Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Tomasz Piechal

Majdan: Kozacy

Przecież to najprawdziwsza Kozacka Sicz! Taką opinię słyszy się wielokrotnie w kontekście rozmów o Majdanie, który opanował centrum Kijowa. O ukraińskich Kozakach, którzy bronią terenu Majdanu pisze Tomasz Piechal.

Kozacki bęben na Majdanie. Autor: Maksym Kucharski

Kozacki bęben na Majdanie. Autor: Maksym Kucharski

Wieczorem, przy jednym z wejść na Majdan, koło barykady rozstawionej na Chreszczatyku od strony Placu Besarabskiego, biją w barabany. Dokładniej – w wielki, kozacki kocioł. Rytmiczne uderzenia, których echo niesie się po Hreszczatyku i Majdanie, wzywają ludzi do przybycia, informują ich o mobilizacji, mają natchnąć bojowym duchem.

Kilka godzin wcześniej bęben milczy, a obok niego siedzi ataman kozacki. Na szeroko rozstawionych nogach spoczywa jego – nie mniejszy od przywoływanego bębna – brzuch. Okazuje się, że swoją funkcję Wołodymyr pełni już 20 lat, pochodzi z Łucka. Gdy słyszy, że jestem Polakiem, poprawia finezyjną czapkę i z lekko bezczelnym uśmiechem wskazuje na bęben:

– A wiesz, że to najprawdziwszy kozacki kocioł z Przemyśla? Certyfikowany! – śmieje się ponad 50-letni ataman. Wokół niego garstka ludzi w kozackich czapach grzeje się przy małym metalowym piecyku. Jeden mężczyzna śpi, inny ciągle krząta się i co jakiś czas przychodzi bądź z pytaniami, bądź z informacjami do atamana, jeszcze inny rysuje portrety swoich współtowarzyszy. Reszta stoi przy barykadzie, kontroluje tłum i patrzy czy na Majdan nie wchodzą podejrzani osobnicy. Jeżeli ktoś im się nie spodoba od razu zagradzają mu drogę i biorą go na spytki.

Niezawodny w takich sytuacjach jest 45-letni Sasza, najprawdziwszy Kozak z Dniepropietrowska. Ponad 190 cm wzrostu, mocarna budowa ciała, którą daje się dostrzec nawet pomimo grubej wojskowej kurtki, a także zacięta twarz oraz finezyjny osełedec – całym sobą Sasza wysyła sygnał wszystkim wrogom Majdanu, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. Wystarczy jednak chwila rozmowy, by zobaczyć figlarne ogniki w jego oczach, gdy zaczyna opowiadać o Kozactwie.

– Interesowałem się tym od samego dzieciństwa. Czytałem wszystkie książki, jakie tego dotyczyły, uczyłem się kozackich pieśni, ale także dbałem o swoją tężyznę fizyczną i zawsze pragnąłem tego samego, co Kozacy. Wolności i poczucia swobody. – wspomina swoje dzieciństwo w ZSRR Sasza. – Kiedy Ukraina stała się niepodległym państwem, a miałem wówczas 23-lata, od razu zacząłem szukać innych Kozaków. Było nas jednak bardzo mało, mieszkaliśmy w różnych częściach kraju. Musiałem czekać kolejne 10 lat by znaleźć się w końcu w swoim kozackim hurcie. Teraz nadal nie ma nas dużo, ale za to jesteśmy blisko siebie, wszyscy się znamy i jesteśmy aktywni.

Sasza na Majdanie był od samego początku protestu, z Dniepropietrowska wyjechał od razu po tym jak usłyszał, że ukonstytuował się Euromajdan. Jednak nawet on dał się ponieść nastrojowi kresu manifestacji, który 29 listopada skutecznie wygnał z centralnego placu Kijowa wielu manifestantów.

– Kiedy Janukowycz nie podpisał ostatecznie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, wielu ludzi zwątpiło w sens dalszych protestów. Pokazaliśmy jakie mamy zdanie i tyle. Gołym okiem można było ujrzeć spadek morale na Majdanie. Nikt już nie wiedział, co robić dalej. Także i ja postanowiłem wrócić wtedy do domu, odpocząć, popracować na miejscu.

Wieczór i noc spędził w drodze powrotnej do Dniepropietrowska. Gdy obudził się w domu rankiem 30 listopada od razu wiedział, że stało się coś strasznego. Mnogość nieodebranych połączeń od razu zagnała go przed komputer, gdzie ze stron Ukraińskiej Prawdy przeczytał, co się stało. Z miejsca wyruszył z powrotem do Kijowa.

– To było bydlactwo. Teraz już nie ma odwrotu, będziemy tutaj do końca.

Duch Kozactwa to duch wolności. Autor: Pavel Lunkin Źródło: flickr.com

Duch Kozactwa to duch wolności. Autor: Pavel Lunkin Źródło: flickr.com

Pytany, czy wierzy w ostateczne zwycięstwo odpowiada bez chwili namysłu: – My już wygraliśmy. Zobacz ilu ludzi tutaj przychodzi, jak to wszystko jest zorganizowane. Ciągle ktoś do nas podchodzi, przynosi pieniądze, koce, jedzenie, papierosy, wszystko, co dusza zapragnie. Serce się raduje, jak człowiek na to patrzy. Tak blisko siebie chyba jeszcze nigdy nie byliśmy.

– To jakbyś nazwał tę rewolucję?

– Rewolucją ducha. Ducha wolności. W ludziach odezwał się ich kozacki duch, który miłuje wolność. I który powoduje, że takie wartości, jak godność jednostki i honor, są najważniejsze. Bo przecież o co innego nam tutaj chodzi, jak nie o wolność i poszanowanie naszych praw? Ukraińcy wycierpią wiele, ale gdy do głosu dojdzie ich kozacka dusza… Wtedy nie pozwolą szargać swojej godności. Bo jak wygląda teraz nasze życie? Gdzie nie spojrzysz, tam człowieka nie szanują.

Przez większość rozmowy Sasza patrzy raz na mnie, raz na tłum ludzi, lustrując wchodzących. Choć spędził już na Majdanie kilka tygodni, nie brak mu zapału, koncentracji oraz cierpliwości. Może dlatego, że są to cechy niezbędne dla jego pasji. Sasza bowiem, choć od lat pracuje od zlecenia do zlecenia, głównie przy okazji prac budowlanych, na stałe zajmuje się kowalstwem. Jak sam się chwali, w jego rękach młot rzeźbi z metalu najpiękniejsze ozdoby.

– Tyle tylko, że u nas nikt nie jest w stanie uszanować nawet tej najbardziej oczywistej wartości, jaką jest szacunek do pracy drugiego człowieka. Ostatnio długo wykuwałem piękny, metalowy kwiat, ozdobę do bramy. Kosztowało mnie to wiele wysiłku, czasu i jak na jeden element, nie mało pieniędzy, bo 500 hrywien. I wiesz co? Przyszedł do mnie jeden polityk-biznesmen, bo u nas to już nawet sensu nie ma stosować jakiś rozróżnień, patrzy na ten kwiat i mówi, że poprosi jeszcze dwa i da mi za to wszystko 200 hrywien. Ręcę mi opadły. Bo jak tutaj normalnie pracować? Gdy się jeszcze ma w domu żonę i trójkę dzieci?

Sasza więc stoi, pilnuje i walczy. I nie jest w swej wytrwałości osamotniony.

Kilka metrów dalej, obok namiotu, gdzie odpoczywają zmęczeni nocną wartą Kozacy, siedzi dwójka starszych Kozaków. Skierował mnie do nich ataman Wołodymyr, który w przerwach między wydawaniem kolejnych rozkazów i przyjmowaniem kolejnych pieniędzy, nie może odpędzić się od zainteresowanych wspólną fotografią. Cierpliwie, raz po razie kładzie na swoim mocarnym kolanie kolejne dziecko bądź kobietę i uśmiecha się do aparatu. Szybkie spojrzenie na efekt i zachwytom nie ma końca – pamiątka do końca życia! Zdjęcie z atamanem kozackim na rewolucyjnym Majdanie! Kozacy z nami!

Gdy udaje mi się przebić przez tłumek zainteresowanych atamanem, dochodzę do starszych, żwawych Kozaków. Jeden z nich szczególnie przyciąga wzrok – barwne szaty, gdzie niebiesko-czerwona peleryna zakrywa czerwony żupan, który opada na ciemno-pomarańczowe szarawary, szabla zwisająca z boku, olbrzymia kozacka czapa i długi wąs. To Iwan Zababacha, najprawdziwszy Kozak, którego zobaczył zapewne każdy Polak. Przyczynił się do tego Jerzy Hoffman, który podczas kręcenia „Ogniem i Mieczem” wykorzystał kozacką czajkę wraz z jej załogą podczas scen spływania Dnieprem udającego się na misje dyplomatyczną Skrzetuskiego. Tymczasem sam Iwan od lat uczestniczy w każdych kolejnych protestach w Kijowie – bronił Ukraińskiego Domu, stał przed Radą Najwyższą, gdy przyjmowane ustawę językową, zawsze gotowy do walki i uczestnictwa w manifestacjach. Teraz wraz z Wasylem siedzi na kijowskim Majdanie.

Iwan Zababacha – najprawdziwszy Kozak (film w j. ukraińskim)

– Film to była jednorazowa przygoda, ale na pewno bardzo miła. – śmieją się panowie, by zaraz dodać – Tyle tylko, że akurat przygód to ci u nas pod dostatek!

Nie kłamią, a wszystko za sprawą pewnej idei. Chwilę po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości pewien jegomość ze Lwowa wpadł na zwariowany pomysł skonstruowania tradycyjnej ukraińskiej czajki. Gdy łódź była gotowa kwestią czasu było zebranie załogi, która zdecydowałaby się na szaloną podróż. Z całej Ukrainy ściągnęli Kozacy, którzy postanowili poświęcić następne lata swojego życia na realizacje szalonego planu.

– Pierwsza nasza podróż trwała dziewięć lat. – opowiada Wasyl. W tym samym czasie w cybuchu ręcznie zrobionej fajki Iwan ubija swój tytoń wyjęty z barwnej sakiewki, by na końcu użyć sobie do podpalenia… jednorazowej plastikowej zapalniczki z kiosku. – Wiosną i latem pracowaliśmy, a jesienią i zimą pływaliśmy. Zaczęliśmy od Kijowa, Dnieprem dopłynęliśmy do morza Czarnego, na chwilę zatrzymaliśmy się w Odessie, a potem przez wielką wodę i do Turcji! Boże, jak myśmy dobili do brzegów Turcji w jaką wpadliśmy euforię! Wolność, swoboda! Tyle lat w ZSRR się dusiliśmy, a teraz możemy popłynąć gdzie tylko chcemy! W końcu!

Jak się jednak okazało pierwsze zetknięcie z niekomunistyczną ziemią szybko przybrało z goła niespodziewany obrót.

– Śpiewaliśmy, tańczyliśmy, radowaliśmy się, a tu nagle do nas podchodzi facet w białym mundurze i uprzejmie pyta, co tutaj robimy, bo to teren bazy wojskowej NATO i wstęp postronnym osobom jest surowo zabroniony. – śmieją się Kozacy, którzy wówczas odpowiedzieli zgodnie z duchem kozackiej fantazji, że jeden z ich kolegów ma dzisiaj urodziny i postanowili uczcić to wydarzenie w Turcji. – Oficer szczerze się ubawił i zgodził się byśmy przenocowali na wyspie, a nad ranem udali się w dalszą podróż.

Film dokumentalny o wyprawach kozackiej czajki po Europie (j. ukraiński)

Dalej na dzielnych Kozaków czekała Grecja, Włochy, a nawet Monako, gdzie zdecydowali się odwiedzić… kasyno. Nie trzeba chyba opisywać, jak bardzo zdziwieni byli ochroniarze, którym nagle przyszło spotkać się z dwudziestoma pięcioma Kozakami w szarawarach i z osełedcami, którzy przyszli praktycznie prosto z morza.

– Trzeba przyznać, że wybrnęli z całej sytuacji z dużym taktem. Poprosili nas jedynie byśmy weszli tylnym wejściem, by nie przestraszyć wchodzących gości. Tak też zrobiliśmy i teraz wyobraź sobie w jakim szoku byli ci wszyscy kolesie w garniturach i kobitki w wieczorowych sukniach, gdy nagle do ich luksusowej sali wpadła gromada Kozaków – śmieje się Wasyl. – Piliśmy do rana i tylko nasi towarzysze, którzy zostali w czajce przez kilka dni wyklinali nas z zazdrości!

Pierwszy pochód zawitał jeszcze w Hiszpanii, Francji i Anglii, gdzie Kozacy zakończyli swoją podróż w Londynie.

Pytani jaki etap podróży był najtrudniejszy przywołują ich koszmar z drugiej wyprawy, czyli… polską Wisłę.

– Boże, ale myśmy się namęczyli! Wszędzie płycizny, łachy piachu, ciągle trzeba było kopać i wyciągać naszą łódź. Pół roku do Gdańska płynęliśmy! – śmieją się, ale Polskę wspominają z sympatią. – Ludzie byli wspaniali! Gdzie się nie rozbiliśmy od razu przychodzili wszyscy i śpiewali z nami i biesiadowali. Oj, jak wasze dziewczęta pięknie śpiewały, wciąż mnie przechodzą dreszcze jak wspomnę ich głosy!

Nagle Wasyl bystrzeje i uważnie mi się przyglądając pyta: – A ludzie jeszcze u Was śpiewają?

– Coraz mniej. Mało. – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Słów nie pamiętają, nie uczą się ich.

– Wielka szkoda… Takie piękne głosy! – smuci się stary Kozak.

Ich podróż po Polsce znalazła swój kres w Gdańsku. Wtedy wybuchła też pomarańczowa rewolucja. Kiedy do Kozaków napłynęły wieści na temat tego, co się dzieje w Kijowie szybko zdecydowali, że trzeba jak najszybciej wrócić do kraju.

– Tyle tylko, że był to już koniec tego etapu i praktycznie nie mieliśmy pieniędzy. Jeden z nas zdjął czapkę i wszyscy po kolei i wrzucali to, co mieli. Podliczyliśmy i wyszło, że wszyscy razem mamy… 200 złotych. – opowiada Wasyl.

– Tyle, co nic.

– No właśnie…

– I co zrobiliście?

– A co mogliśmy wtedy zrobić? Poszliśmy do cerkwi się pomodlić! Żeby jakoś Bóg nas poratował. I tak usiedliśmy, pięćdziesięciu chłopa i zaczęliśmy się modlić. Nagle ten, który zbierał pieniądze wstał i bach! Wszystkie pieniądze dał na cerkiew. Bo za 200 złotych to my i tak nic byśmy nie zrobili, a tak chociaż jakąś ofiarę daliśmy. Zobaczył to batiuszka, podszedł do nas i pyta, kto my, dlaczego tu jesteśmy. Jak usłyszał naszą historię szybko zdecydował, że nam przekaże część datków. Z cerkwi wyszliśmy już z górą pieniędzy, kupiliśmy ubrania, bo już było zimno, a my niczego ciepłego nie wzięliśmy ze sobą, nie spodziewaliśmy się, że tyle nam zajmie podróż, prowiant i bilety na Ukrainę. I tak praktycznie prosto z Gdańska pojechaliśmy do Kijowa. Na rewolucję.

Teraz, dziewięć lat później, Kozacy znów czuwają na Majdanie. Pytani, czy wierzą w szansę zmiany, w zwycięstwo, odpowiadają zgodnie: tak.

– Rozejrzyj się, zobacz ile ludzi tu przyszło! Zwyciężymy, nie może być inaczej! – pewnym głosem mówi ataman kozaków Majdanu, Wołodomyr. – A wiesz dlaczego? Bo my, Ukraińcy, za bardzo cenimy sobie wolność i godność, żeby się poddać. Dlatego, prędzej czy później, wygramy. Oto jestem spokojny. Jak nie dziś, to jutro. Ale koniec końców – zwyciężymy.

Kijów, 16 grudnia 2013 r.

Facebook Comments
Tomasz Piechal
Starszy analityk ds. Ukrainy w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia

    Dziennikarz, publicysta, z wykształcenia etnolog. Swoje badania naukowe prowadził na Ukrainie, gdzie zajmował się kwestiami politycznymi (dystans między władzą a obywatelami) i historycznymi (UPA, Wielka Wojna Ojczyźniana, Wielki Głód). Współpracował m.in. z serwisami "dziennikarze.info", "gildia.pl", "psz.pl", "Gazetą Studencką", TVP1, działem Opinii "Super Expressu", "Rzeczpospolitą", "Dziennikiem Gazetą Prawną".

    ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY