Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok
Krzysztof Nieczypor

Było ich trzech

Było ich trzech. Każdy miał inne poglądy polityczne. Ale jeden przyświecał im cel – obalenie Wiktora Janukowycza. Kiedy to się udało, ich popularność nie tylko nie wzrosła, a zaczęła pikować w dół. Co stało się z ukraińską trójką politycznych przywódców i gdzie tkwią przyczyny ich wizerunkowej porażki?

Było ich trzech, polityków opozycji, którzy mieli rządzić Ukrainą po obaleniu Janukowycza,, autor: European External Action Service, źródło: flickr.com

Było ich trzech, polityków opozycji, którzy mieli rządzić Ukrainą po obaleniu Janukowycza,, autor: European External Action Service, źródło: flickr.com

„Jedność opozycji od początku trwania EuroMajdanu mogła wzbudzać podziw. Wspólne występy opozycyjnych liderów – stadionowe pokrzykiwania Ołeha Tiahnyboka, merytoryczne wywody Arsenija Jaceniuka i celebryckie przemówienia Witalija Kłyczki wizualnie wzajemnie się uzupełniały i sprawiały wrażenie istnienia rozsądnej taktyki opartej na trwałym konsensusie dążenia do zmiany władz w Kijowie” – pisałem na początku tego roku analizując trwałość triumwiratu politycznych didżejów EuroMajdanu (jak błyskotliwie scharakteryzowała role polityków w trakcie protestów jedna z ukraińskich dziennikarek). Dziś wiemy już, że wszyscy trzej przegrali swoje polityczne szanse po upadku reżimu Wiktora Janukowycza. Sondaż wyborczy przeprowadzony w połowie marca br. przez cztery niezależne instytucje obnażyły wizerunkową porażkę trzech politycznych liderów EuroMajdanu (przeczytaj: Petro Poroszenko liderem sondaży wyborczych na Ukrainie).

Przeczytaj:

Dokąd zmierza ukraińska opozycja?

Wydarzenia na Majdanie przerosły wszystkich trzech polityków będących jeszcze do niedawna twarzami trwających w Kijowie protestów. Nie potrafili odczytywać nastrojów społecznych pozostając przez cały czas o krok, dwa, a nawet trzy, za społecznymi oczekiwaniami. Rzucanie słów na wiatr (jak choćby wtedy, gdy wszyscy trzej prześcigali się w stawianiu 24 i 48 godzinnych ultimatów domagając się dymisji rządu Mykoły Azarowa, a po upłynięciu tych terminów przechodzili nad niezrealizowaniem żądaniami do porządku dziennego) i dawanie obietnic bez pokrycia nie zostały wytarte z pamięci uczestników EuroMajdanu. Wręcz przeciwnie – rozczarowanie politykami stało się powszechnym uczuciem wśród Ukraińców. Zebrani pod sceną na Majdanie Niezależności, a potem na ul. Hruszewskiego aktywiści nie raz dawali poznać swoim politycznym liderom, że nie kierują sprawami tak jak by tego oczekiwano – potraktowanie gaśnicą Witalija Kłyczkę było tylko jednym z wielu aktów symbolicznego wyrażenia opinii na temat działalności polityków opozycji. Ostateczną oznaką braku jakiegokolwiek wpływu na uczestników manifestacji było odrzucenie przez Majdan wynegocjowanego 21 lutego przez polityków porozumienia z prezydentem Wiktorem Janukowyczem.

Pierwszym, który dostrzegł niesprzyjające dla siebie nastroje był Arsenij Jaceniuk. Ośmieszony swoją własną deklaracją („Jeżeli kula w łeb, to kula w łeb. Nie będę żyć w hańbie!”) i potem nieobecnością podczas najbardziej gorących wydarzeń na ul. Hruszewskiego racjonalnie wolał zapewnić sobie miejsce w nowej władzy dzięki zakulisowym rozmowom aniżeli poddaniu się osądowi wyborców. Oficjalnie lider Frontu Zmian uznał, że jego głównym zadaniem jest teraz wyprowadzenie kraju z kryzysu gospodarczego i w tym celu podjął się funkcji premiera. Jak głoszą plotki swoją rezygnację ze startu w wyborach prezydenckich wynegocjował z Julią Tymoszenko, która za poparcie w wyborczym wyścigu obiecała mu stanowisko formalnego, a nie tylko pełniącego obowiązki, szefa rządu. W sytuacji powrotu do wzmacniających rolę premiera zapisów konstytucji z 2004 r. i odwlekanemu przez posłów rozpisaniu przedterminowych wyborów parlamentarnych, to najprawdopodobniej jedna z najlepszych podjętych przez niego w karierze politycznej decyzji.

Zobacz parodię wypowiedzi Arsenija Jaceniuk:


Sytuacja Ołeha Tjahnyboka jest wynikiem prawdziwości zasady głoszącej, że „rewolucja zjada własne dzieci” – choć co prawda lider „Swobody” został połknięty nie przez własnych wychowanków i popleczników, lecz przez bardziej radykalnie nastawionych krewnych ze skrajnie prawej strony sceny politycznej. Prawy Sektor zagospodarował przestrzeń tam, gdzie sympatycy „Swobody” i sam Tiahnybok nie mieli dostatecznej odwagi i determinacji by zrealizować obietnice, mimo nieustannego wzywania Ukraińców przez lidera „Swobody” do czynnej walki z „bandytami reżimu Janukowycza”. Sam Tiahnybok w trakcie największych zamieszek był nieobecny – po prostu zniknął z euromajdanowego eteru. W rezultacie, jego kandydatura w wyborach prezydenckich również pozostaje prawie niedostrzeżona – jedynie 1,7% respondentów deklaruje poparcie dla niegdysiejszego przywódcy ukraińskich nacjonalistów.

Witalij Kłyczko, najbardziej „pompowany” medialnie lider ukraińskich protestów (pamięta ktoś jeszcze okładkę „Faktu” i porównywanie byłego boksera do Lecha Wałęsy?) również zdał sobie sprawę z braku perspektyw na zdobycie fotela prezydenta Ukrainy. Nie raz wygwizdywany, kilkukrotnie wybuczany, a w końcu potraktowany gaśnicą proszkową przekonał się (lub raczej został przekonany) do rezygnacji z marzeń o najwyższym urzędzie państwowym. Kłyczko, zapewne także i dla samego siebie, ale przede wszystkim dla uczestników protestów, nie sprostał pokładanych w nim nadziei. Pozbawiony charyzmy pozwalającej na nawiązanie kontaktu z tłumem (nie mówiąc już o jemu przewodzeniu), niepotrafiący bez pomocy notatek wygłaszać oświadczeń i błyskotliwie (czy chociażby bezproblemowo) odpowiadać na pytania dziennikarzy wycofał się ze startu w wyborach przekazując swoje poparcie Petrowi Poroszence. Czy to poprzez samouświadomienie sobie tych nieprzyjemnych faktów czy też dostając sygnał (a raczej go nie otrzymując) od sympatyków i sponsorów z Niemiec, zawiedzionych jego dotychczasową polityczną karierą, ogłosił starania o urząd mera Kijowa. To dalece poniżej jeszcze niedawnych oczekiwań zagranicznych mediów wróżących mu rychłe przejęcie głównych sterów w ukraińskim państwie.

Przeżyjmy to jeszcze raz. Witalij Kłyczko kontra gaśnica:


W wyniku politycznych przetasowań w walce o fotel prezydenta Ukrainy liczy się obecnie zaledwie dwoje kandydatów: Petro Poroszenko i Julia Tymoszenko. Biografię „Króla czekolady”, oprócz jasnych punktów zaangażowania w Pomarańczową Rewolucję i EuroMajdan, uzupełniają też ciemniejsze fragmenty współpracy z Wiktorem Medwedczukiem i piastowania funkcji wiceprzewodniczącego Partii Regionów Wiktora Janukowycza czy też ministra rozwoju gospodarczego i handlu w znienawidzonym rządzie Mykoły Azarowa. Julia Tymoszenko jest postrzegana zaś jako przeciwny Wiktorowi Janukowyczowi, ale równie skorumpowany element tego samego systemu. O tym, że Tymoszenko również nie do końca rozumie zastanej przez nią po powrocie z więzienia nowej rzeczywistości polityczno-społecznej, świadczy relacja z niedawnej wizyty dziennikarzy do dziesięciopokojowego, luksusowo wyposażonego, mieszkania byłej premier. Określenie swojego stanu majątkowego przez liderkę opozycji jako „skromnego” musiało wśród Ukraińców wywołać coś więcej aniżeli poczucie zażenowania. Zważywszy na hasła pod jakimi jednoczyli się ludzie marznący pod sceną na Majdanie, a potem ginący na ulicy Hruszewskiego – walki ze skorumpowanym oligarchicznym systemem władzy – obie kandydatury wyglądają jak ponury żart z ich ogromnego poświęcenia.

Facebook Comments
Krzysztof Nieczypor
Redaktor Eastbook.eu
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY