Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Tomasz Piechal

Recenzja „PdK”: Zielona kurtka – 29. WFF

Thriller, który nudzi. Ukraińska kinematografia walczy z tymi samymi demonami z którymi mierzyło się polskie kino lat 90. – zero akcji, dużo słów i znaczących min. 

Ukraińscy twórcy od dawna narzekają na brak dobrych producentów, małe budżety i brak wsparcia od państwa. Jednak po obejrzeniu „Zielonej kurtki” trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ukraińskich filmowców czeka jeszcze długa droga zanim zarażą swoimi filmowymi wizjami ewentualnych sponsorów.

Film Wołodymyra Tychego w założeniu miał być thrillerem i opowiadać o bezdusznym, skorumpowanym państwie, w którym zbrodnia pozostaje bez kary, a sprawy w swoje ręcę muszą brać sami obywatele, niewinni. Punktem wyjścia dla przedstwienia powyższych obrazów miałabyć historia zniknięcia małego chłopca, który zostaje porwany najpewniej przez wysoko postawionego w mieście pedofila. Milicja pozostaje obojętne na apele rodziców, śledztwo nie przynosi żadnych rezultatów. Powoli wszyscy godzą się ze zniknięciem chłopca. Wszyscy, prócz jego nastoletniej siostry, która targana wyrzutami sumienia – wszak to w czasie, gdy ona opiekowała się swoim bratem doszło do jego zaginięcia – postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę.

Strzeszczenie fabuły pozwala sądzić, że obejrzenie „Zielonej kurtki” może zagwarantować nam dreszczyk emocji – skorumpowane władze, bezsilni rodzice, nastolatka tropiąca przestępców, znieczulica społeczna. Jednym słowem – społeczne kino akcji. Nic bardziej mylnego. Tychyj serwuje nam film, który jako żywo przypomina nam polskie produkcje z l. 90., gdy akcji na ekranie było zero (bo brak pieniędzy na efekty), za to bardzo dużo się mówiło. W „Zielonej kurtce” jest nawet gorzej, bo często film toczy się w ciszy. Fragment filmu, gdy przez 10 minut dziewczynka idzie z milicjantem do swojego mieszkania, daje mu herbatę, zamienia pięć nic nie znaczących zdań, a potem odprowadza na dół (po drodze czeka nas cały wjazd windą, otwieranie drzwi, zdejmowanie butów, stawianie czajnika, parzenie herbaty, wypicie jej, wychodzenie z mieszkania, wkładanie butów, zjazd windą na dół) powinien zostać wycięty i pokazywany w szkołach filmowych jako anty-thriller. Wiele do życzenia pozostawia także aktorstwo, zwłaszcza młodszych aktorów-naturszczyków, którzy grają na poziomie szkolnej akademii.

„Zielona kurtka” aspirowała do roli ważnego społecznego filmu akcji. Niestety, reżyser poniósł totalną porażkę i zgotował widzom niesamowicie nudny film z którego naprawdę trudno wyczytać przesłanie o którym opowiadał Tychyj. Braki warsztatowe powodują, że zamiast porazić widzów znieczulicą społeczną reżyser skutecznie ich uśpił. Szkoda.

„Zielona kurtka”, reż. Wołodymyr Tychyj, 104 min. Ukraina, 2013.

Facebook Comments
Tomasz Piechal
Starszy analityk ds. Ukrainy w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia

    Dziennikarz, publicysta, z wykształcenia etnolog. Swoje badania naukowe prowadził na Ukrainie, gdzie zajmował się kwestiami politycznymi (dystans między władzą a obywatelami) i historycznymi (UPA, Wielka Wojna Ojczyźniana, Wielki Głód). Współpracował m.in. z serwisami "dziennikarze.info", "gildia.pl", "psz.pl", "Gazetą Studencką", TVP1, działem Opinii "Super Expressu", "Rzeczpospolitą", "Dziennikiem Gazetą Prawną".

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY