Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Tomasz Piechal

Siergiej Babkin: Artysta nie może stać w miejscu

O tym, jak odkrył gitarę, śpiewał Dr. Albana, dlaczego nie lubi reggae, o swoim polskim projekcie i o tym, co pozostało po działalności zespołu 5’nizza, opowiada w rozmowie z Tomaszem Piechalem, jeden z członków tego legendarnego charkowskiego duetu, Siergiej Babkin.

Sergiej Babkin podczas swojego kwartirnika. Autor: saver_ag Źródło: flickr.com

Siergiej Babkin podczas swojego kwartirnika. Autor: saver_ag Źródło: flickr.com

Parę metrów od Puszkina, jednej z najważnieszych ulic miasta, przy ulicy Krasina, znajduje się jedno z charkowskich centrów kulturalnych. W budynku, który bardziej przypomina urząd i po którym prędzej można spodziewać się obcowania z sowieckimi urzędnikami, niż ze sztuką, mieści się charkowski Dom Aktora. To właśnie w tym miejscu uśmiechnięty od ucha do ucha wita mnie Siergiej Babkin, jeden z członków bodaj najpopularniejszego zespołu zza wschodniej granicy w Polsce, 5’nizza. Miejsce naszego spotkania nie jest przypadkowe – Babkin od pewnego czasu bierze udział w różnych projektach teatralnych i filmowych, gdzie realizuje się w swojej aktorskiej pasji. Na afiszach rozwieszonych w teatrze spektakl „Жир” (z ros. „Tłuszcz”), gdzie jednym z elementów plakatu jest głowa Babkina w słoju. Ulegam sile sugestii i pierwsze pytanie, które stawiam dotyczy spektaklu. – Mówi się, że pierwsze dwa spektakle nowej sztuki mogą spotkać się ze słabym przyjęciem publiczności, bo aktorzy jeszcze nie są zgrani do końca itp. Cóż, u nas było źle i za trzecim i za czwartym razem. – śmieje się Babkin. – Płacimy cenę za to, że postawiliśmy na eksperymentalną formę teatru tzw. funk-futurism, która nam z pewnością sprawiła wiele frajdy, ale publiczności – zdecydowanie mniej.

Siadamy na taboretach w ciemnym holu, w tle krzątają się technicy i scenografowie, którzy przygotowują teatr na wieczorny spektakl. Naszą rozmowę, co jakiś czas będą przerywać serdeczne powitania z kolejnymi członkami ekipy teatralnej, krótkie wymiany zdań, uśmiechy i ciągłe powroty do urwanych wątków. Cały Babkin – jak ostrzegali mnie wcześniej znajomi. Wulkan energii, człowiek, który myśli nad dziesięcioma rzeczami naraz. Artystyczne ADHD w pełni.

Plakat promujący spektakl "Zhir". Źródło: materiały promocyjne

Plakat promujący spektakl „Zhir”. Źródło: materiały promocyjne

Charkowski Dom Aktora – trochę mnie zaskoczyłeś tym miejscem spotkania. Jednak Sergiej Babkin, mimo swojego wykształcenia, bardziej kojarzy się z muzyką.

Nie martw się, już długo tutaj nie zagrzeje miejsca (śmiech). Wraz z zakończeniem tego sezonu odchodzę z teatru. To była fajna przygoda, ale jednak nie do końca dla mnie.

Przyznaj się – w końcu poznali się, że jesteś muzykiem, a nie aktorem.

W końcu się wydało (śmiech)! A tak na serio – to jest w pełni moja decyzja. Tryb pracy teatru z jego ramówką, ciągiem produkcyjnym, ograniczeniami scenicznymi to jednak nie do końca mój świat. Cenię swobodę i wolność twórczą, gdzie nic mnie nie ogranicza.

Czyli koniec z teatrem?

Jako codzienną pracą – tak. Nie oznacza to jednak, że nie będę brał udziału w jakiś poszczególnych przedsięwzięciach teatralnych.

Teraz marzy mi się ze Śnieżką (żona Babkina – przyp. T.P.) wspólne przedstawienie, z muzyką na żywo i profesjonalną choreografią. Zobaczymy, co z tego będzie.

Jak w ogóle do tego doszło, że Siergiej Babkin-muzyk przeistoczył się w Siergieja Babkina-aktora?

Zawsze pociągało mnie aktorstwo, praca nad sobą, świadomość swego ciała, wcielanie się w różne role, przekazywania emocji samym sobą. Nie przypadkiem zresztą trafiłem na początku do szkoły artystycznej na wydział teatralny. Nic więc dziwnego, że kiedy natrafiła się okazja do tego, żeby spróbować swoich sił również tutaj, nie wahałem się ani chwili i tak trafiłem do teatralnej grupy „Priekrasnyje cwiety”. Jestem jednak dość samokrytyczny i świadomy swoich możliwości –jestem naprawdę słabym aktorem i wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną. To muzyka jest moim żywiołem. Właśnie w tej formie sztuki czuję się najlepiej, bo wiem, że przemawia za mną doświadczenie i wykształcenie.

Czy muzyka była zawsze obecna w Twoim życiu?

Tak. Duża w tym zasługa moich rodziców, którzy sami lubili grać, śpiewać i którzy zdecydowali się posłać mnie do szkoły muzycznej. Albo raczej uściślijmy – to mama mnie tam wysłała, za co bardzo jej dziękuję. Bo choć tata również widział moją przyszłość związaną z muzyką, to jednak miał inne plany, co do mnie.

Jakie?

Chciał mnie zobaczyć w wojskowej orkiestrze, gdzie grałbym na flecie (śmiech). Takie są uroki życia w wojskowej rodzinie – tata jest podpułkownikiem w stanie spoczynku i obecnie wykłada na akademii wojskowej, a brat dosłużył się już stopnia majora.

To aż dziw, że nie rozmawiam z majorem Babkinem.

Możemy to załatwić, tylko muszę zadzwonić do brata (śmiech). Mówiąc zupełnie poważnie, to jednak wybór mamy z perspektywy lat okazał się trafny. Trudno mi wyobrazić sobie moją służbę w armii (śmiech).

Wygrała więc muzyka. Czy od początku grałeś na gitarze?

Nie, to było moje wielkie odkrycie w wieku 12-13 lat. Wcześniej w szkole uczyłem się gry na flecie i pianinie. Gitara przyszła później, choć można powiedzieć, że towarzyszyła mi od zawsze. Mój tata bowiem dostał kiedyś od któregoś z wujków klasyczną sowiecką gitarę na prezent. Charakteryzowały się one dużymi rozmiarami, obowiązkową tabliczką w stylu „Nikołajew dla Nikołajewa”, faktycznie ładnym wyglądem i kompletnie tragicznym brzemieniem. I właśnie taka gitara wisiała u nas na ścianie. Przez długi czas ignorowałem jej istnienie, aż w końcu kiedy na okolicznych charkowskich podwórkach moi rówieśnicy zaczęli namiętnie wychodzić na dwór z gitarami połączyłem fakty i zrozumiałem, że ja również mam ten instrument w domu (śmiech).

Jaka muzyka dominowała charkowskie podwórka lat 90.?

Najróżniejsza. Grażdanskaja Oborona, Żar, Kino. Słuchaliśmy piosenek w radiu, na taśmach i zapisywaliśmy słowa, akordy. Wszystko na słuch, przez co właściwie po dziś dzień nie wiem, co jak się profesjonalnie nazywa w gitarze. Najśmieszniej było z angielskimi piosenkami, bo nikt z nas nie znał tego języka, więc zapisywaliśmy je tak, jak słyszeliśmy.

Cyrylicą?

Tak. Jak słyszałem, tak zapisywałem (śmiech). Raz nawet kolega poprosił mnie, żebym dla niego zapisał którąś z piosenek Dr. Albana (śmiech). Takie to były śmieszne czasy, kiedy tak po prawdzie bardziej żeśmy na gitarach brzdąkali, jak grali i wszystko krążyło wokół tematu „który bardziej wpadnie w oko dziewczynom” (śmiech).

Zapewne powstał również wtedy pierwszy zespół muzyczny w którym grałeś.

Pewnie, nazywał się Krużok. Mieliśmy to szczęście, że u nas na osiedlu był dom kultury w którym było studio nagraniowe dla takich młodych adeptów sztuki muzycznej, jak my. Można tam było przyjść w zasadzie z ulicy, podłączyć się do prądu, pograć na gitarze elektrycznej, perkusji, śpiewać do mikrofonu. Po prostu czad. Z tamtych czasów mam nawet zapis naszych prób grania Nirvany. Absolutny horror (śmiech). Potem każdy z nas poszedł w swoją stronę, a ja trafiłem do kolejnej szkoły artystycznej. Poszczęściło mi się – w naszej szkole była salka gitarowa, gdzie na ścianach wisiały 2-3 profesjonalne gitary. Zawsze biegałem tam na długiej przerwie obiadowej i uśmiechając się do nauczyciela prosiłem, czy bym nie mógł pograć sobie chwilę na tych gitarach.

Tak poznałeś Andrieja (Andriej „Sun” Zaporożec, drugi członek 5’nizzy – przyp. T.P.)?

Pewnego razu, kiedy tak siedziałem sobie w kącie sali i zamiast jeść, grałem na gitarze, podszedł do mnie Andriusza i zapytał, czy nie moglibyśmy razem czegoś zagrać. On by zaśpiewał, a ja bym dograł. I tak się zaczęło. On lubił raczej czarną muzykę, hip-hop, soul, rap. Ja miałem trochę inny gust muzyczny. Razem mieliśmy jednak wielką frajdę ze wspólnej gry, więc prędzej czy później musiał się pojawić taki projekt, jak 5’nizza.

Które większość ludzi kojarzy z reggae…

I to jest właśnie mit! Piosenki reggae mamy w zasadzie dwie – „Soldat” i „Jamajka”. Nagle staliśmy się zespołem reggae. Równie dobrze moglibyśmy być wschodnim objawieniem bossa novy albo hip-hopu. Zawsze eksperymentowaliśmy, mieszaliśmy style. Tak się jednak złożyło, że sukces odniosły piosenki zagrane w takim, a nie innym stylu i przypięto do nas łatkę.

Wyczuwam, że obecnie „Soldat” to nie jest Twoja ulubiona piosenka.

Szczerze mówić, to mi w ogóle nie podoba się ten styl (śmiech). Nie lubię reggae!

Jeszcze chwilę i usłyszę, że żałujesz, że nagraliście te kilka piosenek w jamajskim stylu.

Tyle tylko, że my ich nawet specjalnie nie pisaliśmy! Po prostu się same pojawiły. Nie mieliśmy żadnego ciśnienia, żeby kreować się na rastamanów, przyjmować całą tę stylistykę rastafarianizmu, kolejnych wcieleń Boba Marleya…

Ostatnia nadzieja białych na białego rastamana.

Dokładnie (śmiech)! Tymczasem ja nawet wcześniej za bardzo nie słyszałem tej muzyki. Wiadomo, słyszałem parę piosenek. „No women, no cry” – kto tego nie zna? Ale nie był to mój styl muzyki. Zawsze lubiliśmy z Andriuszą eksperymenty, nie zatrzymywanie się na jednym konkretnym gatunku. Tak zresztą wyglądał przecież nasz pierwszy album – mnogość stylów, interpretacji, emocji.

Jak teraz z perspektywy 6 lat po zakończeniu działalności 5’nizzy oceniasz ten projekt?

Patrzę na to, jak na odległą historię. Ba, w zasadzie prehistorię! Zaczęliśmy grać w 2000 roku, pierwszy album wydaliśmy w 2003. Ja rok później wydałem swój solowy album URA!, chwilę potem BIS!, „Syn”. Zawsze miałem swoje solowe projekty obok 5’nizzy, przez co gdy ten zespół mógł się poszczycić jednym krążkiem, ja miałem już trzy własne. Nigdy więc nie był to dla mnie projekt najważniejszy, ten jedyny, prócz niego nic!

Trudno jednak nie docenić znaczenia 5’nizzy dla charkowskiej sceny muzycznej.

To prawda. Dla Charkowa nasz sukces był powodem do dumy – że nasze chłopaki pojechali gdzieś daleko i tam ich witali jak gwiazdy, piszą o nich. Strasznie nadmuchano ten balon. My postanowiliśmy to jednak wykorzystać i jako, że u nas jest dużo przyjaciół muzyków, zechcieliśmy również ich zaprezentować szerszej publiczności np. zespół Liuk czy Orkestr Che. To była taka nasza misja pięcioletnia. Nawet tę piątkę daliśmy do nazwy zespołu (śmiech).

Piękne to i strasznie tradycyjne – plany pięcioletnie.

(śmiech) Nie zmienia to faktu, że pokazaliśmy, że Charków istnieje, że dzieje się tutaj dużo ciekawego, że jest to miasto pełne muzyki i teatrów, sztuki w ogóle. Przecież ludzie tutaj nawet do teatru zaczęli przez to chodzić! No bo przecież tam gra ten-ten z 5’nizzy (śmiech). Trzeba to przyznać szczerze – popchnęliśmy ten wózek do przodu.

Ostatni koncert zagraliście w Polsce, w 2007 roku. Jak wspominasz tamte występy?

Wspaniale! Wielka fiesta. Tyle przynajmniej zapamiętałem (śmiech).

Wielu fanów jednak było mocno zdziwionych, że już po dwóch albumach zdecydowaliście się zakończyć cały projekt…

Ani ja, ani Andriusza nie chcieliśmy osiąść na laurach. Obydwaj chcieliśmy ewidentnie pójść dalej, pokazać, że możemy grać jeszcze inaczej. Na poważnie. 5’nizza to był świetny projekt, świetna zabawa, tylko, że tam wszystko zaczynało być oczywiste. Status gwiazdy, kolejne hity, wielkie koncerty. My chcieliśmy czegoś innego, chcieliśmy kolejnych wyzwań, nieszablonowych działań, swobody twórczej i głębi. Nasze rozstanie było naturalną konsekwencją tych emocji.

I w jakim miejscu jesteś teraz?

Życie po 5’nizzy to stan ciągłego poszukiwania, ale na tym polega bycie artystą. To ciągły głód nowego, nieustanna potrzeba rozwoju i wręcz fizyczna niechęć do stania w miejscu.

Kim jest więc artysta? Poszukiwaczem? Odkrywcą?

I lekarzem. Wydaje mi się, że często staramy się leczyć organ, który nie istnieje, jest nienamacalny, tak samo jak to czym się zajmujemy. Bo czy muzyka istnieje? Jednocześnie jest i jej nie ma. Trwa przez chwilę i znika. Tak samo teatr – gdzie on jest? Spektakl trwał trzy godziny i nagle koniec, sztuka się skończyła. Sztuka jest tym samym stanem, co dusza – stanem obecności i niestnienia jednocześnie. Artysta swoją działalnością dąży do tego, żeby otworzyć jakiś kanał w duszy widza i poruszyć jego emocje.

Jakie masz plany na przyszłość?

Trudno powiedzieć. Ostatnio wydałem kolejny album (ros. „Сергевна”, pol. „Sergiejewna”), więc w najbliższym czasie będę się skupiał na jego promocji. A co dalej? Wiem na pewno, że kolejny krążek chciałbym zrobić maksymalnie akustycznie i żeby każda piosenka miała takie naturalne brzmienie, żywe dźwięki. Saksofon, trąbka, klarnet. Żeby pełne było takiego fajnego chrzęszczenia, tarcia, szorstkości. Nieprzyczesane, szemrane i z fakturą. Zero studyjnego wygładzania.

Czyli to będzie bardzo polski album. Szelestów, tarć, chrzęszczeń Ci u nas dostatek.

OK, w takim układzie to będzie mój polski projekt (śmiech).

Facebook Comments
Tomasz Piechal
Starszy analityk ds. Ukrainy w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia

    Dziennikarz, publicysta, z wykształcenia etnolog. Swoje badania naukowe prowadził na Ukrainie, gdzie zajmował się kwestiami politycznymi (dystans między władzą a obywatelami) i historycznymi (UPA, Wielka Wojna Ojczyźniana, Wielki Głód). Współpracował m.in. z serwisami "dziennikarze.info", "gildia.pl", "psz.pl", "Gazetą Studencką", TVP1, działem Opinii "Super Expressu", "Rzeczpospolitą", "Dziennikiem Gazetą Prawną".

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY