Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

Gruzińskie uczelnie na politycznej smyczy

Mimo rozwoju demokracji w Gruzji, ma ona swoje poważne mankamenty. Zbliżają się wybory prezydenckie i szkoły i uczelnie stają się areną walki politycznej. Politycy nie mogą się powstrzymać od pokusy powieszenie swoich portretów na murach szkół i uniwersytetów.

Тбилиси, источник flickr.com автор Morieli

Tbilisi, autor: Morieli, żródło: flickr.com

 

Zgodnie z tradycją rok akademicki w gruzińskich uczelniach rozpoczyna się w drugiej połowie września, a nie 1 września, jak to było w czasach ZSRR. W ciągu ostatnich 22 lat oprócz dnia rozpoczęcia roku szkolnego niewiele zmieniło się w niepodległej Gruzji. W tym czasie wielokrotnie przeprowadzano reformy systemu edukacji. Każda nowa władza próbowała przeprowadzić swoją reformę, ale za każdym razem proces ten zamieniał się w lekkomyślne eksperymenty. Za największe osiągnięcie uważa się wprowadzenie jednolitych egzaminów krajowych, które zlikwidowały praktykę totalnej korupcji na egzaminach wstępnych do szkół wyższych.

Czy wystarczy wykorzenić korupcję, żeby przeprowadzić udaną reformę systemu edukacji? Oczywiście, że nie! Ale zwolennicy prezydenta Saakaszwilego uważali, że reforma odbyła się, ponieważ wyeliminowano z niej łapówki. Jednak praca profesora polega nie na braniu łapówek, a na dobrym prowadzaniu zajęć akademickich, co niestety nie uległo zmianie. Gruzińskie uczelnie są nisko notowane w rankingach uczelni światowych. Edukacja szkolna również pozostawia wiele do życzenia.

Zmienia się władza, zmieniają się ministrowie, a główna bolączka systemu edukacji – wysoki poziom upolitycznienia uczelni pozostaje. Radziecki system edukacji wyróżniał się wysokim poziomem upolitycznienia. System próbował wychować posłusznego obywatela dla reżimu politycznego. Po upadku ZSRR z przyzwyczajenia gruziński system edukacji został zakładnikiem koniunktury politycznej.

Po wyborach parlamentarnych 1 października 2012 ogłoszono początek kolejnej reformy systemu oświaty. Głównym jej celem miała być depolityzacja systemu. Nowe władze zamierzają zmienić funkcje tzw. „mandatur”. Jest to służba, która kilka lat temu została wprowadzona w szkołach w Gruzji (zarówno w szkołach publicznych, jak i prywatnych) w celu wyeliminowania dewiacji wśród młodzieży. W rzeczywistości pracownicy „mandatur” byli policjantami w specjalnych mundurach. Mieli dwóch przełożonych – oficjalnym było Ministerstwo Edukacji, a rzeczywistym – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Praktycznie służba ta wprowadziła całkowitą kontrolę w gruzińskich szkołach. Każda szkoła miała 2-3 swoich pracowników „mandatur”, którzy miały większą władzę, niż dyrektor szkoły. Gruzja posiada około 2200 szkół (większość z nich to szkoły państwowe, i tylko kilka z nich to elitarne szkoły prywatne). Stanowiło to mechanizm kontroli nad nauczycielami i rodzicami uczniów. Nowe władze nie zamierzają likwidować tej instytucji, a jedynie zmienić jej zadania i w ten sposób odpolitycznić.

Szkoły w centrum uwagi trafiają na początek każdych wyborów. Punkty wyborcze otwierane są przecież w budynkach szkół lub uczelni państwowych. Odpowiednio, pracownikami komitetów wyborczych zostają nauczyciele tych szkół albo personel administracji uniwersytetu. W Gruzji jest około 80 000 nauczycieli i władza zawsze ich wykorzystywała do politycznej propagandy. Podczas wyborów zawsze byli wystawieni jako zwolennicy na wiecach przedwyborczych, na które przywożono ich autobusami. Podczas tych spotkań nauczyciele i uczniowie mają tylko „prawo” klaskać, machać flagami narodowymi i skandować imię określonego kandydata władz! Zostają zmienione tylko imiona. Do 1 października zmuszano ich do skandowania „Misza… Misza…”, a teraz „Giorgi… Giorgi…” (imię kandydata  Giorgija Margwelaszwiligo na prezydenta nowej partii rządzącej). Widocznie radzieckie zwyczaje wciąż ciężko zwalczyć w niepodległej Gruzji. Szkoły i uniwersytety do tej pory pozostają upolitycznione. Staje się to szczególnie widoczne, gdy patrzymy na kampanię przedwyborczą przed wyborami prezydenckimi, zaplanowanymi na 27 października br.

Sektor szkolnictwa wyższego obejmuje duże (skupione w stolicy) i małe uczelnie. Obecnie jest ich tylko 56. Spośród nich tylko 26 swoją strukturą i treścią przypominają pełnowartościowe uniwersytety. 12 z nich to uczelnie państwowe, a 14 to prywatne.

Upolitycznienie uczelni jest nazbyt oczywiste. W uczelniach państwowych rektor zmienia się natychmiast po zmianie władzy. W czasie prezydentury Eduarda Szewardnadzego na przykład, rektor Państwowego Uniwersytetu w Tbilisi regularnie uczestniczył w posiedzeniach rządu w ramach służby państwowej. Po „Rewolucji Róż” w uczelniach według klucza politycznego zmieniono nie tylko rektorów, ale również większość profesorów. Ciekawe, że na przykład rektor największej uczelni dziennej, czyli Państwowego Uniwersytetu w Tbilisi do niedawna był ministrem zdrowia w rządzie Saakaszwilego, a po wyborach parlamentarnych został zmuszony do podania się do dymisji. Dowodem upolitycznienia uczelni jest fakt, że natychmiast po jego dymisji były rektor został powołany na kierownika sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Zjednoczonego Ruchu Narodowego (byłej partii rządzącej).

Zgodnie z radziecką tradycją na gruzińskich uniwersytetach wciąż istnieją tzw. organizacje studenckie, które mają na celu być samorządami studenckimi typu zachodniego. Mimo że jest inaczej… Tak naprawdę jest to reprezentacja partyjna młodzieżówki ugrupowania politycznego, które  rządzi w konkretnych uczelniach. Z drugiej strony takie związki pomagają rektoratowi zarządzać studentami, aby ci ostatnie nie przekroczyli dozwolonej linni koniunktury politycznej.

I okazuje się, że wszyscy liderzy polityczni rozumieją znaczenie realnej reformy systemu edukacji, ale z drugiej strony nie daje spokoju pokusa zobaczenia swoich portretów na ścianach szkół i w gabinetach uniwersytetów!

Tłumaczenie: ASB

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY