodzi Białorusini. I dzięki takim stalkerom w zonie jak Szczuka (Denisa Tarasjenko) mają oni szansę na przeżycie.

Głównym bohaterem jest Miron Zacharka, solista grupy młodzieżowej „Forte”, który na początku filmu stara się nie zwracać uwagi na problemy otaczającego go świata, próbując zajmować się niezależną muzyką, zupełnie poza polityką. Dopiero później (dzięki koledze (Sieryj) i swojej dziewczynie Wierze Gienijusz (rola Karoliny Gruszki)) postanawia zrozumieć i poprowadzić za sobą ludzi, podpisując tym samym na siebie wyrok.

W wyniku swego wyboru traci wszystko: i miłość, i muzykę, i wolność. Traci ukochaną (bo w kobiecej kolonii na pewno zdradziła go z jego kolegą-muzykiem Dmitrijem – w tej roli Roman Podoljako), żegna się z karierą (grupa zostaje zdelegalizowana), traci kolegę (który zostaje zwerbowany przez odpowiednie organy), zdrowie (zostaje okaleczony fizycznie i psychicznie) – odrzucony, nikomu niepotrzebny, oprócz takich, jak on, trafia na Plac (który tak w ogóle nie jest głównym tematem, a raczej tłem), a stąd do „czarnej Marusi”, której drzwi zamykają się tuż przed jego nosem.

I właśnie takie ciężkie, beznadziejne, jak by się wydawało, kino, umożliwiło pokazanie naszej odwagi i umiejętności wygrywania. Później.

O milczeniu Wincenta

Dmitrij Papko na początku filmu (w pierwszej z trzech części, kiedy film dopiero nabiera odpowiedniego tempa) w sumie przymierza się do roli … Aktor Wincent jest przystojny, to typ macho, przypominający młodego Zenona. Ale najlepiej, powiedzmy szczerze, wychodzą mu sceny, gdzie po prostu nic nie mówi.

Pocałunki Gruszki

Młoda, ładna, profesjonalna Karolina Gruszka na pierwszy rzut oka wygląda nie do końca odpowiednio. Do tego razi jej wyraźnie słyszalny polski akcent. Lepiej byłoby wziąć naszą aktorkę i z nią popracować. Ale tu już działają prawa rynku, gdyż film trzeba sprzedać w Polsce, dlatego musi on mieć chociaż jedną znaną i uznaną w oczach zagranicznego widza twarz. Wiemy oprócz tego, że białoruskie aktorki odmówiły wzięcia udziału w filmie z obawy przed zakończeniem kariery (co spotkało Anatolija Kota, który zagrał wiceministra obrony).

Z drugiej strony, Gruszka widocznie bardzo pomaga Wincentowi na planie filmowym (również w scenach intymnych). Można odnieść wrażenie, że go ośmiela wręcz. I to jest znak dla zabobonnego znawcy sztuki: Gruszka gra Wierę, mówiącą po białorusku z polskim akcentem, która próbuje przekonać Mirona do walki o swój honor narodowy. Również Polska – polska grupa zdjęciowa, polski reżyser Krzysztof Łukaszewicz, mający białoruskie pochodzenie – pochodzi spod Baranowicz –  – wspierała prace nad filmem „Żywie Biełaruś!”, pomagającym tym samym obudzić kraj, jego mieszkańców i zainteresować świat, nakłonić do spojrzenia na problemy wewnętrzne naszego kraju. Przy okazji, to pierwszy film, w którym zarówno polski, jak i europejski widz może zobaczyć nagą Karolinę Gruszę. Jak i również nagiego Wincenta.

Z polskim akcentem

Warto osobno powiedzieć o języku filmu. Z jednej strony bardzo przeszkadza polski akcent, który słychać praktycznie u wszystkich polskich aktorów. Silny akcent ma sama Gruszka. Chociaż autorzy i tak zapewniają, że to w ogóle cud, że w tak krótkim czasie Karolina nauczyła się języka, z którym wcześniej nie miała żadnej styczności. Opanowała nawet twarde białoruskie „l”, co jest nietypowe, jak na Polkę. Raz, co prawda, przechodzi na rosyjski (przypadek?) ale to przy rozmowie z pracownikami pewnych służb. Zresztą ten podział akurat można łatwo wytłumaczyć: z obcymi się po prostu rozmawia „po obcemu”, żeby nie kalać własnego języka.

A tak w ogóle, to czemu w zasadzie polski akcent jest gorszy od, na przykład, rosyjskiego, którego pełno w białoruskim i białoruskojęzycznym kinie? Tylko tym, że do tego pierwszego jesteśmy już przyzwyczajeni. I to wcale nie jest dobre wytłumaczenie.

Kolorytu dodaje również trasianka. Chociaż fakt, czasem trafiają jej się przesadzone „uśmiechnięte akcenty”, co też wywołuje wątpliwości i trochę wybija z rytmu filmu. Z kolei scena rekonstrukcji podliczania głosów zasługuje raczej na osobną etiudę filmową.

Dla kogo?

To film przede wszystkim dla Białorusinów, którzy sami przeżyli Plac. I ci są chyba najbardziej krytyczni. Będzie ich razić swoista, przeideologizowana symbolika, sierpy, młoty, pomniki wodzów i gadające głowy. Będą oni porównywać film ze swoimi doświadczeniami i życiem, ze swoim Placem.

Drugi widz to Białorusin, który sobie żyje jak człowiek w dowcipie: „Chciałbym żyć w Białorusi, którą pokazują w telewizji”. Dla niego film ten będzie odkryciem, tą nieoczekiwaną prawdą, jeśli oczywiście otworzy oczy, żeby zobaczyć film do końca …

Trzeci widz to obcokrajowiec, który będzie współczuł Białorusinom, dla którego wydarzenia z filmu są albo czystą egzotyką (zwłaszcza dla Europejczyków). Nie ma on za bardzo pojęcia o Białorusi, bądź nasza historia jest dla niego jedną z niepożądanych perspektyw, z których patrzy się na rozwój własnego kraju (tak mogą ten film na przykład postrzegać Polacy i Czesi, którzy film zrozumieją i będą z radością wzdychać, że ich na szczęście taki los ominął).

Szkoda, że film został nakręcony dla kin, które go nie pokażą. Bo to film dla białoruskich kin.

Białoruska przesada

Przywiązanie do drobiazgów i ich liczba może wydawać się przesadzone, choćby częste zwracanie obiektu kamery na groteskowe plakaty, szczegóły ubrania, zwłaszcza na radzieckie dekoracje. Zwraca również uwagę nasycenie atrybutami z poprzedniej epoki, tj. plakatami, pomnikami, popiersiami wodzów. To taki skondensowany ZSRR w granicach jednej strefy, takie muzeum epoki radzieckiej. To hiperbola, czasami doprowadzona do absurdu. Zresztą na tym polega zabieg artystyczny, skuteczny zresztą. I przesadę może zauważyć w zasadzie tylko naoczny świadek tamtych wydarzeń.

A pozostali powinni po prostu mieć pojęcie o tym kraju. I wtedy na pewno się nie pomylą. I film – to nie żart, bo już została podpisana umowa! – będzie pokazywany w polskich szkołach jako przykład funkcjonowania modelu komunistycznego.

Ale czasami przesada ma charakter młodzieńczo-maksymalistyczny, i wywołuje rozczulający uśmiech, jak wtedy, gdy na „żołnierski dziennik” (a w zasadzie blog) Mirona młodzież odpowiada rewolucyjnymi akcjami solidarności i na komputer wiceministra obrony (Anatolij Kot) w formie wirusa narodowego wysyła spam „Mów po białorusku!” (to dopiero solidarność!).

Perspektywy

Chyba nie trzeba mówić o sukcesie komercyjnym filmu. Możemy jednak mówić o jego sukcesie jako przewrocie w sztuce filmowej. Z założenia to nie była produkcja komercyjna.

Białorusini robili wszystko, co mogli, dla tego filmu, zazwyczaj jako wolontariusze, poza aktorami, specjalnie wybranymi do ról. Reżyser Krzysztof Łukaszewicz, chociaż jest Polakiem, to z pochodzenia i z przekonania jest Białorusinem. Ma jednak polski paszport, a jego interpretacja białoruskiej historii również jest polska, czyli trochę z góry, trochę pobłażliwe, ale ze szczerą chęcią pomocy, czyli po raz kolejny jak starszy brat wobec młodszego. Zresztą co w tym złego? Jeśli ma się przy tym okazję pokazać się w kulturalno-politycznej przestrzeni jako innowacyjny i pierwszy podejmujący temat….

Miło dojść do wniosku po obejrzeniu tego filmu, że nasi aktorzy są naprawdę na europejskim poziomie: Anatolij Kot, Aleksander Mołczanow, Denis Tarasjenko, Oleg Sidorczik, Roman Podoljako. Oni zaryzykowali, i należą im się wyrazy uznania.

Nie można również nie zwrócić uwagi na wkład scenografa Andrieja Galinskiego i operatora Witolda Stoka, gdyż ich praca została wykonana tak profesjonalnie, że widz nawet nie zwraca na nią uwagi. Kompozycje Liawona Wolskiego bardzo pomogły w zrozumieniu bohaterów i głównego przesłania filmu. Na pewno zapadną one w pamięć i będą dawać do myślenia.

„Żywie Biełaruś!” to młodzieżowy thriller polityczny dla tych, którym nie jest wszystko jedno. To film ciężki i gorący, to film dla młodych. Daje też nadzieję na kontynuację, zresztą pozostawia pewne niedopowiedzenie. Nie wiemy, jak dalej potoczy się los młodych ludzi, którzy uciekną z więzienia.

Generalnie Białoruś bardzo potrzebuje tego filmu. Na pewno doprowadzi on do skandalu, gdyż jest to film o nas, to żywa białoruska bomba.

Ostateczny wynik Miron-System: 1:0. Ale ciąg dalszy nastąpi. Spotkamy się na zamkniętych pokazach.

Ciekawostki

– Zdjęcia wymagały specjalnego zbudowania od zera toalet w samym punkcie kontrolnym, gdyż nigdzie w Polsce takich przedpotopowych toalet nie ma.

– Ostateczny budżet filmu jest nieznany. Początkowo był on szacowany na 1,8 $. Około 500 tys. $ zostało przeznaczone na kamerę. Została nabyta „Aleksa”, która w momencie kręcenia filmu była jedną z najlepszych w Europie kamer filmowych.

– W scenie placu nie zostało wykorzystane ani jedno zdjęcie archiwalne.

– Głosami spikerów Białoruskiej Telewizji z widzami mówią dziennikarze i prowadzący Radio Swoboda, Aleksiej Znatkiewicz i Jelena Tichonowicz, a także spikerzy niezależnego białoruskiego kanału telewizyjnego Biełsat.

Pełną wersję artykułu po białorusku można przeczytać tutaj

Przeczytaj recenzję filmu autorstwa Łukasza Grajewskiego – Rewolucja na siłę

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY