Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Charlie Sujici Sakuma – Japończyk zakochany w Ukrainie

W ostatnich latach bandura coraz więcej zyskuje na popularności. Tym nie mniej zobaczyć na własne oczy obcokrajowca, który nie wyobraża swojego życia bez tego instrumentu, to prawdziwa rewelacja. Z Charlie Sujici Sakuma poznaliśmy się podczas tegorocznej edycji etnofestiwalu „Kraina marzeń”. Japończyk brał udział w kobzarskim slamie rozgrywającym się na Scenie Literackiej. Bandurzysta urodzony w kraju kwitnącej wiśni mieszka obecnie w Ukrainie, ubóstwia jej kulturę, a nawet potrafi zatańczyć hopaka. Próbuje nauczyć się języka ukraińskiego. Co prawda zna na razie tylko kilka słów. Z Charlie rozmawialiśmy o jego rozwoju jako bandurzysty, źródłach zainteresowania Ukrainą oraz wrażeniach z tutejszego życia.

Чарлі Суїці Сакума - японський бандурист. Автор: Галина Будівська

Japoński bandurzysta Charlie Sujici Sakuma. Autor: Halyna Budivska, źródło: Eastbook.eu

Kiedy po raz pierwszy usłyszał Pan o Ukrainie i o bandurze?

Prawdopodobnie w 1997 roku w Edmontonie (Kanada). Istnieje tam ogromna wspólnota ukraińska. Działa również sporo ukraińskich kursów tanecznych. Kiedy po raz pierwszy obejrzałem ukraińskie tańce ludowe, zapragnąłem również tego się nauczyć. Chociaż nie było to łatwe, ponieważ nie miałem żadnego zaplecza ukraińskiego, żadnej wiedzy o tej kulturze. Jednak po jakimś czasie udało mi się te tańce opanować. Potem natrafiłem na ogłoszenie oferujące lekcje gry na bandurze. Postanowiłem spróbować. Co tydzień uczęszczałem na korepetycje z gry na bandurze. Potem znalazłem się w  Bandura-camp w Stanach. Jest to taki obóz letni gry na bandurze. Wiele osób tam przyjeżdża, aby grać na bandurze przez cały dzień w ciągu dwóch tygodni. W taki oto sposób zdobywałem umiejętności.

Ale jest  jeszcze sporo innych ukraińskich instrumentów, na przykład cymbały, trombita,   fujarka… Dlaczego wybrał Pan właśnie bandurę?

Lubię wszystkie ukraińskie instrumenty. Ale wybrałem bandurę, ponieważ umiałem grać na shamisenie (tradycyjny instrument strunowy w Japonii – autor). Przez dłuższy czas grałem również na gitarze. Bandura też jest instrumentem strunowym. Otóż pomyślałem, że potrafię się nauczyć. Chociaż na początku chciałem grać na cymbałach.

Jak dawno mieszka Pan w Ukrainie?

Od dwóch lat. Moja żona jest lwowianką. I mieszkamy we Lwowie. Poznałem tam wielu bandurzystów.

Czy powstawały jakieś nieporozumienia po tym, jak znalazł się Pan w Ukrainie? Co Pana zaskakiwało?

Największym zaskoczeniem była toaleta. Chodzi o wiejskie toalety, jak też o toalety na dworcach. Po prostu mnie zaszokowały. W ukraińskich szaletach publicznych zazwyczaj nie ma siodełek, nie ma papieru toaletowego i wody. Był to największy szok kulturowy. Przepraszam, że tak jest (śmieje się). A w ogóle żadnych nieporozumień nie miałem. Są to po prostu różne kultury. Po raz pierwszy przyjechałem tu w 2005 roku. I niestety miałem nieprzyjemne doświadczenie. Oto co się wydarzyło ze mną na przykład wczoraj. Kupiłem bilet kolejowy przez Internet. Na dworcu, w kasie, trzeba było zamienić wydrukowany bilet elektroniczny na bilet tradycyjny. Ale, kiedy przyjechałem na dworzec, okazało się, że jest on zamknięty z powodu  zaminowania. Nie miałem więc możliwości wejścia do środka i odpowiednio odzyskania swojego biletu. Podszedłem do jednej kobiety na dworcu i opowiedziałem o problemie. Poradziła mi wytłumaczyć to wszystko konduktorowi. Pokazałem mu bilet, powiedziałem, że już zapłaciłem za ten bilet, że jest na nim zaznaczone moje miejsce. Odpowiedział mi, że wszystko rozumie, jednak wpuścić mnie nie może. W Ukrainie jest dużo biurokracji. I za te osiem lat, które upłynęły od pierwszego mojego przyjazdu do kraju, nic się nie zmieniło.

W Japonii jest z tym lepiej?                                                   

Tam wcale nie ma nic podobnego.  Natomiast w Ukrainie, szczególnie jeśli chodzi o jakieś struktury urzędowe, nikt nie myśli o ludziach. Myślą tylko o sobie. W Japonii jest wprost przeciwnie.

Czy trudno Panu tu mieszkać?

Jeżeli chodzi o ten aspekt – to strasznie trudno. Ale tylko pod tym względem. A w ogóle nasze kultury są różne. W Ukrainie ludzie nie uśmiechają się na ulicach. Wyglądają na bojaźliwych. Są to prawdopodobnie następstwa stresu, który trwa przez ostatnie 20 lat.

Swoją żonę – Ukrainkę poznał Pan tutaj?

Nie, poznałem ją w Tokio. Była studentką na wymianie i dorabiała trochę jako tłumaczka i dziennikarka. Musiała znaleźć japońskiego artystę do wywiadu. W tamtym okresie mieszkałem w Kanadzie, ale akurat przyjechałem do Japonii w sprawach rodzinnych. I nasi wspólni znajomi zapoznali nas. Ona zaprosiła mnie na wywiad. Tak się spotkaliśmy.

Jak pańscy przyjaciele i krewni w Japonii traktują takie Pana hobby czy zamiłowanie do Ukrainy?

Oni myślą, że to szaleństwo. Dla nich to coś niezwykłego. Japończycy zazwyczaj niczego nie wiedzą o Ukrainie. Moi krewni nawet nie mają pojęcia, gdzie ten kraj się znajduje. Chociaż taka sytuacja stopniowo ulega zmianom. Na przykład niedawno w Tokio odbyła się procesja wyszywanek. Spotkali się przedstawiciele ukraińskiej diaspory w Japonii – jest ich około setki osób, które ubrały się w haftowane koszule i przeszły ulicami miasta. Ja też marzę o tym, by promować ukraińską kulturę w Japonii.

Czy są bandurzyści, którzy mogą być dla Pana wzorem do naśladowania?

Są. Jest to Taras Łazurkewycz, Oleh Sozańskyj, Roman Hryńkiw. Bardzo podoba mi się również Jarosław Dżuś. To znakomity muzyk. Jeśli będę grał tak, jak ci wykonawcy – będę szczęśliwy.

Jaka jest Pana przynależność etniczna? Kim Pan się czuje?

Jestem stuprocentowym Japończykiem. Urodziłem się i dorastałem w Japonii. Jednocześnie Kanada jest tym miejscem, gdzie mieszkałem i gdzie zapoznałem się z kulturą ukraińską. A obecnie mieszkam w Ukrainie – jest to nowy etap w moim życiu. Ożeniłem się z Ukrainką, mam jednoletnią córeczkę. Moja rodzina znajduje się tutaj.

Jak Pan może wytłumaczyć taką swoją miłość do Ukrainy?

Czy widziała Pani hopak? To wszystko jest moje! Ukraińska kultura bardzo się różni od mojej ojczystej. Ale w czymś, jak mi się wydaje, są one podobne. A na dodatek ja wierzę w reinkarnację. Być może byłem kozakiem w przeszłym życiu. I obecnie ku temu wracam. W Edmontonie chyba setki razy oglądałem ukraińskie tańce. I za każdym razem płakałem.

Czy Pana czub jest prawdziwy?

Skąd Pani się dowiedziała? (śmieje się) Tak, zakładam czub, kiedy mam występ. Jest to symbol kozacki. Ale mamy obecnie XXI wiek. Dlatego postanowiłem, że będę zakładać go raczej podczas koncertów.

Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Ludmiła Slesariewa

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY