Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Konstanty Chodkowski

Byłem na Majdanie. Część pierwsza

Byłem na Majdanie, widziałem zgromadzonych tam ludzi. Czasem dziesiątki (za dnia), czasem setki i tysiące (wieczorami). Widziałem, jak dyskutują, spierają się, kłócą i godzą. Widziałem, jak bardzo zależy im na losie ojczyzny i jak bardzo są zdeterminowani, by dopiąć swego. A jeszcze tydzień temu znajomi Rosjanie przekonywali mnie, że Ukraina nie dorosła do demokracji.

Kijów, autor: Konstanty Chodkowski, źródło: Eastbook.eu

Kijów, autor: Konstanty Chodkowski, źródło: Eastbook.eu

Przyszedłem na Majdan w sobotę 23 listopada około godziny 13:00. Na miejscu zastałem zaledwie kilkadziesiąt osób zgromadzonych wokół improwizowanego podestu z nagłośnieniem i mikrofonem. Muzyki nikt nie puszczał, bo trwał narodowy dzień pamięci o ofiarach Wielkiego Głodu (1932-1933). Ale ludzie zbierali się, gromadzili. Jeden po drugim podchodzili do mikrofonu by zabrać zdanie w jakiejś sprawie. Wypowiedzieć się mógł de facto każdy. Proponowano to mi, moim znajomym, a także losowo wybranym przechodniom czy gapiom.

Do tego przecież służy i zawsze służył Majdan. Siedemnastowieczne kozactwo ukraińskie nie miało stolicy, granic ani podziału administracyjnego. Kozacy żyli w dziczy, za porohami Dniepru, osadzali się w obozach zwanych „siczami” – bez placów, ulic, skrzyżowań ani rynków głównych. Spotykali się na majdanach, które były raczej zjawiskami społecznymi niż architektonicznymi. Fizycznie majdanem mógł być większy kawałek wydeptanej ziemi w obozie, wykarczowana powierzchnia w środku lasu lub po prostu polanka nad rzeką. Majdanem było więc nie tyle miejsce, co spotkanie, rada kozacka, której postanowienia natychmiastowo nabierały mocy prawnej.

Kijów, autor: Konstanty Chodkowski, źródło: Eastbook.eu

Kijów, autor: Konstanty Chodkowski, źródło: Eastbook.eu

O godzinie 23:00 Majdan zapełniony był Kozakami XXI wieku. Majdan skrzyknięty przez Twittera i Facebooka bez przerwy obradował nad przyszłością swojego kraju. Przechadzałem się wokół Kolumny Niezależności Ukrainy. Słyszałem, jak Ukraińcy dyskutują między sobą, wymieniają poglądy i argumenty. Nie jest prawdą, że każdy protestujący był jednoznacznie ZA podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z UE. Niektórzy byli przeciw, inni nie mieli zdania, jednak bez względu na to postanowili przyjść i posłuchać argumentów drugiej strony. Sytuacja w Polsce niewyobrażalna – pomyślałem – oni na tym Majdanie mają więcej demokracji niż ja w całym swoim życiu widziałem.

Spytałem się jednego z obradujących studentów, po co tu przyszedł. Odparł, że chce po prostu porozmawiać z innymi Ukraińcami o sprawach państwa. – Codziennie jest na to mało czasu. To przykre, że trzeba nam rewolucji, żebyśmy zaczęli ze sobą rozmawiać – odparł. Mijający nas Ukraińcy przysłuchiwali się rozmowie i z chęcią przyłączali się. Głos zabrał trzydziestolatek z Kijowa: – Mam dwójkę małych dzieci, w tym piękną córeczkę. Przyszedłem tu głównie dla nich, gra toczy się o ich przyszłość – opowiadał. Nie wiem czy coś tym zmienię, ale jak takich jak ja znajdzie się więcej, to na pewno nasze szanse wzrosną – przekonywał – trzeba tylko wyjść zza telewizora i przyjść tutaj. To chyba lepsze, niż oglądanie telewizora. Obok mojego „wywiadu”, tuż za moim ramieniem rozgrywa się jeszcze inna scena. Starszy pan z długimi, siwymi wąsami żali się studentce z Tarnopola na niewygody życia w tym kraju: – Nic nie zmienimy, czas tracicie – mówił jej ze zrezygnowaniem. Ona zaś, zamiast udzielić wyczerpującej odpowiedzi, po prostu go przytuliła. Tak było na Majdanie w nocy z soboty na niedzielę.

Na podeście przemawiał kto chciał i jak chciał. Po północy z głośników zaczęła płynąć muzyka. Nie tylko taka puszczana z winampa, ale też grana, śpiewana na żywo. I nie przez wielkie grupy rockowe, a przez tych, którzy tylko chcieli i umieli coś zaśpiewać. Ktoś wystąpił z gitarą, ktoś z kobzą i bandurą (tradycyjne instrumenty ukraińskiej kozaczyzny), a ktoś inny po prostu zaproponował odśpiewanie hymnu narodowego Ukrainy.

Po godzinie pierwszej w nocy do zgromadzonych przyjechał Jurij Łucenko. W emocjonalnym przemówieniu zachęcał zebranych, aby nie odpuszczali: – Czuję, że coś może się jeszcze zmienić w Ukrainie, zapewniał, a zebrani uważnie go słuchali. Jeden z „majdanowych aktywistów” podszedł do mnie i powiedział, że spodziewał się, że Łucenko dziś do nas przyjdzie. Gdy zapytałem, skąd wiedział, odparł –Dziewięć lat temu stał dokładnie w tym samym miejscu razem z Wiktorem Juszczenko i Julią Tymoszenko. Dziś został już tylko on, który jeszcze ma po co tu wrócić. Po powrocie do domu sprawdziłem dokładnie tę informację. Zgadza się co do dnia. Łucenko był tu 23 listopada 2004 roku, śpiewał hymn.

Spotkałem tej nocy wielu Polaków. Z łatwością się rozpoznawaliśmy – wielu z nich (podobnie i ja) odziani byli w polskie barwy narodowe. Większość to dziennikarze, choć zdarzali się i tacy, co przyjechali tak po prostu, pokazać swoje poparcie w słusznej sprawie. Przechodzący obok nas Ukraińcy pozdrawiali nas często w języku polskim. Jeszcze Polska nie zginęła! – krzyczeli z uśmiechem, na co odpowiadaliśmy po ukraińsku: Szcze ne wmerła Ukraina! Niektórzy podchodzili do nas, przynosili nam gorącą herbatę i suchy chleb, czasem proponowali gorzałkę. Tak sami z siebie, spontanicznie. Pytali dlaczego przyjechaliśmy. Dobre pytanie.

Kilka powodów znałem już przed wyjazdem. Ciągle w pamięci miałem wykłady Zbigniewa Bujaka na Uniwersytecie Warszawskim. Opowiadał nam jak, to było za Pomarańczowej Rewolucji. Krytycznym momentem jest chwila podjęcia decyzji: Tak, idę na majdan. Mam wiele innych spraw na głowie, ale idę. Raz przedsięwzięta jest nieodwołalna. To właśnie ten moment sprawia, że decyzje zawiązane na majdanie powinny być natychmiast egzekwowane. Nie po to ruszyliśmy z domów, aby wrócić do nich z pustymi rękami. Nie po to się spotykamy, by nic się potem nie zmieniło.

I stąd właśnie wysnuwam generalny wniosek o geopolitycznej przyszłości Ukrainy. Na Radzie Perejesławskiej decyzję podjęła kozacka starszyzna – konsekwencją było wejście kozaków w objęcia Rosji, jednak Powstanie Chmielnickiego, ruch pospolity, szedł – jakby nie patrzeć – na Zachód. Dziś będzie podobnie – jeśli Ukraina ucieknie do Moskwy, będzie to efekt jedynie prywatnej umowy zawartej gdzieś tam, na górze, między wysokimi. Jeśli zaś zawita do europejskiego domu – to tylko dzięki narodowi.

Przeczytaj część drugą relacji z Kijowa

Facebook Comments

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Nieprzejednany ukrainofil. W marcu 2014 r. rzucił studia w Moskwie na znak protestu wobec aneksji Krymu. Woli być "w" niż "na" Ukrainie.

ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY