Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
34mag

Ewolucja roweru

W czasach mojego dzieciństwa rower był symbolem próżności, na początku lat 90. stał się symbolem zacofania, a już piętnaście lat później zaczął symbolizować „postburżuazyjność”. Władimir Kozłow opowiada o tym, jakie znaczenie miał rower kiedyś i jakie ma dzisiaj.

Велосипед, flickr.com  автор Martin Gommel

Rower, autor: Martin Gommel, źródło: flickr.com

Pierwszy „dorosły” rower, zielony „Aist” z fabryki mińskiej, pojawił się u mnie w trzeciej klasie. Został kupiony w mohylewskim sklepie „Sporttowary” i kosztował 65 rubli – ponad połowę pensji radzieckiego inżyniera. „Składak” na małych kołach był droższy, ale mniej ceniony: ze względu na małe koła nie można było na nim osiągnąć takiej prędkości, jak na „wzroslike” (rowerze dla dorosłych).

Rower był najfajniejszą rzeczą, jaką mógł wtedy mieć facet z osiedla robotniczego. Rowerami się szczycono, przechwalano, ozdabiało je wszelkimi drobiazgami, żeby wyglądały jeszcze bardziej „cool”. Rodzice wielu moich kolegów z klasy pracowali w szkodliwych warunkach przemysłowych, zarabiając o wiele więcej od moich. Ale nie chcieli kupować swoim dzieciom rowerów: pieniądze przepijali, a to, co zostało, chowali w materacu.

Właśnie dlatego miałem jeden z najładniej ozdobionych rowerów na całym osiedlu: gumowe błotniki na obu skrzydłach, szprychy owinięte różnokolorowym drutem i wiele katafotów, na ramie – naklejki, a na przednim skrzydle – plastykowa figurka żołnierza-snajpera z karabinem.

Mój rower był obiektem zazdrości. Kilka razy próbowano mi wsadzić kij w szprychy (na szczęście nie trafili), a starsi chłopcy domagali się katafotów (odblaski na szprychach. przyp. red.), mówiąc, że „rąbnąłem” je ich kolegom. Wymigiwałem się jakoś albo uciekałem.

Rower przestał być „cool” w 8-9 klasie. „Cool” teraz był motor. Z rowerów przesiadano się na motory, nazywając się „rockerami”. Na motocyklu, oczywiście, łatwiej było podrywać dziewczyny z zawodówek, mieszkające w okolicznych wioskach i wozić je do zalesionej okolicy na krótkie „randez-vous”. Interesowałem się już wtedy innymi rzeczami, więc wieśniaczki z zawodówki niespecjalnie mnie pociągały.

Przestał mnie również interesować rower: wyrosłem z wieku, gdy jazda na rowerze po dzielnicy była główną formą spędzania wolnego czasu. Znaczenia praktycznego również on nie miał, gdyż nie jeździłem nim do centrum. Spośród tych, którzy mieli ponad szesnaście lat, na rowerze po osiedlu robotniczym jeździli głównie niemłodzi panowie i panie. Panowie przyczepiali prawą nogawkę spinaczem, żeby nie trafiła do łańcuchu.

Z początkiem lat 90. przez polską granicę lunął potok używanych samochodów i dla facetów mojego pokolenia „bryki” zwyciężyły z motorami w hierarchii wartości. O rowerze nikt nie wspominał. Zresztą po co, skoro za kilka wyjazdów do Polski – „na handel” albo po haracz – można było przywieźć używany Volkswagen, albo nawet coś lepszego.

Faceci, którzy kiedyś zazdrościli mojemu rowerowi, jeździli „brykami”, a mój rower kurzył się w szopie u babci. Później, kiedy już studiowałem w Mińsku i przyjeżdżałem do Mohylewa na wakacje, to czasami wyciągałem go stamtąd i udawałem się na długie przejażdżki po okolicznych wioskach. Miejscowi „gopnicy” (dresiarze) patrzyli krzywo, ale nie „podskakiwali”, gdyż człowiek z rowerem nie był dla nich ciekawy, a jeżdżenie na rowerze nawet na wsi było uważane za „zacofanie”.

Lata 90., w przestrzeni poradzieckim były dziesięcioleciem „bumera” i „mersa”. Jaki tam rower? A w Europie, mającej już dość burżuazji, wszystko było inne. Mniej więcej w tym czasie po raz pierwszy pojechałem do Paryża i Amsterdamu, gdzie jeździła na rowerach modna i stylowa młodzież. Można było im zazdrościć, ale nie próbować robić to samo w domu.

O tym, że stosunek do rowerów zaczął się zmieniać, zauważyłem już w Moskwie dziesięć lat temu – choć Moskwa również nie była za bardzo przystosowana do jazdy na rowerze, tak jak większość poradzieckich miast. Kaukascy kierowcy minibusów wciąż omijali korki chodnikiem i pasem przeciwnym, pieszych na przejściach nikt nie przepuszczał, a w mieście już pojawili się chłopcy i dziewczęta na rowerach. Rowery były inne, nowoczesne, mało podobne do mojego starego „Aista”.

Po trzech latach mieszkania w Moskwie i ja kupiłem rower. Służy mi do dziś. Wiosną, jesienią i latem przemieszczam się nim po dzielnicy. Co roku widzę wokół coraz więcej rowerzystów. To zaczyna być modne, przynajmniej dla niektórych. Dla tych, którzy się przed sobą nie popisują modelem samochodu lub smartfona. Albo dla tych, którzy po wystaniu kilku godzin w korku, porzucają samochód wieczorem koło domu i jadą na rowerową przejażdżkę do pobliskiego parku. W przeciwieństwie do samochodów i smartfonów, rower nie został towarem markowym: nikt nie zwraca szczególnej uwagi na marki, nikt nie przechwala swoim rowerem. I właśnie na tym polega „postburżuazja” roweru.

Tymczasem, według liczby ścieżek rowerowych w mieście ocenia się stopień jego rozwoju. Oczywiście, mieć nadzieję, że miasta poradzieckie mogą wkrótce stać się tak wygodne dla rowerzystów, jak europejskie, byłoby głupie. Nasze miasta budowano w czasach radzieckich, i o rowerzystach wtedy nie myślano, uważając, że ludzie będą korzystać głównie z komunikacji miejskiej. Ale rowerowa mniejszość rowerowa krok po kroku będzie walczyć o swoje miejsce.

Tłumaczenie: ASB

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY