Używamy ciasteczek do poprawnego wyświetlania tej strony. Jeśli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia przeglądarki.

Ok

W przyszłość – bez Swobody

Niedawno zatelefonowała do mnie znajoma dziennikarka telewizyjna z propozycją wzięcia udziału w jej programie autorskim. Proponowała bym na odpowiednim poziomie skrytykował kremlowską propagandę. Zgadzam się, że propaganda powinna być wykrywana i poddawana dekonstrukcji, ale należy pamiętać, że kontrpropaganda jest sprawą całkowicie niewdzięczną i z góry przegraną.

.

Wasyl Rasewycz, źródło: Wasyl Rasewycz

Wasyl Rasewycz, źródło: Wasyl Rasewycz

Zamiast wprawiania się w praktykach kontrpropagandowych, konieczne jest tworzenie własnego, prawdziwego produktu informacyjnego wysokiej jakości. Nade wszystko nie należy okłamywać siebie. Ostatnio czytając i oglądając media międzynarodowe, stale się spotyka nieprzyjemne dla Ukraińców opinie lub interpretacje. Zazwyczaj ukraiński czytelnik tłumaczy wszystko niewiedzą zachodnich dziennikarzy lub banalnym ich przekupieniem przez Rosjan. Być może, podobne podejrzenia czasem mają sens, ale nie zawsze i nie wszędzie.

Upublicznienie „Swobody”

W swoim czasie marginalna partia polityczna w celu przyciągnięcia do siebie uwagi wyborców ubrała się w „chwałę” niemieckiego narodowego socjalizmu, zapożyczając nie tylko zmienioną nazwę starej partii nazistowskiej, ale też szczodrze obwieszając się jej estetyką. Z braku czasu i miejsca nie uważam za konieczne dokładne analizowanie programowych zasad Socjalistyczno-Narodowej Partii Ukrainy (SNPU, poprzedniczki „Swobody”) jak też jej strategii i taktyki. Były to zwykłe, szare repliki niemieckich narodowych socjalistów, co nie przeszkodziło partii ogłosić się ostatnią nadzieją białej rasy i ludzkości w ogóle. Takie historyczne analogie mogły zapewnić krótkoterminowe wsparcie wyborców, jednak skazywały na marginalizację i ostracyzm. Zdając sobie sprawę, że „potencjał” historycznego małpowania został już wyczerpany, kierownictwo SNPU postanowiło się zmodernizować. Tym razem wzorcem dla ukraińskich narodowych socjalistów miała stać się nie niemiecka historia lecz austriacka rzeczywistość. Urzeczeni sukcesem politycznym Jörga Haidera z populistycznej Partii Wolności, nacjonaliści ukraińscy postanowili pójść tą samą drogą i przyjęli identyczną nazwę.

Bardziej neutralny szyld partii umożliwił byłym narodowym socjalistom zaistnienie na szerszym polu politycznym Ukrainy. Chociaż tak poprzedni jak i odnowiony program polityczny partii nie mieścił w sobie praktycznie żadnych propozycji co do rozwoju Ukrainy, radykalna populistyczna retoryka i gra na stereotypach uczyniły „Swobodę” partią rządzącą w niektórych obwodach Ukrainy Zachodniej. Wykorzystywanie nastrojów kontestacyjnych ludności pozwoliło jej zdobyć w wyborach parlamentarnych w 2012 roku aż 10,44 procent głosów. Nic dziwnego, skoro „Swoboda” wmawiała swoim wyborcom, że dąży do bezkompromisowej walki z rządzącym reżimem. W praktyce okazało się, że ta partia rwie się do udziału we władzy, upychając się razem z tymi co na górze.

Niemniej jednak faktem jest, że ponad dziesięć procent głosów w wyborach parlamentarnych zdobyła partia, która twardo stoi na zasadach nacjonalizmu etnicznego, głosi izolacjonizm i wypowiada się nie za demokracją lecz nacjokracją. Rządzenie się zasadą egoizmu etnicznego w wielonarodowym państwie równa się śmierci. Nawet jeśli odrzucimy „techniczną” stronę problemu (niemożność ustalenia, kto jest Ukraińcem etnicznym, a kto nim nie jest, zwłaszcza jeśli trzeba sobie wyobrazić urząd mogący dostać takie uprawnienia i „narzędzia” dla przeprowadzania owej procedury), to u „badaczy” ukraińskości nie starczy zasobów dla jednego konkretnego regionu. Dla kogo wtedy brzmi ta mantra? A co najważniejsze, do czego doprowadzą same zamiary przeprowadzania takich „badań”? Odpowiedź jest zaskakująco prosta. Jeśli spróbować wprowadzić co najmniej jeden element z zasad etnicznego nacjonalizmu w praktyce, trzeba pożegnać na zawsze z suwerennym państwem Ukraina.

Wielu ekspertów wie, że „Swoboda” to nie jest partia proeuropejska. Należy raczej do konsekwentnych eurosceptyków. Zatem co „Swoboda” robiła na Euromajdanie? Bajki o tym, że „Swoboda” ma szerokie kontakty z kołami politycznymi o podobnych poglądach w Europie, jak też o jej szczególnych planach co do europejskiej przyszłości Ukrainy niedawno wyparowały „jak rosa na słońcu”. Przez długi czas „Swoboda” podtrzymywała kontakty z europejskimi skrajnie prawicowymi ruchami – francuskim Frontem Narodowym, austriacką Partią Wolności, a nawet z węgierskim Yobbikem. Jednak wszystkie te siły polityczne podczas rewolucji w Kijowie, a zwłaszcza w momencie rosyjskiej agresji wobec Ukrainy, jednoznacznie poparły politykę Putina. Przyszło więc „Swobodzie” pisać gniewne listy do swoich nie tak dawnych sojuszników.

Przeczytaj również: Prawy Sektor na cenzurowanym – rozprawa z nacjonalistami?

Lewica i liberałowie z Parlamentu Europejskiego wcześniej już ostrzegali ukraińską opozycję demokratyczną przed współpracą ze „Swobodą”. Teraz tej ukraińskiej partii zabrakło sojuszników w Europie. Zatem jedyne na co może liczyć nasza „ultranarodowa” partia, to polityka izolacji narodowej. I to jest to, czego od Ukrainy oczekuje Putin. Bez zachodniego solidarnego wsparcia on połknie Ukrainę i się nie udławi.

O nacjokracji na Ukrainie w ogóle nie warto zaczynać mowy. Jedynym celem, do którego to określenie może służyć, to rola straszaka i niszczyciela nowej ukraińskiej wspólnoty obywatelskiej. Nie jest tajemnicą, że przez dziesiątki lat działała potężna propaganda nakierowana na to, aby zapobiec tworzeniu się ponadetnicznej solidarności obywateli na Ukrainie. I w końcu się stało. W obliczu agresji zewnętrznej, a co najważniejsze – w zgodnym porywie przeciwko kleptokratyczemu systemowi władzy, obywatele Ukrainy w końcu zaczęli się czuć patriotami swojego kraju. Tym razem – bez względu na pochodzenie etniczne, język komunikacji lub przynależność wyznaniową. I znowu „niespodzianka”. Ołeh Tiahnybok wychodzi na trybunę parlamentu i zaczyna obiecać ochronę „etnicznym” Ukraińcom z Południowej i Wschodniej Ukrainy. Wydaje się, że tak doświadczony polityk powinien rozumieć wszystkie zagrożenia, które mogą powstać w związku ze stosowaniem zasady etnicznej wobec swych obywateli. Ale zasady egoizmu etnicznego nigdy nie opuszczą tej partii, bo to jest jej istota.

Warto zastanowić nad jednym bardzo nieprzyjemna dla zachodnich Ukraińców kwestia. Okazało się, że niedawnym wyborcom „Swobody” jest bardzo wygodnie chować się za tezą: „nie głosowaliśmy na ten program „Swobody”, w ogóle nic na temat zasad egoizmu etnicznego nie wiemy”, „niedopatrzyliśmy się w działaniach i wypowiedziach członków ‘Swobody’ ksenofobii i antysemityzmu, uważamy ich jedynie za nacjonalistów, ale być nacjonalistą to znaczy kochać swoją ojczyznę”. Właśnie ta pozorna ospałość polityczna oraz chęć przeciwstawienia brutalnym członkom Partii Regionów w parlamencie swoich nie mniej brutalnych nacjonalistów umożliwiły wyjście „Swobody” w politykę publiczną. I to nie jest tylko kwestia słabej ukraińskiej kultury politycznej. Jest to rzeczywistość, która wskazuje na brak wrażliwości znacznej części społeczeństwa ukraińskiego wobec przejawów autorytaryzmu, ksenofobii i antysemityzmu. Należy wreszcie być uczciwym wobec siebie i zacząć oczyszczenie.

Jeśli po „wizycie” w przedszkolu i zniesławianiu dzieci o rosyjskich imionach w jednej z dzielnic Lwowa na Irynę Farion głosuje ponad 68 procent wyborców, to nasuwa się pytanie, które ma być zadawane nie tylko samej Farion, ale też jej wyborcom. W ogóle, socjologowie, politolodzy i psychologowie społeczni powinni dokładnie zbadać, dlaczego wyborcy na Ukrainie Zachodniej tak łatwo nabierali się na retorykę i estetykę narodowego socjalizmu. Ponadto, należałoby się zastanowić, co jest przyczyną, a co skutkiem: neonazistowskie sympatie „Swobody” czy wykorzystywanie faktów jej działalności przez kremlowską propagandę.

Sojusz Partii Regionów i „Swobody”

Okazało się, że populistyczne hasła były potrzebne „Swobodzie” tylko w czasie kampanii wyborczych. Po zdobyciu władzy w niektórych obwodach członkowie „Swobody” nie tylko nie wyeliminowali starych schematów korupcyjnych lecz odwrotnie, wydaje się, że uczynili je jeszcze bardziej bezwstydnymi i bezwzględnymi. W tej sytuacji wywoływało zdziwienie to, że przestępczy reżim Janukowycza nie tylko beznamiętnie obserwował poczynania zachodnioukraińskich „nacjonalistów”, ale po prostu odstąpił im całe obwody. Przyczyniając się do zwycięstwa „Swobody” na Zachodniej Ukrainie, w zamian reżim otrzymywał wiele dywidend. Po pierwsze, Zachodnia Ukraina była przedstawiana jak taka sobie nacjonalistyczna enklawa, gdzie nie przestrzega się norm demokratycznych, gdzie ton nadają ksenofobie, rasiści i antysemici. „Swoboda” jakby specjalnie umiejętnie wspierała ów obraz poprzez swe rzekomo nieświadome działania i wypowiedzi. Ile są warte chociażby wybryki Iryny Farion w przedszkolu, jej wywody o wrogich religiach i narodach, nawoływania do ograniczenia praw tych, którzy nie mówią po ukraińsku lub mają nieukraińskie imiona i nazwiska, a także rasistowskie z natury uwagi Jurija Syrotiuka pod adresem ukraińskiej piosenkarki o korzeniach afrykańskich – Gaitany. Nader aktywne działania Jurija Mychalczyszyna na rzecz promocji narodowego socjalizmu naprzemiennie z atakami na radzieckich weteranów 9 maja we Lwowie, to również plon z tego pola.

To znaczy, że reżim Janukowycza zawarł ze „Swobodą” niepisany sojusz w celu utrwalenia w świadomości publicznej obywateli na całym terytorium Ukrainy przekonania, że jej zachodnia część jest do szpiku kości nacjonalistyczna w neonazistowskim tego słowa znaczeniu. A to już sprawiało, że Ukrainę można było podzielić na dwie ewentualne części rzekomo przeciwstawne sobie. Nasuwa zatem się drugi wniosek: ta taktyka władzy nie tylko odwracała uwagę od palących problemów ukraińskiego społeczeństwa, ale także umożliwiała przeciwstawianie sobie różnych regionów Ukrainy, co zapewniało prawie wieczne panowanie kleptokratycznego reżimu w Kijowie.

I tu niedawnym sympatykom „Swobody” warto zadać sobie kolejne niewygodne pytania. Dlaczego doświadczają oni nieskrywaną promocję „Swobody” ze strony władzy (usunięcie partii Julii Tymoszenko z listy wyborczej, nieproporcjonalne do statusu „Swobody” wydatki kosztów na reklamy wizualne i telewizyjne), nie zastanawiali się nad tym, czego oczekują od niej ci hojni sponsorzy? Kim oni są i dlaczego tak starannie się maskują? Dlaczego elektorat „Swobody” w żaden sposób nie zareagował na konsekwentne i systematyczne kreowanie przez aktywistów tej partii ksenofobicznego obrazu Ukraińców? A może działania Ołeha Tiahnyboka, Iryny Farion, Jurija Mychalczyszyna, Ihora Mirosznyczenki i innych w pełni odzwierciedlają poglądy polityczne swoich wyborców?

Jeśli tak, to nie należy narzekać na antyukraińską propagandę Kremla, której to „Swoboda” tak sprawnie dostarcza amunicję ideologiczną. W takim razie musimy też przyznać, że tak naprawdę popieramy rozważania Tiahnyboka o tym, że skoro nasi dziadkowie i pradziadkowie sprawiedliwie bili „żydostwo” i „moskalstwo”, to i my mamy zamiar robić to samo. Wspieramy także Irynę Farion, kiedy oznajmia, iż wszystkie dziewczęta o rosyjskim imieniu Liza i wszyscy chłopcy o rosyjskim imieniu Misza powinni opuścić Ukrainę i natychmiast udać się do Moskwy. Być może, też razem z Jurijem Mychalczyszynem powinniśmy jawnie śpiewać ody dla ruchu Hamas i jednomyślnie potępić państwo Izrael?

Jeśli spojrzy się retrospektywnie na działalność publiczną działaczy „Swobody” – od momentu powstania do dzisiaj – to odniesie się wrażenie, że działalność ta złożona była niemal wyłącznie z antyukraińskich prowokacji. Bowiem na to się składają tak przemycanie do ukraińskiej polityki idei narodowego socjalizmu jak antysemickie wypowiedzi Oleha Tiahnyboka czy też ksenofobiczne wystąpienia Ihora Mirosznyczenki; rozpalanie antypolskiej histerii i rusofobiczne mantry Iryny Farion. Lista tych „wyczynów” może być bardzo długa, ale nawet te wymienione przykłady wystarczą, aby stwierdzić, że „Swobodzie” chodzi nie o Ukrainę a o władzę.

 

 Wymuszony mezalians

Swój wyborczy sukces „Swoboda” zrozumiała jako zaakceptowanie przez Ukraińców jej programu, strategii i taktyki. W związku z tym, w dalszym ciągu kontynuowała swoją działalność w znanym stylu. Pojawiwszy się w parlamencie, „Swoboda” zażądała od innych partii opozycyjnych tworzenia wspólnego frontu. Zatem zarówno UDAR Witalija Kłyczki jak „Batkiwszczyna” Julii Tymoszenko znalazły się w sytuacji bez wyboru. Aby nie rozpraszać swych sił, musiały stworzyć niewygodny związek. To „małżeństwo” kosztowało demokratów utratę wsparcia na wschodzie i południu państwa jak też upadek ich reputacji w Europie i świecie. Obecność w sojuszu demokratycznym partii „Swoboda” stała się swoistym piętnem dla całej opozycji.

Propaganda Kremla i Partii Regionów od dawna przygotowywała scenariusz, w którym poprzez sojusz ze „Swobodą” cały ukraiński ruch opozycyjny miał się dorobić oznakowania jak „neonazistowski”, „ksenofobiczny” i „antysemicki”. Natomiast aktywiści „Swobody” swoimi działaniami regularnie potwierdzali te propagandowe klisze. Co więcej, zrobili wszystko, aby przedstawić Euromajdan jak dzieło swych rąk, utrzymywali, że niby to oni odegrali kluczową rolę w rewolucji. Powtarzał to zwłaszcza główny sponsor „Swobody” Ihor Kryweckyj. Tę tezę promują również media rosyjskie i niemieckie. Żadne z tych źródeł nie zdradziło, co było prawdziwym motorem ukraińskiej rewolucji. Jak na ironię, to nie partie ani tradycyjni działacze polityczni odegrali decydującą rolę na Majdanie. Rewolucja odbyła się dzięki temu, że do akcji wkroczyło ukraińskie społeczeństwo obywatelskie.

Prawdziwy ranking partii politycznych na Majdanie wahał się w przedziale między 1,8% a 3,9%. Według danych Fundacji „Inicjatywy Demokratyczne” im. Ilka Kuczeriwa, 8 i 9 grudnia, kiedy przeprowadzone były badania, na Majdanie było tylko 4% członków partii i 3,5% członków organizacji pozarządowych. W wyniku akcji organizacji partyjnych na Majdan Niepodległości trafiło tylko 2% z protestujących, podczas gdy 92% dotarli tam na własną rękę. Również wymowne są przyczyny ich udziału w protestach. Dla 53,5% powodem była odmowa podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. 69,6% wyszło protestować przeciwko brutalnemu pobiciu studentów na Majdanie. 39,1 % i 49% poszło na Majdan, aby zmienić władzę na Ukrainie i życie w kraju. Tylko 5,4% uczetników pojawiło się na Majdanie na wezwanie przywódców opozycji.

Zgodzimy się chyba, że po takich danych socjologicznych bardzo dziwnie wyglądają próby funkcjonariuszy „Swobody” narzucania całemu Majdanowi swej retoryki i symboliki. Również dziwnie wyglądają akcje rosyjskiej propagandy, która konsekwentnie pracowała nad tym, by cała rewolucja ukraińska została zredukowana do buntu dwóch ultranacjonalistycznych sił – „Swobody” i Prawego Sektora. Czyż nie po to, by pozbawić Ukrainę międzynarodowego wsparcia, co w obecnej sytuacji oznaczałoby kompletny upadek państwa? I znów powstaje pytanie do Wszechukraińskiego Zjednoczenia „Swoboda” i teraz też Prawego Sektora: dlaczego, wiedząc o swym realnym wkładzie w rewolucję, razem z propagandą kremlowską nadal przypisujecie wszystkie sukcesy sobie? Dziwnie, ale zarówno „Swoboda” jak Prawy Sektor konsekwentnie udowadniają przed kamerami, że ukraińska rewolucja – to anarchia, bandytyzm, że rząd tymczasowy nie kontroluje sytuacji. Dla kogo i dlaczego oni produkują te obrazki? Zwłaszcza w sytuacji „Swobody”, która przecież stanowi część koalicji rządzącej? I główne pytanie: dlaczego obecne władze tak spokojnie tolerują podobne działania? 

Zakładnicy oszustwa

Tego, że na Ukrainie zrodził się poważny kryzys systemu partyjnego, nie zauważają jedynie ci, którzy nic nie chcą widzieć. Popularność partii nawet w czasie rewolucji była minimalna. Jednak wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że nieorganizowana masa ludzi nie może się obejść bez partii. W związku z tym, Majdan w milczący sposób powierzył partiom opozycyjnym tworzenie nowego rządu i nowego pionu władzy wykonawczej. Należało podkreślić, że rząd powinien być jedynie techniczny i tylko na okres przejściowy. Jednak nie stało się tak, jak planowaliśmy. Trzy dawne partie opozycyjne (niezupełnie zrozumiała jest postawa partii UDAR Witalija Kłyczki) utworzyły rząd wyłącznie na podstawie umów partyjnych, przykrywając się niczym listkiem figowym kilkoma posadami (raczej symbolicznymi), które zostały oddane aktywistom Majdanu. Okazało się, że te posady i struktury na ogół znajdują się poza obszarem prawnym Ukrainy.

W rzeczywistości władza została podzielona między dwoma partiami, mianowicie „Batkiwszczynę” Julii Tymoszenko i „Swobodą”. Przy czym nikt nawet nie pomyślał, jakie zasoby kadrowe każda z tych stron posiada. „Swoboda” obsadziła swymi ludźmi część stanowisk w ministerstwach obrony i spraw wewnętrznych – okazało się, że są to osoby mało kompetentne. Konsekwencje takiej obsady kadrowej jeszcze długo będą dawały się Ukrainie we znaki.Zasada umów partyjnych została zastosowana też dla całego pionu władzy w obwodach. Tak więc prawie cała Zachodnia Ukraina okazała się w rękach „Swobody”, co tylko zwiększa napięcie w regionach.

Do dzisiaj pozostaje tajemnicą, dlaczego przywódcy „Batkiwszczyny” zgodzili się na koalicję ze „Swobodą”. Być może była to jedyna partia, która tak łatwo zaakceptowała zasadę umów partyjnych? Jeśli tak, to „Batkiwszczyna” stała się zakładniczką tej łatwowiernej ugody, a teraz po prostu nie da się uwolnić z tych mocnych (może nawet korupcyjnych) uścisków. Stąd nowym władzom Ukrainy szczególnie należy przygotować się do poważnych prowokacji i nieporozumień tak wewnętrznych jak zewnętrznych. Prasa światowa nadal będzie pisać o „neonazistach” w ukraińskim rządzie, propaganda Kremla pokaże we wszystkich mediach posłów „Swobody” przy ich codziennej pracy na działce antysemityzmu i ksenofobii, zaś ukraińska dyplomacja z trudem będzie sobie radzić z reakcją na różne powody informacyjne obficie dostarczane przez koalicjantów.

Nowy rząd Ukrainy można zrozumieć: zamiast państwa odziedziczył on atrapę. W tej sytuacji Ukraińcy mogą liczyć tylko na dwie rzeczy: na własne siły i na solidarne wsparcie ze strony demokratycznego świata. Na zgodne poparcie przez wszystkich Ukraińców nowego ukraińskiego rządu nie należy liczyć, bowiem wyłonił się on w wyniku pokątnych umów partyjnych, czyli poprzez zwykłą manipulację. Zaś wsparcie demokratycznego świata zachodniego może się zetknąć z zachowaniem posłów „Swobody” u władzy. Zwłaszcza jeśli pomyśleć o tym, co czeka nas 9 maja – czy nie stanie się ów dzień „dzięki” „Swobodzie” nie tylko nowym tematem medialnym, ale także podstawą do kolejnych działań Władimira Putina.

P.S. Gdyby „Swoboda” była naprawdę patriotyczną partią, to w obecnej sytuacji po prostu zrezygnowałaby z udziału w rządzie. A następnie nowy ukraiński rząd by musiał tylko zająć się dokompletowaniem etatów przez bezpartyjnych ekspertów.

Autoryzowany przekład z ukraińskiego Natalki Rymskiej

Artykułu został pierwotnie opublikowany w zaxid.net – Василь Расевич, У майбутнє – без „Свободи, 27.03.2014.

O autorze: Wasyl Rasewycz (Василь Расевич, ur. 1966) – historyk, bloger i eseista, dr. nauk historycznych. Pracownik Wydziału Historii Najnowszej Ukrainy UAN, wykładowca Szkoły Dziennikarskiej Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. Redaktor działu publikacji portalu Zaxid.net. Badacz ukraińskiego nacjonalizmu, zwłaszcza w Galicji, oraz polityki historycznej i polityki pamięci.

Przeczytaj również:

Było ich trzech – Kto wygrał a kto przegrał na rewolucji w Ukrainie?

Prawy Sektor na cenzurowanym – rozprawa z nacjonalistami?

Facebook Comments
ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY