Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Krzysztof Nieczypor

Do ostatniej minuty

Okno możliwości otwarte jest do listopada – powiedział Štefan Füle w Kijowie na początku tego roku. Ukraińskie władzę potraktowały tę zapowiedź dosłownie i zamiast się przestraszyć pogróżek unijnego komisarza, zatarły ręce. Z punktu widzenia Brukseli i Moskwy, Kijów zachowuje się irracjonalnie. Jest dokładnie odwrotnie.

Zegar. Autor: steve.grobois. Źródło: flickr.com

Zegar. Autor: steve.grobois. Źródło: flickr.com


Przeczytaj: “Okno mozliwości” dla Ukrainy otwarte tylko do listopada

Unijna dyplomacja…

Władze w Kijowie nie mają żadnego powodu by decydować o podpisaniu umowy wcześniej niż dokładnie minutę przed otwarciem szczytu w Wilnie. Unijni przedstawiciele zresztą dają wszelkie sygnały politykom na Ukrainie, że to wcale możliwy termin. Kolejne już przesunięcie „ostatecznego terminu” na  podjęcie decyzji przez ukraińskie władze skutecznie osłabia pozycję negocjacyjną Unii. Nikt nie bierze już poważnie kolejnych dead line’ów – najpierw mówiło się o 16 października, czyli zapowiadanym raporcie końcowym misji UE w osobach Pata Coxa i Aleksandra Kwaśniewskiego (ostatecznie przedłużona do połowy listopada), następnie 21 października, dniu posiedzenia Rady UE, potem 14 listopada, kiedy to miał być przedstawiany ten naprawdę końcowy raport Kwaśniewskiego i Coxa, a teraz o 19 listopada, kiedy to znów przedłużono misję i ustalono „ostatecznie ostateczny” czas do kiedy ma zostać rozwiązana sprawa Tymoszenko. Wygląda niepoważnie? Bo takie jest.

Niedawno minister Radosław Sikorski stwierdził, że umowa mogłaby zostać podpisana za rok (informacja dość słabo eksponowana w polskich mediach, za to hucznie przedstawiana w ukraińskich) wyłamując się z dotychczasowej unijnej taktyki negocjacyjnej polegającej na przekonywaniu ukraińskich władz, że jeśli nie teraz to nigdy, albo przynajmniej w długiej perspektywie czasowej. Argumentowano, że za rok będą wybory do europarlamentu, za dwa lata zmiana Komisji Europejskiej – Unia zajęta będzie sama sobą i nikt nie będzie miał ochoty zawracać już sobie głowy wschodnim sąsiadem. Ale nagle okazało się, że będzie można podpisać za rok.

„Tak? No chyba, że tak!” – podjęto więc wątek w Kijowie i to w szerokim, polityczno-biznesowym gronie. Niespełna dwa tygodnie po wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji ukraińscy przedsiębiorcy najpierw zwrócili się do ukraińskiego prezydenta w otwartym liście, a następnie osobiście na zamkniętym spotkaniu tłumacząc prezydentowi zagrożenia, jakie niesie ze sobą dla gospodarki kraju podpisanie umowy. – Wiktorze Fiedorowiczu! Lepiej powstrzymać się z tym do przyszłego rokuprzekonywali biznesmeni dając swym władzom kolejny argument do przedłużania negocjacji. Dzięki temu Janukowycz musi „radzić sobie” teraz z wewnętrznymi skutkami podpisania umowy, a to zawsze dobry argument w rozmowach z zewnętrznymi partnerami.

Podobną zagrywkę Janukowycz zastosował miesiąc temu, gdy zepchnął odpowiedzialność za rozwiązanie problemu integracji europejskiej na ukraiński parlament (wątek szerzej rozwijam tutaj: Wilno nie warte Tymoszenko?). Jeszcze nie dawno uznawano ułaskawienie Tymoszenko przez prezydenta za najlepsze wyjście z politycznego pata (więcej na temat pisałem tutaj: Ukraina wciąż nie gotowa do stowarzyszenia z UE). Tymczasem ukraińskiemu prezydentowi udało się wszystkich przekonać, że decyzja powinna zostać przyjęta przez przedstawicieli Rady Najwyższej (w tym unijnych wysłanników, którzy „łyknęli” ten haczyk bez oporów wskazując nawet konkretny projekt, który powinien zostać przegłosowany). Skutek był łatwy do przewidzenia. Jak zawsze gdy Rada Najwyższa Ukrainy ma rozwiązywać ważne problemy dyskusja przeradza się w awanturę i jedyną podjętą decyzją jest rozwiązanie posiedzenia.

Sprawa Tymoszenko

Julia Tymoszenko to jedynie polityczna zasłona rzeczywistych negocjacji. Gdy większość obserwatorów skupia się na odsłonięciu parawanu w gabinecie lekarskim szpitala w Charkowie, sądząc, że właśnie tam znajduje się istota ukraińsko-unijnych problemów, to w rzeczywistości odwracają oni uwagę od miejsca, gdzie prowadzona jest znacznie ważniejsza polityczna operacja. Przypisywanie Wiktorowi Janukowyczowi kierowanie się w sprawie Tymoszenko jedynie chęcią politycznej zemsty i twierdzenie, że z tego powodu jest on gotów na doprowadzenie do fiaska szczytu w Wilnie jest karygodnym niedocenianiem ukraińskiego prezydenta. Stwarzanie pozorów, markowanie ciosów, by uderzyć z innej strony to abecadło zarówno bokserskich jak i politycznych starć. Akurat te zasady prezydent Janukowycz zna bardzo dobrze (o tym dlaczego dowiesz się tutaj: Dwa lata na podium Wiktora Janukowycza).

Julia Tymoszenko to jedynie polityczna zasłona rzeczywistych negocjacji

Aby zdać sobie sprawę dlaczego uwolnienie Tymoszenko jest sprawą poboczną całego procesu negocjacji wystarczy zadać sobie proste pytanie komu opłaca się uwolnienie byłej premier, a komu nie? W rzeczywistości najbardziej skorzysta na tym rządząca Partia Regionów. Przedstawiciele „Batkiwszczyny”, UDARu i „Swobody”, którzy występowali podczas ostatnich wyborów parlamentarnych pod szyldem „Zjednoczona opozycja” dalecy są od zjednoczenia. Miejsca na podium w grze o przewodzenie opozycji są już zajęte przez trzech ambitnych liderów: Arsenija Jaceniuka, Witalija Kłyczkę i Ołecha Tjahnyboka i to między nimi toczy się obecnie walka o koszulkę lidera (tzn. o tytuł głównego kandydata w wyborach prezydenckich w 2015 r. Przeczytaj tekst Lizy Frank: Ukraińska opozycja: drużyna bez woli zwycięstwa).

„Gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść” – mówi przysłowie. Bez żadnych wątpliwości można założyć, że powrót byłej premier do politycznej kuchni to gwarancja awantury przede wszystkim w łonie opozycji. Bez względu na to czy oczekiwana zmiana prawa pozwoli Julii Tymoszenko na udział w aktywnym życiu publicznym czy nie,  z uwagi na jej charakter i temperament mało realne jest przekwalifikowanie się liderki opozycji do innej niż polityka pracy, np. w prawdziwej restauracji (nie tylko zresztą ze względu na osobowość byłej premier: przeczytaj: Córka Tymoszenko pozbawiona pierogów). Żaden z przywódców obecnej opozycji na Ukrainie nie czeka na „żelazną damę” z otwartymi ramiona. Wręcz przeciwnie, Tymoszenko potrzebna jest opozycyjnym politykom, ale właśnie tam, gdzie obecnie przebywa – jako symbol terroru i bezprawia władz dający im oręż w politycznej walce.

O co chodzi?

Bill Clinton prowadził swoją kampanię prezydencką pod hasłem „Gospodarka, głupcze!”. Hasłem Wiktora Janukowycza mogłoby być „Oligarchat, głupcze!”. Oligarchowie zajmują bardzo ważne miejsce w ukraińskiej gospodarce, stąd paralela nie jest nieuzasadniona. Kogo jak kogo, ale głosu ze strony swojego bezpośredniego zaplecza finansowego Janukowycz nie może nie słuchać. Dla nich ważne jest zaś wynegocjowanie jak najlepszych warunków wejścia na unijny rynek. Dlatego jeszcze na początku 2011 r. premier Mykoła Azarow mówił: Unia Europejska faktycznie wprowadza kurtynę z kwot dla naszej produkcji. My z taką asymetrią w dostępie na rynki nie zgadzamy się. Umowa za wszelką cenę nie jest potrzebna Ukrainie. Rola szefa rządu się nie zmieniła. To on jest rzecznikiem rzeczywistych interesów Ukrainy w negocjacjach z Unią.

Redaktorka ukraińskiej wersji Eastbook.eu Liza Frank pisała kilka dni temu o obawach premiera Azarowa dotyczących przyjęcia europejskich standardów i warunków technicznych, wynikających  z podpisania umowy (zobacz: Ambiwalentne uczucia premiera Azarowa). Według szefa rządu będzie to kosztowało Ukrainę aż 160 miliardów euro inwestycji, a ponadto utworzenie strefy wolnego handlu może doprowadzić Ukrainę do ogromnych strat ekonomicznych poprzez dopuszczenie na ukraiński rynek europejskich produktów. Dlaczego Azarow mówi o tym teraz, skoro umowa stowarzyszeniowa została już dawno uzgodniona i parafowana?

Jeśli nie wiemy o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. Ukraina spłaca właśnie ostatnie transze kredytu Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale rozgląda się już za nową pożyczką, bo sytuacja gospodarcza na Ukrainie jest coraz gorsza: – Dochody budżetowe Ukrainy w pierwszym półroczu 2013 r. spadły o 1,3 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w poprzednim roku. Wpływy z tytułu podatku VAT spadły przy tym o 2,5 proc., a wpływy z podatku dochodowego od osób prawnych – o 2,5 proc. Jednocześnie wydatki budżetowe wzrosły o 7,7 proc., a deficyt wzrósł ponad dwukrotnie – z 16,6 mld hrywien w 2012 r. do 34,7 mld hrywien obecnie pisze Martyna Kośka z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej w Warszawie (więcej o sytuacji gospodarczej Ukrainy przeczytasz tutaj).

Obecnie toczą się negocjacje dotyczące kolejnej pożyczki z MFW wysokości 10-15 miliardów dolarów. Azarow śmiało wspomina również o obiecanej pożyczce od Unii Europejskiej wysokości 610 milionów euro

Tą ponurą analizę potwierdza Arkadiusz Sarna z Ośrodka Studiów Wschodnich: – Na rachunku skarbu państwa pozostawało jedynie 410 mln hrywien (ok. 50 mln dolarów) swobodnych środków, co oznacza najniższy ich poziom od 10 lat – stwierdza ekspert i pointuje: – Ostateczne decyzje władz Ukrainy w sprawie Wilna uzależnione są od postępów w kwestii wsparcia finansowego, które w obecnych realiach makroekonomicznych wydaje się główną nadzieją na uchronienie Ukrainy przed załamaniem finansów publicznych. Do tego dodać należy więcej niż pewną reakcję Federacji Rosyjskiej, która w przypadku podpisania umowy przez Ukrainę weźmie na swoim bliskim sąsiedzie gospodarczy odwet (przeczytaj: Rosja weźmie odwet na Ukrainie za podpisanie umowy z UE?).

Do ostatniej minuty

Obecnie toczą się negocjacje dotyczące kolejnej pożyczki z MFW wysokości 10-15 miliardów dolarów. Azarow śmiało wspomina również o obiecanej pożyczce od Unii Europejskiej wysokości 610 milionów euro, która ma zostać przyznana, w chwili, gdy Ukraina spełni warunki stawiane przez MFW (o jakie warunki chodzi wyjaśniono tutaj). Ukraiński premier nie krył rozczarowania stawianymi przez UE kolejnymi przeszkodami: – Na spotkaniach z europejskimi partnerami rozmawialiśmy całkiem otwarcie o naszej obecnej sytuacji. Przede wszystkim podejmowaliśmy temat reorientacji naszego eksportu – powiedział na początku tego tygodnia Azarow (11.11.2013) i dodał: – Niestety UE prawdopodobnie nie pracuje tak szybko jak byśmy tego oczekiwali. Podnosiliśmy tę sprawę już w lipcu, a już mamy listopad i wciąż nie otrzymaliśmy żadnej konkretnej propozycji – żalił się ukraiński premier.

Władza na Ukrainie nie ma więc wyboru: twardo negocjować do ostatniej minuty. Nic dziwnego, że wykorzystują każdą możliwą okazję do przedłużenia tego procesu, aby ugrać jak najwięcej. Tymoszenko w więzieniu bardzo się przydaje – w tej chwili najważniejsze jest uzgodnienie pomocy finansowej, a skoro unijni decydenci nie spieszą się z jej udzieleniem, dlaczego Ukraińcy mają spieszyć się ze sprawą Tymoszenko? Rozwiązanie posiedzenia Rady Najwyższej, która wczoraj (13.11.2013) miała zdecydować o losie byłej premier jest jedynie konsekwencją braku porozumienia w tej sferze. Wniosek z tego jest taki, że ukraińskie władzę będą grać sprawą Tymoszenko do samego końca, wszak decyzja o jej uwolnieniu może zostać podjęta dosłownie w ostatniej chwili (były prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk precyzuje termin osiągnięcia porozumienia na dwie godziny przed rozpoczęciem szczytu). Z tego punktu widzenia ukraińska polityka jest do bólu racjonalna i logiczna.

Facebook Comments
Krzysztof Nieczypor
Redaktor Eastbook.eu
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY